
Dzielnicowe oddziały obrony terytorialnej, formacje o charakterze paramilitarnym, które można byłoby wykorzystać w przypadku konfliktów zbrojnych lub klęsk żywiołowych. To rozwiązania, jakie przewiduje projekt zgłoszony w ramach budżetu partycypacyjnego na warszawskiej Pradze Południe.
Za podjęcie pierwszych działań w obliczu potencjalnego kryzysu, zgodnie z projektem, odpowiadałaby grupa 30 mieszkańców dzielnicy, złożona z przedstawicieli obu płci. Mieliby oni zostać specjalnie przeszkoleni i wyposażeni po to, aby spełniać istotne funkcje pomocnicze, m.in. skutecznie reagować przy użyciu broni a także udzielać specjalistycznej pomocy ratowniczej.
– Obrona Terytorialna Województwa Praga Południe ma mieć charakter paramilitarny, na wzór amerykańskiej Gwardii Narodowej - oddziałów będących w dyspozycji władz stanowych, a więc lokalnych – tłumaczono we wniosku. Pomysłodawcy łączą konieczność utworzenia oddziałów z trudną sytuacją na wschodzie Ukrainy oraz zagrożeniem terroryzmem.

Analogiczny pomysł powstał także w kontekście planowania budżetu na Mokotowie. Tam o powołanie formacji paramilitarnej wnioskował m.in. Wojciech Kuźma z partii KORWiN, który widzi w projekcie szansę na krzewienie postaw patriotycznej oraz idei rozsądnego dostępu do broni palnej. Łączne koszty obu projektów wyceniono na ok. 150 tys. zł.
Tymczasem były dowódca GROM-u gen. Roman Polko studzi zapały polityków. – To jest pomyłka, nieporozumienie, w ten sposób nie buduje się zdolności obronnej – podkreśla generał. W jego opinii, realizacja projektu byłaby marnotrawstwem miejskich pieniędzy.
– Prawdopodobieństwo rosyjskiego ataku na Polskę jest bardzo małe, ale nie takie rzeczy w historii Europy się zdarzały – mówił dwa tygodnie temu w rozmowie z naTemat gen. Polko. Podkreślił jednocześnie, że fakt ten nie oznacza, że nie powinniśmy brać pod uwagę najczarniejszych scenariuszy. – Gdybyśmy byli pewni, że nie będzie wojny, to jaki byłby sens utrzymywania sił zbrojnych? – pytał były dowódca GROM-u.
Źródło: TVN Warszawa
