Krym pod rządami Rosji ma się dużo gorzej niż pod rządami Ukrainy
Krym pod rządami Rosji ma się dużo gorzej niż pod rządami Ukrainy Fot. Shutterstock

Na okupowanym przez Rosję Krymie po raz pierwszy od ubiegłorocznej aneksji wybuchł strajk – stanęła komunikacja miejska, bo kierowcy od stycznia nie dostali pensji. To jednak tylko wierzchołek góry problemów. Im mocniej Rosja zaciska pętlę na półwyspie, tym bardziej dramatyczne stają się warunki życia mieszkańców. Ku zaskakującej bierności Kremla.

REKLAMA

TRANSPORT, CZYLI 4 KILOMETRY NA PIECHOTĘ

Jest tylko kwestią czasu, kiedy Symferopol, czyli zamieszkiwana przez 233 tys. ludzi stolica Krymu, zostanie po raz kolejny sparaliżowana przez protesty kierowców komunikacji publicznej. Wszystko dlatego, że jak poinformował tamtejszy minister transportu, od trzech miesięcy ministerstwo finansów nie przekazało mu środków na wypłaty. Motorniczy trolejbusów, którzy strajkowali w ostatnią środę, pozostaną więc bez pieniędzy. Główny księgowy wchodzącej w skład Rosji republiki stwierdził, że jeśli taka sytuacja się utrzyma, konieczne będzie zaciągnięcie kredytu w którymś z moskiewskich banków.
To tylko jeden z wielu obszarów transportu, który ucierpiał na aneksji Krymu przez sąsiada. Już sam wjazd na półwysep jest karkołomnym zadaniem. Ukraina, oficjalnie “z powodów bezpieczeństwa”, radykalnie zredukowała rozkłady jazdy pociągów i autobusów kursujących w tym kierunku. Jeśli ktoś chce się np. dostać na Krym koleją, musi się liczyć z tym, że ostatnia stacja znajduje się kilka kilometrów przed granicą.
Reporterzy BBC donosili na początku stycznia, że w pobliżu przejścia granicznego, między ukraińskimi i rosyjskimi posterunkami, błąkają się tłumy. Niektórzy pokonują granicę na piechotę, co oznacza cztery kilometry marszu. Przejazd samochodem wcale nie jest bardziej wygodny. To czasem 20 godzin czekania w kolejkach. Jeszcze gorzej mają kierowcy TIR-ów, którzy często wiozą transport tygodniami.
Z Rosji na Krym też jest się trudno dostać. Zwykli Rosjanie, których nie stać na samolot (tylko rosyjskie linie), w kolejkach na prom przez Cieśninę Kerczeńską stoją nawet 40 godzin.
logo
Mapa pokazująca odległość Krymu od Rosji

TURYSTYKA, CZYLI NISZCZĄCY BOOM

Od marca ubiegłego roku, czyli od momentu aneksji Krymu, kremlowska propaganda trąbi, że "powrót do macierzy" to szansa na turystyczny rozwój regionu. Od początku zaprzeczano, jakoby przyłączenie półwyspu miało się negatywnie odbić na liczbie turystów (przed aneksją sześć milionów rocznie). Teraz wiadomo, że to tylko pobożne życzenia. W regionie, gdzie 1/3 rodzin czerpie dochody z turystyki, w ciągu ostatniego roku liczba odwiedzających spadła o jedną trzecią – do 4 mln. To oznacza likwidację wielu działalności, zwolnienia pracowników, bezrobocie. Oficjalnych danych nie ma, ale wiadomo, że na wpływie aneksji na turystykę ucierpiały tysiące mieszkańców.
Ratunkiem mieli być, ale nie są, rosyjscy turyści. Wspomniane kolejki w oczekiwaniu na prom skutecznie odstraszają wielu z nich. Nie pomaga, że zakłady pracy i urzędy zachęcają swoich pracowników do kilkutygodniowych urlopów na Krymie. Nawet jeśli tacy turyści docierają na miejsce, to nie zasilają miejscowego biznesu, bo urlop opłaca im z góry państwo.
W związku z sytuacją na granicy specyficzny list do Putina napisała kilka miesięcy temu dziennikarka Ewita Samożenowa. "Pisze do Pana dziewczyna o imieniu Ewa, która od 22 godzin czeka w kolejce na prom na Przeprawie Kerczeńskiej, żeby wrócić do domu po wspaniałym odpoczynku na Krymie. Wraz ze mną pozdrowienia przesyła jeszcze 3000 osób z 1500 samochodów czekających w kolejce. A, nie przepraszam, już 2998 osób. W nocy zmarła babcia staruszka, a godzinę temu, na skutek zatrzymania akcji serca (teraz jest 16.08., godz. 9.04) zmarł mężczyzna" – brzmiał jego fragment.
"Szanowny Władimirze Władimirowiczu, nieskończenie wdzięczni za to, że zachował Pan Krym dla narodu. Nie rozumiemy tylko, dla jakiego narodu Pan to zrobił. Może, gdyby trafił Pan na przeprawę i zobaczył cały ten koszmar, sprawiłby Pan, żeby z 9 mld rubli dziennego obrotu za bilety wydzielonoby 1 mln na to, żeby postawić namioty nad postojami, żeby nieszczęsny naród nie umierał z powodu przegrzania, stojąc w kolejce na wymarzony prom" – skwitowała autorka.

ZAOPATRZENIE, CZYLI TERROR PUSTYCH PÓŁEK

Dla przeciętnego mieszkańca Krymu symbolem ubiegłorocznej aneksji z pewnością stały się dwie rzeczy – puste sklepowe półki i rosnące ceny żywności. Jako że przed aneksją produkty sprowadzane były głównie z Ukrainy, a ta uznaje teraz granicę za nielegalną, import odbywa się wyłącznie nielegalnie. Dodatkowo utrudniają go kolejki na przejściach granicznych. Co z Rosją? Dostawy przypływają promami, tyle że często są opóźniane np. przez złe warunki atmosferyczne.
Efekt? Np. w jednym z supermarketów Auchana w Sewastopolu cały dział mięsny stanowiły niedawno trzy kawałki wołowiny. Kurczaka nie było, a półki w innych działach wypełniały identyczne plastikowe butelki z mlekiem i jogurtem. Podobnych przykładów jest całkiem sporo. Nawet jeśli inne produkty są dostępne, to ceny odstraszają – w okresie od marca do grudnia skoczyły o połowę.
Sergiej Dombrowski
mieszkaniec Sewastopola (wypowiedź dla Interia.pl)

Konserwy warzywne i dżemy kosztowały 4 zł, teraz kosztują 12 zł, dziesięć jajek podrożało z 4 zł na 6 zł, chleb kosztował 1,5 zł, teraz 2,2 zł, mleko z 2,2 zł na 3,2 zł. Skoczyły też ceny mięsa, np. kilogram karkówki wieprzowej kosztuje 50 zł, a kosztował 20 zł, alkoholu: piwo - w zależności od rodzaju - kosztowało 2-4 zł, obecnie 5-8 zł), paliwa i sprowadzanych lekarstw. Niektóre leki podrożały sześciokrotnie. Czytaj więcej

To, co charakterystyczne dla sklepów na Krymie, to również system płatności. We wspomnianym Auchanie wiszą komunikaty informujące o tym, że kasy nie przyjmują kart debetowych i kredytowych. "Z powodów technicznych". Płaci się tylko w gotówce. Chodzi rzecz jasna o to, że Visa i MasterCard wycofały się z półwyspu.

ENERGIA, CZYLI EGIPSKIE CIEMNOŚCI

Kiedy reporterzy BBC odwiedzili Symferopol na początku roku, uderzyło ich to, jak ciemne po zmroku stają się ulice. Teraz jest nieco lepiej, ale do niedawna takie ciemności były na porządku dziennym, bo przerwy w dostawie elektryczności zdarzały się często. 80 proc. dostaw pochodzi z Ukrainy, a kiedy prorosyjscy separatyści zajęli kopalnie węgla na wschodzie kraju, stanęły one pod dużym znakiem zapytania – uszkodzone zostały elektrownie. Dopiero pod koniec ubiegłego roku Rosja zgodziła się uzupełnić zaopatrzenie.
Nie zmienia to faktu, że raz na jakiś czas "blackouty" paraliżują Krym. Wtedy w oknach palą się świece, przerywane są połączenia telefoniczne, odłączane jest ogrzewanie i dostawy ciepłej wody.
Regularnie brakuje również wody, co uderza nie tylko w mieszkańców miast, ale przede wszystkim w rolnictwo. W ubiegłym roku kijowskie władze zamknęły śluzę na Kanale Północno-Krymskim, przez który woda z Dniepru docierała na Półwysep Krymski (Ukraina zaspokaja 85 proc. zapotrzebowania Krymu na słodką wodę). To sprawiło, że półwysep mógł nawodnić tylko 12 proc. pól uprawnych.

BIZNES, CZYLI WIELKA UCIECZKA

Kryzys sektora finansowego tylko z pozoru nie dotyka bezpośrednio mieszkańców. Tak naprawdę wszystko zaczyna się i kończy na zachodnich sankcjach, które rujnują gospodarkę Krymu. Zachodnie firmy dawno się stamtąd wycofały, ani towary, ani technologie, ani usługi z zachodu tu nie docierają. Trudno mówić o rozwoju biznesu, kiedy przedsiębiorcy w obawie przed związanymi z sankcjami karami omijają region z daleka. Co z tego, że podwojono pensje 560 tys. emerytów i 200 tys. pracowników sektora publicznego, skoro podwyżkę zjadła galopująca inflacja?
Jeden z rozmówców BBC – biznesmen działający na Krymie – skarżył się, że nawet gdyby sankcji nie było, trudno byłoby prowadzić działalność. Te praktyczne konsekwencje aneksji, czyli np. przerwy w dostawach prądu, sprawiają, że są problemy z transferami pieniędzy i codzienna aktywność firm jest mocno utrudniona.
Co na to Putin? Obiecał wpompować w półwysep 11 miliardów dolarów. Problem w tym, że jak wskazuje agencja Bloomberg, to może nie wystarczyć, by uratować Krym przed zapaścią. Jest duże prawdopodobieństwo, że mieszkańcy Krymu za swój pęd do Rosji zapłacą najwyższą cenę – staną się obywatelami upadłej republiki.