Siłownie w wielkich miastach to dziś styl życia. Nie chodzisz, nie istniejesz. A kiedyś?

Po lewej: siłownia w 2000 roku. Po prawej: Nowa miejska siłownia CityFit.
Po lewej: siłownia w 2000 roku. Po prawej: Nowa miejska siłownia CityFit. FOT.GRAZYNA JAWORSKA / AGENCJA GAZETA/Instagram CityFit
Warszawa wzbogaciła się o kolejną sieć siłowni. Konkurencyjne ceny i warunki umów, do tego miejsce tak dobrze zaprojektowane, że aż chce się człowiekowi ćwiczyć. No właśnie, dziś "chodzić" na siłownie to coś więcej niż tylko trening. To styl życia, który pokochaliśmy. Od małych sal po wielkie miejskie siłownie. Tak się zmienialiśmy. Pytanie – czy to styl, który wyjdzie nam na zdrowie?


– To był koniec lat 90. i jedna z warszawskich, większych siłowni. Piękne dziewczyny i wysportowani faceci. Zupełnie inne czasy w porównaniu do tego, jak dziś wygląda trening na siłowni w wielkim mieście – wspomina Alicja, 35-letnia menadżerka w stołecznej korporacji. Alicja uśmiecha się, gdy wypytują ją o pierwszą wizytę na siłowni. – Nie było to na pewno miejsce, gdzie się walczyło z otyłością.


I coś w tym jest, bowiem w latach 90-tych siłownie, także w wielkich miastach, jak Warszawa czy Wrocław, przypominały raczej fankluby kulturystyki niż miejsca, gdzie naprawdę każdy mógł zadbać o swoją sylwetkę. Jeszcze 15 lat temu wyglądało to na przykład tak:
Albo tak:
Jednak lata 90. to nie tylko "szalone" czasy, ale i te wielkich przemian. Także w nas samych. Przykład? Proszę bardzo. Tu, słynna siłownia Mega w Radomiu, która dedykowana była... paniom:
Przemiany i przełomy. Pamiętacie Gimnasion?
Jedną z pierwszych sieci siłowni, która zaistniała na mapie Polski, ale także jawiła się w wyobraźni Polaków jako niekwestionowany trend i część dobrego stylu życia, może nawet powiew Zachodu, była Gimnasion Fitness. W najlepszych latach działalności, czyli między 2004 a 2007 rokiem, siłownie te odwiedzało regularnie 24 tysiące Polaków. Co ważne, druga połowa posiadała karnety, ale z nich nie korzystała. Wniosek? Już wtedy nie do końca chodziło o wysiłek fizyczny, ale fakt, że jest się częścią trendu. Ale o tym za chwilę.

Współzałożycielem Gimnasion był Mariusz Czerkawski, który stał się także ambasadorem marki i magnesem przyciągającym kolejnych klientów. Bo komu, jak komu, ale sportowcowi w kwestii dbania o siebie można zaufać. Był zatem szał, a w efekcie dzięki Gimnasion zrozumieliśmy, że siłownia to nie domena strongmanów, ale wszystkich, którzy chcą dbać o sylwetkę. Albo przynajmniej sprawiać takie wrażenie. Bez względu na wiek, płeć czy status społeczny. I to bardzo szybko wyczuli twórcy sieci.
Kolejne placówki dedykowane były już konkretnym grupom klientów. I tak, w związku z tym, że na siłowni coraz chętniej pierwsze kroki stawiały kobiety, uruchomiono Gimnasion Woman, czyli kameralne klubu z małymi salami. Można było w nich ćwiczyć jogę czy aerobik. Rocznie powstawały aż trzy tego typu obiekty w Polsce. Było i coś dla bardziej zamożnych. Gimnasion Prestiż to miejsca, gdzie sztangi podnosili menadżerowie i prezesi firm. Zdrowy tryb życia stał się po prostu modny. I tak, jak już pisałem, coraz częściej chodziło już nie o samo ćwiczenie, co przynależność do grupy społecznej. To pokażą badania przeprowadzone w 2014 roku. Połowa deklarować będzie, że na siłownie chodzi dla towarzystwa.


Wracając jednak do Gimnasion. Taka siłownia to niezły biznes. W 2004 roku spółka zarobiła 12 milionów ze sprzedaży karnetów, a w 2006 już tych milionów na koncie Czerkawskiego i spółki było 15. Ten sukces powtórzą kolejne sieci, także te zachodnie, który wejdą, hmm, przebojem na rynek Polski.
Trwa ładowanie komentarzy...
0 0"Dłużnik pisze z więzienia, że jak wyjdzie, to mnie dopadnie". Komornik o kulisach zawodu
ACTINA 0 0Stąd wyjdą przyszli zwycięzcy turniejów gamingowych. Dom marzeń każdego gracza
POLECAMY 0 0"Cały dom robi we wiadra". Sławojki i wychodki w środku polskiego miasta
0 0Przekop mierzei przyciąga turystów. Nie wszyscy się cieszą
0 0Będzie nowy serial w świecie "Star Wars". Jest mroczny zwiastun