Czy dla wszystkich czterolatków starczy miejsc w przedszkolach?
Czy dla wszystkich czterolatków starczy miejsc w przedszkolach? Grzegorz Skowronek/Agencja Gazeta

Rozwód albo zameldowanie dziecka u przyjaciółki? Rodzice, którzy obawiają się, że dla ich dzieci zabraknie miejsc w przedszkolach, zaczynają być bardzo "twórczy". Czy to rzeczywiście potrzebne?

REKLAMA
Dziś rusza elektroniczna rekrutacja do warszawskich przedszkoli. Rodzice, jak zawsze, obawiają się, że dla ich pociech zabraknie miejsc. W dodatku w tym roku w Warszawie brane są pod uwagę nowe kryteria – punkty ekstra dostaną osoby, próbujące dostać się do przedszkola najbliżej miejsca zamieszkania i te z najniższymi dochodami.
Miasto uspokaja
W Warszawie, gdzie przedszkola co roku przechodzą prawdziwe oblężenie, a rodzice szczególnie zacięcie walczą o miejsca dla swoich dzieci, tym razem ma być lepiej. – W centralnych dzielnicach nie będzie tego problemu. Spodziewamy się, że mogą być przejściowe problemy na etapie rekrutacji w ościennych dzielnicach. Stąd decyzja, że będziemy dokupowali część miejsc u partnerów prywatnych – uspokajał jeszcze w piątek na antenie RDC wiceprezydent stolicy Jarosław Jóźwiak.
W tym roku jednak miasta i gminy muszą znaleźć tych miejsc więcej, bo po raz pierwszy prawo do wychowania przedszkolnego będą miały 4-latki. Do tej pory to zwykle rodzice dzieci w tej grupie wiekowej mieli największy problem z dostaniem się do przedszkola. Często w ogóle rezygnowali z przystępowania do rekrutacji i na przykład zapisywali malucha do placówek prywatnych. Ile dodatkowych miejsc potrzeba w tym roku? W samej Warszawie, jak szacuje Biuro Edukacji urzędu miasta, do przedszkoli będzie się próbowało dostać nawet trzy tysiące czterolatków.
Rodzice się boją i... biorą rozwody
Niewystarczająca ilość miejsc w placówkach publicznych i duża ilość chętnych powoduje niepokój rodziców. I wzrost ich kreatywności. Od miesięcy krążą legendy na temat podawania nieścisłych, delikatnie mówiąc, danych w formularzach rekrutacyjnych czy nawet brania rozwodów, bo samotne matki otrzymują dodatkowe punkty. Jak wygląda rzeczywistość?
„Ja żyję w wolnym związku i wpisuję w formularzu że jestem samotną matką dzięki temu dziecko dostanie się prawdopodobnie do przedszkola. Jak to dobrze, że nie ulegliśmy presji rodziny, która naciskała na mnie w kwestii ślubu. Teraz nawet moja mama przyznaje że miałam rację, że nie wzięłam ślubu, dzięki temu nasze dziecko będzie miało zapewnione miejsce w przedszkolu” – napisała na jednym z forów internetowych matka kandydata do przedszkola, cytowana przez „Gazetę Prawną”.
Rodzice, z którymi rozmawiałam nie przyznają się do sięgania aż po tak radykalne rozwiązania, jak rozwód. Mówią również, że rzadko spotykają się z takimi sytuacjami wśród znajomych. Ale w internecie aż roi się od wyznań osób, które nie do końca były szczere w procedurze rekrutacji. Zwykle wygląda to tak, że para żyje w nieformalnym związku albo matka rzeczywiście rozwiodła się z ojcem dziecka, ale ma nowego partnera. Jednak w obu sytuacjach ubiegający się o miejsce w przedszkolu rodzice deklarują się jako samotni. I mają dodatkowe punkty.
Maria Górecka

Kilka lat temu, kiedy samotnym rodzicem był każdy, kto miał dziecko a nie miał ślubów nagminne było otrzymywanie punktów za samotne rodzicielstwo, pomimo że dziecko tak naprawdę mieszkało z obojgiem rodziców

Inna sprawa, że coraz więcej ludzi się rozwodzi, a powszechnym modelem staje się rodzina patchworkowa. – Ostatnio słyszałam, jak kolega mojego syna z grupy wyraził pewną zazdrość wobec faktu, że Krzyś ma brata i siostrę, ale zaraz się pocieszył, że on za to ma dwa domy i dwa pokoje Pewnie jeden u mamy, a drugi u taty – domyśla się Małgorzata, matka trójki dzieci w wieku przedszkolnym z Warszawy.
Małe kłamstewka i ich weryfikacja
Kłamstwo zwykle ma krótkie nóżki, dlatego na dłuższą metę nie opłaca się oszukiwać w procedurze rekrutacji. Obowiązująca ustawa pozwala urzędnikom weryfikować oświadczenia, w ostateczności mogą oni przeprowadzać wywiady środowiskowe. Czasem wystarczy uważne przejrzenie takich informacji, jak adres zameldowania czy dane z ośrodków opieki społecznej. Co więcej, rodzic przyłapany na oszustwie traci punkty i wtedy z miejsca w przedszkolu nici.
Małgorzata, mama trzech słodkich urwisów przyznaje w rozmowie z naTemat, że w tym roku prawdopodobnie skorzysta z propozycji przyjaciółki i... zamelduje swoją córkę pod jej adresem. Wszystko dlatego, że ona i mąż w ogóle nie są zameldowani w Warszawie (ze względu na kredytowe zawiłości mieszkaniowe), a Agatka nie będzie startowała do tego samego przedszkola, co jej starszy brat Krzyś (a za to też są punkty w rekrutacji). Małgorzata jeszcze nie wie, czy skorzysta z takiego rozwiązania. Obawia się jednak powtórki sytuacji sprzed dwóch lat, kiedy w przedszkolach zabrakło miejsca dla Krzysia.

Polskie przedszkola w liczbach

Liczba 3-latków objętych wychowaniem przedszkolnym w Polsce zbliża się do 200 tys. (to 50 proc. wszystkich dzieci w tym wieku)
Aż 64 proc. 4-latków w Polsce jest objętych wychowaniem przedszkolnym (w 2005 roku było ich ok. 40 proc.)
Na przełomie lat 2004/2005 miejsc w przedszkolach było 683 164. W latach 2010/2011 w Polsce funkcjonowało już 8808 przedszkoli
Czytaj więcej

– Poczekaliśmy do września, kiedy zaczął się rok szkolny i rodzice, którzy dostali się się do dwóch czy trzech placówek, wybierali tę właściwą, a w innych zwalniały się miejsca. W internecie jest specjalna strona, na której na bieżąco można śledzić zwalniające się miejsca. Oczywiście najwięcej było dla pięciolatków, dla trzylatków zwalniały się raczej pojedyncze. I były zajmowane się w ciągu paru minut... Spędziliśmy kilka dni, czatując przy komputerze i dzwoniąc do wybranych placówek. W końcu znalazło się miejsce. Wprawdzie, nieco dalej od naszego miejsca zamieszkania, ale dłuższy spacer z młodszym rodzeństwem wychodzi nam na zdrowie – pociesza się Małgorzata.
Internetowy ruch oporu
Część rodziców aktywizuje się w sieci. Prócz wspomnianej strony internetowej ze zwalniającymi się miejscami w przedszkolach, funkcjonują blogi i fora, na których rodzice wymieniają się poradami, jak walczyć o miejsce dla dziecka. Inni aktywizują się w mediach społecznościowych. Matylda założyła swojej córce konto na Facebooku – tyle że zamiast nazwiska wstawiła ilość punktów, jakie mała dostała w rekrutacji.
„Zosia-58 punktów” miała być małym znakiem protestu wobec brutalnej rzeczywistości i próbą zwracania uwagi na problem. Mama wrzucała na tablicę linki do najnowszych wiadomości z dzielnicy, która w końcu zaoferowała wyremontowanie budynku i stworzenie nowego przedszkola. Monitorowała postępy prac, zamieszczała fotografie z powstającej, w dość żółwim tempie, placówki. Ostatecznie, przedszkole oddano do użytku tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, Zosia została jego szczęśliwą adeptką, a mama konto skasowała.
Skazani na przegraną
Część rodziców poddaje się bez walki i nawet nie przystępuje do rekrutacji. Szkoda im czasu i zszarganych nerwów. A jeśli na taką kapitulację pozwalają im zasoby portfela, od razu zapisują dziecko do prywatnej placówki.
„Ja z rekrutacji państwowej się wypisuje. Nie bawi mnie bieganie po przedszkolach i podlizywanie się dyrektorkom (…). Nie interesuje mnie zaglądanie w moje dochody, żeby przedszkole mogło sobie wybrać tych, którzy z chęcią przedszkole wspomogą. Nie chcę korzystać ze znajomości, dzięki którym moje dzieci mogłyby być w tym przedszkolu, w którym zechcę. Interesuje mnie takie przedszkole, dla którego podczas rekrutacji najważniejsze będzie moje dziecko” – pisała w ubiegłym roku Marysia Górecka, autorka bloga Mamygadzety.pl – for geek parents.
Blogerka, po tym, jak jej syn Franek nie dostał się do dziesięciu przedszkoli, postanowiła rozejrzeć się po okolicy. Założyła, że skoro państwowe przedszkole i tak sporo ją kosztuje, to powinno udać się jej znaleźć niewielką, prywatną placówkę za podobną kwotę. I tak się stało, a Franciszek poszedł do przedszkola montessoriańskiego (wychowującego według metody stworzonej przez Marię Montessori, która opiera się na swobodnym rozwoju dzieci).
Kiedy wszystko zawiedzie...
Jeszcze inni rodzice, którzy przegrali z systemem (albo w ogóle nie chcą z nim walczyć), decydują się na zostanie z dzieckiem w domu, dopóki nie osiągnie ono wieku szkolnego. Nie jest to łatwe, wymaga rezygnacji z pracy jednego z nich (zwykle mamy). Sprawdza się w tych przypadkach, kiedy rodzice pracują zdalnie i mogą opiekować się maluchem. Albo mają na tyle gruby portfel, że posyłają dziecko do prywatnej placówki. Koszt prywatnego przedszkola waha się od kilkuset do nawet tysiąca złotych. Cena zależy od położenia placówki (droższe są te w dużych miastach albo dzielnicach, bliższych centrum, jak na przykład w Warszawie) oraz oferty zajęć dodatkowych dla dzieci.
Nie wolno się poddawać!
Na bój o miejsce w przedszkolu warto też spojrzeć z nieco innej perspektywy. Co rodzicom radzi w tej materii geek mama?
Maria Górecka

Po pierwsze trzeba pamiętać o tym, że państwowe przedszkola też nie są zupełnie darmowe. W większych miejscowościach istnieje wiele prywatnych przedszkoli dofinansowywanych przez miasto, w których koszt pobytu dziecka jest taki sam, jak w przedszkolu państwowym

Są przedszkola dofinansowywane z rożnych projektów, prowadzone przez fundację czy znajdujące się przy parafiach. W takich placówkach można liczyć na wynegocjowanie niższych opłat, jeśli nasza sytuacja finansowa nie pozwala na zapłacenie standardowej kwoty. I należy pamiętać, że część rodziców rezygnuje z przedszkola po kilku pierwszych tygodniach, kiedy okazuje się, że ich dziecko nie jest jeszcze gotowe, wtedy można wskoczyć na miejsce takich dzieci – dodaje.

Napisz do autorki: marta.brzezinska@natemat.pl