Dominik Strzelec, prowadzący kultowej "Usterki": Statystyki są bezlitosne. Wśród polskich fachowców dominują partacze

Dominik Strzelec, prowadzący "Usterki".
Dominik Strzelec, prowadzący "Usterki". Fot. Materiały prasowe
Program "Usterka" z przymrużeniem oka i humorem pokazuje mankamenty pracy fachowców, których każdego dnia zapraszamy do domów. Na czym polega jego fenomen? Co jest największą bolączką polskich "złotych rączek'? Dlaczego nawet profesjonaliści nie chcą pokazywać swoich twarzy? O tym w rozmowie z naTemat Dominik Strzelec, prowadzący "Usterki".

Po co w ogóle jest "Usterka"? Żeby pokazać, że polscy fachowcy odstawiają fuszerkę?

Absolutnie nie taki jest zamysł programu, by pokazywać tylko i wyłącznie wpadki. Oczywiście prawdą jest, że tak to już jest z nami Polakami, że nic tak nie cieszy, jak nieszczęście sąsiada czy kolegi. Ale my pokazujemy też fachowców, którzy dobrze wykonują swoją robotę. Zawsze zależy nam, by ujawniali swój wizerunek. Natomiast niestety ta część jest najmniejsza. Nie chcę mówić generalnie o obrazie polskiego fachowca, ale statystyki są bezlitosne.

Czyli dominują partacze.

To, co mnie najbardziej uderza, to że na plan dociera mnóstwo osób, które coś potrafią zrobić, ale nie potrafią odmówić, gdy na danej działce akurat się nie znają. Ktoś robi gładzie, tapetowania, więc mówi sobie: "to rynny nie będę potrafił zrobić?". Nie potrafią odmówić, powiedzieć: "nie będę czarował, tej roboty się nie podejmę". Ja bardzo cenię tych, którzy mówią wprost, że czegoś się nie podejmą. Mimo że inspektorzy programu wywierają na fachowca presję, to on potrafi powiedzieć, że technologia na to nie pozwala. Większość jest tych, którzy bezmyślnie brną. Trudno się dziwić, że chcemy pokazać, jak im to wychodzi, a raczej nie wychodzi.

Jaki przekaz "Usterka" wysyła do widza? Czego chce go nauczyć?

"Uważajcie na to i na to". Jeśli jakiś fachowiec zacznie zachowywać się w dany sposób, to powinna się zapalić czerwona lampka. Taki jest zamysł programu, że oprócz pokazywania wpadek i partaniny, dajemy krótki instruktaż. Radzimy, co powinno wzbudzić zainteresowanie i czujność. A przy tym świetnie się bawimy, bo to nie może być przecież suchy instruktaż, bo takich programów jest mnóstwo.


Skąd sukces tego programu? "Usterka" pierwszy raz pojawiła się na antenie ponad dekadę temu.

Źródła popularności są dwa. Pierwsze jest taki, że generalnie lubimy się pośmiać, jak komuś się noga powinie czy np. tapeta zejdzie ze ściany. To taka nasza polska cecha. Drugie źródło to bez wątpienia życie. Często szukamy i potwierdzamy to, co sami przeżyliśmy. Patrzymy w ekran i mówimy "wszyscy tak robią, ten też nie zagruntował ściany, a po dwóch tygodniach spadła". Czyli albo się śmiejemy, albo widzimy, że to taka życiówk.

Jakie sytuacje z planu najbardziej utkwiły panu pamięci? Były najgłupsze, najbardziej zaskakujące czy najśmieszniejsze?

Numer jeden z cyklu "szokujące". Panowie za przykręcenie 40 wkrętów do drewna, zamontowanie ławeczki ogrodowej z sześciu desek i dwóch kołków inkasują 600 złotych, po czym komentują, że "frajer mógł sobie w Castoramie kupić ławeczkę za 200". Druga sytuacja. Jednemu z fachowców wypadła plomba na planie. Rzuca robotę, stwierdzając, że "sama wypadła to i wlezie", i zabawia się w stomatologa. Kiedy indziej zdarzyło się tak, że panowie fachowcy zamiast pracować zorganizowali grilla. Takie sytuacje mógłbym mnożyć. Każdy odcinek obfituje w jakieś powiedzonka. Dlatego tak dobrze się bawimy. Raz, że atmosfera w ekipie jest fajna, dwa, że sami fachowcy dostarczają materiałów.

Jak układacie sobie z nimi relacje? Nigdy nie było pretensji, kiedy pokazaliście kogoś, kto sobie tego nie życzył albo się skompromitował?

Jeśli chodzi o fachowców, którzy upubliczniają wizerunek i pozwalają opublikować materiał z pokazaną twarzą, to jest to niewielki odsetek. Nasze relacje staramy się kreować tak, by nie dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji, które mogłyby sprawić, że ktoś czuje się niekomfortowo. Miękko do człowieka, twardo do problemu - tak działamy. Niemniej wizerunek upubliczniają nieliczni. Nawet ci, którzy dobrze robią robotę, tego nie chcą. Wynika to z tego, że w sytuacji, gdy dany fachowiec już gdzieś pracuje, a u nas zjawił się w międzyczasie na fuszce, to mogłoby się to dla niego źle skończyć. Albo trzeba byłoby zahaczyć o Urząd Skarbowy.

Jest oczywiście rzesza delikwentów, którzy nie pokazują twarzy, bo skopali robotę. W momencie, gdy sięgają po pieniądze, nie mają oporów. Ale kiedy pokazujemy, a oni wiedzą, że zrobili partaninę, niejednokrotnie dochodziło do niesmacznych wymian zdań czy wyzwisk w kierunku osób z redakcji, które się z nimi kontaktowały. My walczymy jak możemy, by ta relacja była w porządku.

Czasem pojawia się zarzut, że usterki są zbyt wymyślne, że nawet wasi fachowcy nie potrafiliby niektórych naprawić.

Mamy jedną niezmienną zasadę i stosujemy ją wobec wszystkich. Po pierwsze, pokazujemy prace, które sami potrafimy wykonać. Po drugie, wszyscy mają równe szanse. Jeśli ustalamy, że usterka wygląda w ten czy inny sposób, wymaga takich narzędzi, to wszyscy dostają od nas po równo. Czy to jest nasz instruktor, czy fachowiec. Nie podkręcamy usterek, nie utrudniamy, to nie jest fair.

Co jest największą zmorą polskich fachowców? Z czym mają największe problemy?

To jest wniosek, który powtarzam w programie. Oni często zaczynają dobrze, ale w trakcie pracy słabnie ich entuzjazm. Zaczynają dostrzegać, że jest pole do swobodnej interpretacji i na końcu okazuje się, że po prostu brakuje precyzji, żeby ten finisz był estetyczny. Dwa - dużo problemów sprawia logiczne myślenie. Przecież wystarczy się zastanowić i najważniejszy jest plan działania. Jak się wpada na robotę, trzeba pomyśleć, z jakim materiałem ma się do czynienia, co się może zdarzyć, czy np. gdzieś nie podchodzi woda.Dopiero potem można przystąpić do pracy. Tymczasem nasi fachowcy często rzucają się na robotę jak lwy, ale nie zastanawiają się, jak ją do końca przeprowadzić.

Niejednokrotnie za mocno grają też na pieniądze. Ktoś od razu widzi koniec drogi, a nie ostatni etap. Mamy zasadę, że jeśli ustalamy stawkę za naprawę, to zawsze proponujemy więcej niż stawka rynkowa. Jeśli w Krakowie montaż rynny kosztuje 100 zł za metr, to my dajemy 150, żeby nie było, że jesteśmy kutwy i dusigrosze. Chcemy za dobrą robotę płacić.

Nie ma pan wrażenia, że ostatecznie wydźwięk "Usterki" jest przygnębiający? Czytam komentarze i część osób zwraca uwagę, że ten program pokazuje, że coraz mniej potrafimy w domu zrobić sami. Teraz do wszystkiego wzywa się fachowców.

Nie zgadzam się. Ja mam swój dom i mnóstwo rzeczy, które sam mógłbym naprawić. Jestem jednak zdania, że wąska specjalizacja służy temu, że musimy mieć poszanowanie do fachowca. Jeśli z gazem coś jest nie tak, nie majstrujmy, wezwijmy fachowca. Kiedyś robiliśmy sami? W dalszym ciągu trochę tak jest. Wystarczy wyjechać na Wyspy. Anglik czy reprezentant innej narodowości nie jest w stanie sięgnąć po młotek czy kombinerki, wzywa hydraulika. Tak jest w normalnym świecie. U nas ten nawyk robienia wszystkiego samemu jest wyniesiony z poprzedniej epoki, kiedy brakowało materiałów, nie było takiego dostępu do narzędzi. Nie chciałbym, żeby ludzie "Usterkę" odbierali w ten sposób, że to taka gorycz. Powinniśmy odchodzić od tego przyjętego modelu. Każdy powinien mieć robotę. Dajmy pracę i dobrze za nią zapłaćmy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...