Są spore szanse, że po wyborach w Izraelu Benjamin Netanjahu nie będzie już premierem
Są spore szanse, że po wyborach w Izraelu Benjamin Netanjahu nie będzie już premierem Fot. Shutterstock

Od rana do urn wyborczych w Izraelu ciągną tłumy wyborców chętnych, by zagłosować w wyborach parlamentarnych. Stawka jest wysoka, bo tegoroczna elekcja może zakończyć sześcioletnie rządy prawicowej partii premiera Netanjahu i wywołać prawdziwe trzęsienie ziemi. I dla Izraelczyków, i Palestyńczyków.

REKLAMA

CO SIĘ DZIEJE?

W Izraelu odbywają się przedterminowe wybory parlamentarne. Musiało do nich dojść, bo premier Benjamin Netanjahu w grudniu ubiegłego roku wyrzucił z rządu dwóch koalicjantów – minister sprawiedliwości Cippi Liwni (z z liberalnej partii Hatnuah) i ministra finansów Jaira Lapida (z centrowej laickiej partii Jesz Atid). Powodem był ich opór względem forsowanej przez premiera ustawy definiującej Izrael jako "państwo ludu żydowskiego". Jak argumentowali, takie prawo naruszałoby demokratycznych charakter państwa i uderzałoby w jego arabskich obywateli.
W wyborach 17 marca może głosować 6,5 miliona obywateli Izraela, łącznie z 20 proc. mniejszością Palestyńczyków posiadających izraelskie obywatelstwo. Do urn pójść może też 550 tys. 550 tys. Izraelczyków mieszkających na terenie Zachodniego Brzegu i we wschodniej Jerozolimie, czyli na terenach okupowanych. Można spodziewać się wysokiej frekwencji. W ostatnich wyborach z 2013 roku zagłosowało prawie 68 proc. uprawnionych. Wcześniej frekwencja sięgała nawet 80 proc..
Wyborcy wybierają skład 120-osobowego Knessetu. By się tam dostać, partie, na które oddają głos, muszą przekroczyć 3,25 proc. próg wyborczy. Potem prezydent Izraela wskaże polityka, który będzie miał szansę zbudować większość.

KTO WALCZY O WŁADZĘ?

Główna oś sporu leży między Likudem, prawicowym ugrupowaniem Netanjahu, a Unią Syjonistyczną – zawiązanym przed wyborami sojuszem dwóch partii: centrolewicowej Partii Pracy pod przywództwem Izaaka Herzoga oraz partii liberalnej byłej minister Liwni. Sondaże pokazują, że dwaj konkurenci idą łeb w łeb. Różne badania dają im od 24 do 26 miejsc w parlamencie, a te ostatnie wskazują na minimalną przewagę Unii Syjonistycznej.
Jeśli wyniki pokryją się z dominującymi sondażami, będzie to oznaczać jedno – kluczowe okaże się nie to, kto wygrał, ale kto będzie w stanie utworzyć koalicję (do rządzenia trzeba co najmniej 61 głosów w Knessecie). Od 1949 roku żadna z partii nie zdobyła większości, więc podobnie jak w poprzednich latach znaczącą rolę odegrają małe ugrupowania, których na scenie politycznej jest w sumie 26.
Które mogą okazać się języczkiem u wagi?

Zjednoczona Lista Arabska – arabskie partie zjednoczone w koalicji reprezentującej 6 milionów palestyńskich wyborców. Przez lata były podzielone według różnych kryteriów (m.in. na prawicę i lewicę, sekularystów i islamistów), ale kiedy rząd Netanjahu zdecydował o podniesieniu progu wyborczego, ich istnienie zostało zagrożone. Dlatego połączyły siły, a według ostatnich badań mogą liczyć nawet na 13 miejsc w Knessecie, czyli jest prawdopodobne, że staną się trzecią siłą.

Jesz Atid ("Jest przyszłość") - partia wyrzuconego z rządu Lapida, która w swojej kampanii skupia się przede wszystkim na reformach ekonomicznych. Reprezentuje klasę średnią. Przewidywany wynik: 12 miejsc.

Ha Bajit Ha Jehud ("Żydowski Dom") – ortodoksyjni Żydzi pod przywództwem milionera Naftalliego Benetta. Sprzeciwiają się niepodległości Palestyny, z bazą wyborców wśród żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu. Oni też mogą liczyć nawet na 12 głosów w Knessecie i są naturalnym kandydatem na koalicjanta Likudu.

Kulanu – nowa formacja centrowa utworzona przez byłego ministra z Likudu Mosze Kahlona. Także koncentruje sie na gospodarce – Kahlon zasłynął rozbijając monopol sieci telefonicznych i obniżając ceny połączeń. Także może otrzymać więcej niż 10 głosów. Spekuluje się, że może być łakomym kąskiem zarówno dla partii Netanjahu, jak i dla Unii Syjonistycznej.

W stawce są jeszcze: nacjonalistyczny Yisrael Beitenu ("Nasz Dom Izrael"), który reprezentuje przede wszystkim rosyjskojęzycznych imigrantów, lewicowy Merec oraz mniejsze ortodoksyjne ugrupowania Szas, Zjednoczony Judaizm Tory i Razem. Sondaże dają im od 8 do 4 mandatów.

JAKI SCENARIUSZ JEST NAJBARDZIEJ PRAWDOPODOBNY?

Różnice poparcia między partiami są tak niewielkie, a ich zdolności koalicyjne tak duże, że chyba nikt nie potrafi przewidzieć, kto po tych wyborach będzie miał większe szanse na utworzenie rządu. Eksperci podają trzy najbardziej prawdopodobne wyjścia.
Przy rezultatach z ostatniego sondażu może powstać rząd z Unią Syjonistyczną i premierem Herzogiem. Na 64-osobową większość mogą się złożyć głosy partii: Jesz Atid, Kulanu, Szas, Zjednoczony Judaizm Tory i Yisrael Beitenu. Ten scenariusz zakłada, że do rządu nie wejdzie lewicowy Merec, który odmówi sojuszu z ortodoksami.
Inny, w którym Netanjahu i Likud zostają u władzy, przewiduje 65-osobową koalicję. Z obecnym premierem mogliby się dogadać sami ortodoksi – zarówno z "Żydowskiego Domu", jak i trzech mniejszych partii.
W trzecim wariancie do wspólnego koalicyjnego stołu usiądą wrogowie, czyli Likudi i Unia Syjonistyczna. Razem z centrystami z Jesz Atid i Kulanu oraz z poparciem dwóch mniejszych ortodoksyjnych ugrupowań mieliby 73 głosy. Jeśli żadna z partii nie odniesie przekonującego zwycięstwa, właśnie taki gabinet jedności może pojawić się jako "opcja na stole". Wtedy Netanjahu i Herzog sprawowaliby urząd premiera rotacyjnie.
Skomplikowane? Cała ta wyborcza matematyka pokazuje, jak bardzo zróżnicowane i skomplikowane jest izraelskie społeczeństwo. Liberałowie, klasa średnia, nacjonaliści, ortodoksi, islamiści, rosyjskojęzyczna mniejszość, sekularyści - każda z grup ma swoje partyjne przedstawicielstwo.

DLACZEGO NIE NETANJAHU?

Eksperci są zgodni, że trwające wybory to tak naprawdę referendum w sprawie losów "Bibiego", jak w Izraelu nazywa się Netanjahu. Szef Likudu po raz pierwszy objął władzę w 1996 roku i w sumie rządzi krajem już dziewięć lat - tak długo, jak żaden premier po założycielu Izraela Ben Gurionie.
Spora część Izraelczyków jest nim po prostu zmęczona. Krytycy mówią, że zależy mu tylko na władzy, że brakuje mu wizji i nie potrafi rozwiązać ekonomicznych problemów, z którymi muszą się zmagać przede wszystkim młodzi obywatele. Izrael wydaje masę pieniędzy na obronność, podczas gdy młodzi nie mają za co kupić mieszkania i nie mogą znaleźć pracy.
Michal Lewin
mieszkaniec Tel Awiwu (wypowiedź dla Global Post)

Myślę, że nasi liderzy powinni myśleć o strategii na 100 lat do przodu. Netanjahu myśli o swoim najbliższym locie do Londynu z podwójnym łóżkiem w samolocie. Czytaj więcej

Ostatnia wojna w Strefie Gazy, impas w negocjacjach z Palestyńczykami - coraz więcej rodaków Netanjahu odwraca głowy od zagrożeń, którymi konsekwentnie straszy premier. Tyczy się to także Iranu. Kilka dni temu "Bibi" wystąpił z przemówieniem w amerykańskim Kongresie, gdzie przestrzegał przed trwającymi negocjacjami nad programem nuklearnym Teheranu. Zrobił to mimo obiekcji administracji Obamy. Miały być dodatkowe punkty w kampanii wyborczej, a skończyło się oskarżeniami o pogłębianie podziałów w Izraelu i antagonizowanie najbliższego sojusznika.
Zresztą cała kampania Netanjahu to niewypał. Zdominowały ją m.in. informacje o wystawnym stylu życia polityka i jego rodziny. Niedawno wyszło na jaw, że państwo Netanjahu z publicznej kasy finansowali m.in. wizyty w restauracjach, kwiaty do prywatnej rezydencji, zabiegi pielęgnacyjne i zakupy odzieży. Potem była "afera butelkowa" - okazało się, że premier kupował średnio jedną butelkę wina dziennie, a pieniądze ze sprzedaży pustych butelek napełniały portfel jego żony.
Takie informacje podsycają gniew obywateli. 7 marca 40 tys. osób zgromadziło się, by protestować przeciwko jego rządom. Netanjahu odpowiedział na to... oskarżeniem o lewacki spisek wspierany przez "obce siły", którego celem ma być obalenie rządu Likudu.

JAK NIE NETANJAHU TO KTO I CO?

Spadająca popularność Likudu to jedno, ale pozostaje pytanie, czy na pewno jest na scenie politycznej w Izraelu ktoś, kto będzie w stanie zastąpić Netanjahu. Trzeba pamiętać o tym, że izraelski elektorat w ostatnich kilkunastu latach znacznie przesunął się w prawą stronę (głównie w ku nacjonalistom i ortodoksom), a wciąż więcej Izraelczyków mając do wyboru Netanjahu i Herzoga stawia na tego pierwszego.
logo
Isaac Herzog, jeden z liderów Unii Syjonistycznej Fot. WikiCommons
Nie zmienia to faktu, że Herzog ma duże szanse na przejęcie władzy. A jego ewentualne rządy mogą oznaczą zmianę, jeśli nie rewolucję, w Izraelu. O ile trudno dziś przewidzieć, czy Unia Syjonistyczna będzie w stanie dotrzymać obietnic dotyczących mocno akcentowanej gospodarki (zatrzymanie wzrostu cen, obniżenie czynszów, więcej pieniędzy na zdrowie i edukację), o tyle przy korzystnej koalicji może radykalnie odmienić oblicze polityki zagranicznej.
Przede wszystkim Herzog jest zwolennikiem niepodległości Palestyny ("dwa państwa dla dwóch narodów), a ma u boku Liwni - gorącą zwolenniczkę negocjacji z Palestyńczykami i wznowienia procesu pokojowego. Ich rządy zmieniłyby izraelski sposób patrzenia na konflikt bliskowschodni. Bardzo prawdopodobne, że skończyłby się przeciągany przez Netanjahu impas.
Rewolucyjna mogłaby być też zmiana podejścia do Iranu. Jak mówiła Liwni w jednym z wywiadów, najlepszym sposobem, by powstrzymać program nuklearny Irańczyków, jest współpraca z Amerykanami. Oznacza to poparcie dla ich negocjacji z Teheranem. "Dzień po tym, jak zostanę wybrana, dyplomatyczne tsunami się zatrzyma" - skomentowała politykę Netanjahu w tej kwestii (jest kandydatką na szefową dyplomacji).
Zapowiedzi są szumne, ale na końcu i tak wszystko sprowadza się do jednego wniosku - obstawianie wyników wyborów i politycznych targów w Izraelu to gorzej niż wróżenie z fusów. To, że Izraelczycy obudzą się w kraju, w którym zmieniło się wiele, a może i wszystko, jest równie prawdopodobne, co scenariusz, w którym nie zmienia się nic.

Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl