Świetna kampania. Nie osądzaj kobiety po jej ubraniu.
Świetna kampania. Nie osądzaj kobiety po jej ubraniu. facebook.com/adsoftheworld

Tak jak nie osądza się książki po okładce, a drugiej osoby po pierwszym wrażeniu - nie powinno się oceniać kobiety przez to, jak jest ubrana. Czy ma duży dekolt czy golf, woli buty płaskie albo zabójcze szpilki, a może mini jak od Mary Quant na zmianę ze spódnicą do ziemi - nikomu nic do tego. Oto głośna kampania Terre des Femmes.

REKLAMA
Każda z kobiet chociaż raz w życiu spotkała się z powierzchownym potraktowaniem. Ktoś krzyknął za nią na ulicy, że jest puszczalska, bo wracała późnym wieczorem z randki w krótkiej sukience, ktoś nazwał ją zakonnicą, bo lubuje się w golfach albo spódnicach do ziemi. Nieważne co założy - za każdym razem jest poddawana ocenie. Lustrują ją i mężczyźni, i inne kobiety.
Seksistowskie traktowanie to problem dość duży. Czasem, co gorsza, dotyczy nie tylko tego, jak kobieta jest ubrana, ale tego, że kobietą w ogóle jest. Jak w filmie "10 Hours of Walking in NYC as a Woman". Bohaterka spacerowała ulicami Manhattanu i co chwilę zaczepiali mężczyźni - nie było to miłe zaproszenie na kawę, nie były prawdziwe pochwały. Została wygwizdana, została obdarzona niezbyt przyjemnymi komplementami, a teksty typu: „Jesteś niezła!” czy "Odezwiesz się, jeśli dam ci swój numer?" były najlżejszymi, które usłyszała. Rozgorzała dyskusja. A co by było, gdyby była ubrana inaczej?
Internet obiegła właśnie świetna kampania, która została stworzona dla szwajcarskiej organizacji Terre des Femmes, zajmującej się prawami człowieka. Na trzech zdjęciach widzimy ukazane fragmentarycznie kobiece ciało. Jest dekolt, są nogi i stopy. Kobieta, która pozuje, ubrana jest w krótką spódniczkę i ma na sobie czarny biustonosz lub głęboko wyciętą bluzkę. Nie widać jej twarzy, nie można określić jej tożsamości - wiemy jedynie, że jest kobietą. Normalną, naturalną (bez Photoshopa), z pieprzykami, przebarwieniami na skórze, odciskami o odpryśniętym lakierem na paznokciach. Jest jak każda z nas.
logo
Fragment kampanii Terre des Femmes. facebook.com/adsoftheworld
Na zdjęciach jest jednak jeden bardzo istotny szczegół. Linijka, która - w zależności od długości/wysokości/głębokości ubrania, zamiast centymetrów ma wypisane epitety. Takie określenia, które często padają pod adresem kobiet w zależności od dekoltu, krótkości spódnicy czy wysokości obcasa.
Są tu określenia takie jak: "whore", "slut", "asking for it", "cheeky", "tease", "bore", "old fashioned" i "prude". Co po polsku oznacza mniej więcej: "kur...", "dziw...", "sama się prosi", "bezczelna", "złośliwa", "nudna", "staroświecka", "pruderyjna". To co rzuca się w oczy, to brak określenia, kiedy ubranie jest dobre, nienacechowane pejoratywnie, normalne. Poza tym niektóre umiejscowienie określeń wydaje się być dość absurdalne. Jak na przykład ukazanie, że cienka jest granica dla niektórych między "złośliwą" a "nudną". Zabiegi te zastosowano zupełnie świadomie i totalnie celowo. Daje do myślenia? Jak najbardziej. Przypomina, że każda z kobiet (ale to samo oczywiście dotyczy i mężczyzn), jest osobą. Bez względu na wygląd, bez względu na ubranie.
logo
Fragment kampanii Terre des Femmes. facebook.com/adsoftheworld
Autorami kampanii "Don't measure a woman's worth by her clothes" są studenci Miami Ad School w Hamburgu i Theresa Wlokka.
logo
Fragment kampanii Terre des Femmes. facebook.com/adsoftheworld

Napisz do autorki: aleksandra.zawadzka@natemat.pl

Chcesz więcej stylu? Polub nas na facebooku!