Zawód balsamista. "Ciało zmarłego nie może się bronić, my stoimy na straży jego godności"

opis
opis Fot. Photographee.eu / www.shutterstock.com
– U nas, w Polsce, jest bardzo niska świadomość tego, co można z ciałem zmarłego zrobić. Rodziny nie wiedzą, że wchodząc do zakładu pogrzebowego mogą powiedzieć „wie pan, babcia zawsze miała czerwone usta, więc ja chcę żeby i w chwili obecnej miała te czerwone usta”. A można i warto zrobić wszystko, by ta konkretna osoba leżąc w trumnie wyglądała jak najbardziej naturalnie. Tak, jak za życia – mówi Szymon Sokołowski, najmłodszy w Polsce balsamista zwłok.


Miewa pan koszmary?

Nie, skądże.

A nie śni się panu praca?

Dlaczego miałaby?

Bo ma pan mimo wszystko dość niecodzienne zajęcie.

(śmiech) Kiedyś, na samym początku, było takie poczucie delikatnej niepewności. Ale to było w czasach, kiedy byłem świadkiem pierwszych pogrzebów, gdy pracowałem w kościele.

Jako ministrant?

Jako ceremoniarz. Czasem trzeba było na przykład ustawić przy trumnie świeczki i podchodziło się do niej z takim niejasnym i poczuciem niepewności właśnie, z pytaniem czy czasem coś się z tej trumny nie wydobędzie (śmiech). Ale to było tylko na początku.


A potem? Dlaczego nie został pan np. masażystą?

(śmiech) Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do innych zawodów. Od bardzo wczesnej młodości byłem tą atmosferą przesiąknięty, między innymi dzięki pracy w kościele właśnie. To dzięki niej w tym życiu pogrzebowym uczestniczyłem. I z każdym dniem wchodziłem w to coraz bardziej.


Ale to też nie wystarczyło?

Znałem tą ostatnią drogę człowieka niejako od strony liturgicznej. Wiedziałem, że ktoś zmarł, wiedziałem, że jest zamówiony pogrzeb, kiedy i o której godzinie. Ale nigdy nie wiedziałem tego, co jest pomiędzy chwilą śmierci a pogrzebem. Znałem tylko efekt finalny, kiedy ciało przyjeżdża do kościoła i odbywa się ceremonia. Reszta była dla tajemnicą. Zatem z jednej strony była po prostu ciekawość.


Potem zdarzyło się tak, że kościelny z naszego kościoła otwierał zakład pogrzebowy. A ja męczyłem go strasznie, żeby zabrał mnie ze sobą. No i zabrał. Niedługo potem byłem świadkiem pierwszego przygotowania ciała do pogrzebu.

Jak było?

To było takie bardzo podstawowe przygotowanie, sprowadzało się tylko do nałożenia odzieży i ułożenia zmarłego w trumnie. Ja wtedy tylko stałem z boku, ale już po tym pierwszym razie wiedziałem, że na pewno mógłbym to zrobić sam. I następnym razem już w tym procesie aktywnie uczestniczyłem.

Ile miał pan lat jak pan zaczął?

Piętnaście albo szesnaście, już dokładnie nie pamiętam. Ale to była trzecia klasa gimnazjum.

Dość oryginalne zajęcie jak na nastolatka.

Jakoś tak wyszło. Czasem było dość zabawnie.

Dlaczego?

Jeździłem na pogrzeby w soboty bądź po szkole. Zdarzało się, że pod budynek szkoły podjeżdżał po mnie karawan. Ja wskakiwałem tylko w koszulę i garnitur i jechaliśmy na pogrzeb. I z tego karawanu znajomi często się śmiali. Faktycznie mogło to dziwnie wyglądać (śmiech). Ale dla mnie to było ważne, i im bardziej w tę atmosferę wchodziłem, tym bardziej odkrywałem o co tak naprawdę chodzi w tej branży.

O co chodzi?

O to, żeby pomóc rodzinie. To jest zdecydowanie najważniejsze. Bo pogrzeb, śmierć bliskiej osoby jest czymś niespodziewanym. Tego nie można zaplanować tak jak planuje się wesele. Rodzina musi zaufać firmie pogrzebowej, osobie, która będzie przygotowywała ciało, że ta ostatnia droga i ten ostatni moment, kiedy oni żegnają się ze zmarłym będzie właśnie taki jak tego oczekują.

Przygotowywałem też do pogrzebu moich dziadków. Czułem, że to ostatnia rzecz, którą mogę dla nich zrobić. Przygotowałem ich tak, jak pamiętałem za życia, babcia z jasną twarzą a dziadek z zaczesanymi włosami, tak jak je zawsze nosił.

Praca to dla pana misja?

Tak, dla mnie na pewno. Nie da się tego zajęcia traktować przedmiotowo. Każde ciało, każda rodzina, jest dla nas wielkim wyzwaniem. Musimy sprostać oczekiwaniom całkiem innych ludzi mających całkiem inne oczekiwania. Ciało osoby zmarłej nie może się obronić, my stoimy na straży jego godności.
Adam Ragiel, uznawany za jednego najbardziej znanych polskich balsamistów, stwierdził kiedyś, że Polacy są bardzo mało wymagający jeśli chodzi o przygotowanie ciała bliskiej osoby do pogrzebu.

Owszem, zdarzają się ludzie, którzy nie mają kompletnie żadnych wymagań. Ale u nas, w Polsce, jest bardzo niska świadomość tego co można z ciałem zmarłego zrobić. Rodziny nie wiedzą, że wchodząc do zakładu pogrzebowego mogą powiedzieć „wie pan, babcia zawsze miała czerwone usta, więc ja chcę żeby i w chwili obecnej miała te czerwone usta”. Ludzie nie wiedzą, że można zrobić masę zabiegów, by poprawić wygląd tej zmarłej osoby.

Na przykład jakich? O co mogą prosić?

Dosłownie o wszystko. Pierwsza i podstawowa sprawa to zakładanie odzieży. Ubieramy zmarłego w to, co życzy sobie i przyniesie nam rodzina. Zakładamy biżuterię, pierścionki. Ostatnim elementem jest makijaż – to tak zwana kosmetyka pośmiertna. Tę wykonujemy i u mężczyzn i u kobiet. Można zamówić malowanie ust i oczu, podkreślenie ich kredką, tuszowanie rzęs. Rodzina może mieć wiele życzeń, których my nie możemy im odmówić.

A fryzura? Też się nią zajmujecie?

Oczywiście. Ludzie na to naprawdę zwracają uwagę. Na to, że ktoś całe życie czesał się na jeden bok a tu nagle uczesali go na drugi. Staramy się tego nie robić.
Szymon Sokołowski

Rodzina może zlecić przygotowanie ciała do pochówku firmie pogrzebowej. I to oni dzwonią do mnie. Ja wtedy jadę na miejsce, tam gdzie jest ciało. Niezależnie od tego czy to jest prosektorium czy dom pogrzebowy. Najpierw robimy oględziny zewnętrzne, patrzymy w jakim stanie jest ciało. Przygotowanie do pogrzebu zaczynamy od przełamania stężenia pośmiertnego, co wiele osób określa mianem „łamania kości”. A to jest całkiem inna sprawa. My po prostu musimy rozruszać ciało, żeby było wiotkie. Poruszamy rękoma, palcami zmarłego i zabieramy się do pracy. Rozrabiamy odpowiedni płyn, balsamujemy, nakładamy odzież. Jeżeli takie jest życzenie rodziny, wykonujemy zmarłemu także pośmiertną kosmetykę.

Twarz zmarłego zdradza w jakich okolicznościach odszedł?

Tak, to widać.

Może pan zmienić tę mimikę?

Mamy do tego specjalne środki, tzw. wypełniacze tkankowe.

Jak to działa?

Na zasadzie zbliżonej do botoksu. Tylko, że botoks ścina tkanki a nasz środek wstrzykuje się pod skórę i modeluje. Można nim wypełnić np. usta, bo wiadomo, że ciało po śmierci wysycha...

I wymodelować twarz?

Dokładnie, dzięki niemu można poprawić mimikę. Sprawić, żeby zmarły lepiej wyglądał.

Można sprawić żeby się uśmiechał?

Można nadać twarzy bardziej pogodny wyraz. Najlepiej jest kiedy rodzina przynosi zdjęcie zmarłego, wtedy możemy się na nim wzorować. Bo też nie chodzi o to, żeby tę osobę zmienić tylko, żeby leżąc w trumnie wyglądała jak najbardziej naturalnie. Tak, jak za życia.

Ponoć przed przystąpieniem do pracy balsamista musi poznać przyczynę zgonu.

Tak, powinno się to sprawdzić. Musimy wiedzieć na co dana osoba zmarła, na co chorowała, żeby dobrać odpowiednie metody i środki do balsamacji. Innego płynu do balsamacji użyjemy, kiedy ktoś chorował na żółtaczkę. Innego, kiedy ktoś cierpiał na jakąś chorobę zakaźną.

Takie płyny mają też działania dezynfekujące, zabijają wszelkie bakterie. Dzięki ich zastosowaniu bliscy mogą pożegnać się ze zmarłym dotykiem czy pocałunkiem bez obaw.

A są takie przyczyny czy okoliczności śmierci, które wymagają od was więcej pracy?

Najtrudniej jest z tzw. topielcami i ciałami w trakcie rozkładu. Bo procesu rozkładu już nie możemy cofnąć. Ciało w tym stanie to jedna wielka bomba biologiczna, która ma w sobie mnóstwo zarazków. Jest przykry zapach, ciała są opuchnięte bo pod skórą zbierają się gazy i płyny. I to najczęściej uniemożliwia wystawienie ciała w otwartej trumnie.

Nie możecie pomóc?

Normalnego wyglądu nie możemy przywrócić. Czasem, nie we wszystkich przypadkach, możemy zrobić balsamację, by zahamować ten proces, który już nastąpił, usunąć przykry zapach. No i ubrać zmarłego, by mimo wszystko został godnie pochowany. Ale cofnąć procesu rozkładu nie możemy.
Inaczej jest w przypadkach tzw. ciał powypadkowych. Tutaj możemy więcej. Jeżeli rodzina ma takie życzenie możemy wykonać na przykład rekonstrukcję. Jeżeli zmarły ma urwane kończyny, rozcięcia albo uszczerbki w twarzy, używamy wosków, by to zatuszować. Potem nakładamy makijaż i robimy co w naszej mocy, żeby wyglądał jak najlepiej.

Słyszałam, że przy zmarłych nie wolno pracować samemu. Tylko parami.

Tak mówią. Chodzi po prostu o to, żeby było bezpieczniej. Jak nas coś przestraszy, zwali z nóg, żeby ktoś był obok.

A pan pracuje sam?

Raczej tak. Sam na sam ze zmarłym pracuje mi się najspokojniej. Nie potrzebuję drugiej osoby do pomocy, choć nie przeszkadza mi jak ktoś jest obok.

napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl