
Polakom nie przeszkadzają krzyże w budynkach publicznych i religia w szkołach, ale nie lubią, kiedy księża mówią im, jak głosować. Na Wielkanoc poszli poświęcić pokarmy, ale... nie akceptują wielu punktów kościelnego nauczania. Skąd ten rozdźwięk?
Z ostatnich badań przeprowadzonych przez CBOS wynika, że Polakom nie przeszkadzają ani krzyże w budynkach publicznych (88 proc.), ani lekcje religii w szkołach (82 proc.), ani nawet obecność kościelnych hierarchów na uroczystościach państwowych (80 proc.). Ankietowani nie widzą też problemu w święceniu budynków użyteczności publicznej (76 proc.) czy występowaniu księży w telewizji publicznej (75 proc.).
Być może ujęcie problemu nie było doskonałe, nie zmienia to jednak faktu, że nawet ludzie Kościoła dostrzegają pewien rozdźwięk pomiędzy tym, czego naucza kościelna hierarchia a tym, jak żyją ludzie, bądź co bądź, deklarujący się jako osoby wierzące.
Jeśli ludzie przychodzą do kościoła i słyszą z ambony urzędniczo-formalistyczną nowomowę, a dodatkowo są wychowani tak, że księdzu na nic nie można zwrócić uwagi, "no bo przecież jest duchownym", to trudno się dziwić, że przepaść między świeckimi i duchownymi jest coraz większa.
Przepaść jest nie tylko pomiędzy „świeckimi” a „duchowieństwem”, nauką a życiem codziennym, ale także – co dość oczywiste - pomiędzy wsią i miastem. Jeszcze nieco ponad dekadę temu z badań opinii publicznej wynikało, że ksiądz na wsi pełni ważną rolę – jest autorytetem w wielu kwestiach, ale także powiernikiem największych tajemnic. Nie tylko ze względu na fakt spowiadania, ale również zaufania, jakim cieszył się wśród parafian. Dziś to się zmienia.
Unikanie rozmowy, nawet jeśli jest to dla spowiadającego się raz do roku człowieka wygodniejsze, na dłuższą metę niczemu dobremu nie służy. – Jeśli nie ma dialogu, to nie ma też zaufania. A jeśli nie ma zaufania, to nie ma szans na rzetelną dyskusję i zrozumienie nauczania Kościoła – podkreśla Żyłka.
Wielu wiernych ma poglądy odległe od nauczania Kościoła, bo też i księża nie zawsze potrafią to nauczenie w sposób zrozumiały wytłumaczyć. – Jestem zaangażowanym katolikiem, ale sensowne wytłumaczenie dotyczące np. antykoncepcji usłyszałem do tej pory od kilku księży. Dużo częściej spotykałem się z argumentacją „Nie bo nie. Kościół tak naucza. Tak już jest. Musisz to zaakceptować”. I ze stylem listów Episkopatu, których prawie nikt nie rozumie – mówi w rozmowie z naTemat Żyłka.
Stąd już niedaleko do podjęcia refleksji o Kościele „bliskim” człowiekowi, czyli takim, który nie tylko potrafi z nim prowadzić dialog, lecz także jeszcze zrozumiale argumentować aspekty nauczania i Kościele „dalekim”, czyli tym, który autorytarnie głosi z ambony pewne, niepodlegające żadnej dyskusji, prawdy.
Taki pogląd wydaje się Błażejowi Strzelczykowi z „Tygodnika Powszechnego” jak najbardziej uprawniony.
Mam poczucie, że nie ma co już dzielić Kościoła na lewicowy czy prawicowy albo liberalny i konserwatywny, czy łagiewnicki i toruński. Te podziały są już dawno zdezaktualizowały. Teraz raczej mówimy o Kościele mówiącym o Bogu, przybliżającym istotę wiary (ten Kościół wierzy w intuicję i dojrzałość ludzi) i Kościele, dla którego ważniejsze jest sterowanie sumieniami, wskazywanie właściwych rozwiązań (stąd mówienie o gender, in-vitro itd). Ten drugi Kościół jest w tym sensie daleki, że nie docenia dojrzałości ludzi.
Także Kiedio dostrzega problem podziału na kościół „bliski” i „daleki”.
I nie chodzi tylko o podział na księży i biskupów. Często także księża z parafii wydają się kimś bardzo dalekim, z kim wcale nie czujemy więzi, a więc także nie wybralibyśmy sobie ich na osoby, z którymi będziemy rozmawiać o swoich osobistych sprawach.
Czy może być inaczej, jeśli w większości parafii najzwyczajniej nie ma sytuacji, w których parafianin mógłby poznać swojego wikarego? Po mszy ksiądz znika w zakrystii, a później na plebanii. Oczywiście, świecki może się tam wybrać, może też pójść do kancelarii, ale wiadomo, że nie będzie to sytuacja sprzyjająca swobodnej rozmowie, mogącej budować relację. Trzeba mieć konkretny powód, żeby tam pójść – jakąś sprawę do załatwienia.
Nie wchodzi się do zakrystii na swobodną pogawędkę zapoznawczą, a w każdym razie nie każdy ma charakter, który sprzyja takim zachowaniom. Wymagałoby to dużej otwartości, przebojowości.
Napisz do autorki: marta.brzezinska@natemat.pl
