Kościół bliski czy daleki - jakiego oczekują polscy wierni?
Kościół bliski czy daleki - jakiego oczekują polscy wierni? Fot. Robert Robaszewski / Agencja Gazeta

Polakom nie przeszkadzają krzyże w budynkach publicznych i religia w szkołach, ale nie lubią, kiedy księża mówią im, jak głosować. Na Wielkanoc poszli poświęcić pokarmy, ale... nie akceptują wielu punktów kościelnego nauczania. Skąd ten rozdźwięk?

REKLAMA
Ostatnie badania opinii publicznej potwierdzają starą prawdę – Polacy są bardzo religijnym narodem. Sęk w tym, że za religijnością i pobożnością czasem niewiele idzie, bo kiedy zapytać ich o konkretne przełożenie kościelnych nauk na życie, pojawiają się schody.
Święcenie tak, moralizowanie nie
Z ostatnich badań przeprowadzonych przez CBOS wynika, że Polakom nie przeszkadzają ani krzyże w budynkach publicznych (88 proc.), ani lekcje religii w szkołach (82 proc.), ani nawet obecność kościelnych hierarchów na uroczystościach państwowych (80 proc.). Ankietowani nie widzą też problemu w święceniu budynków użyteczności publicznej (76 proc.) czy występowaniu księży w telewizji publicznej (75 proc.).
Mniej optymistycznie dla Kościoła wypadło pytanie o wypowiedzi biskupów na tematy moralne i obyczajowe – dziś nie przeszkadza to zaledwie 60 proc. Polaków (dwa lata temu było to 61 proc.). Co to oznacza?
Na podstawie wyników powyższej ankiety można sądzić, że Polaków nie drażnią zewnętrzne oznaki wiary. Choć co jakiś czas wybuchają polityczne wojny o krzyż czy lekcje religii w szkole, to dla większości społeczeństwa nie stanowi to problemu. To „tylko” pewien niegroźny element naszej codzienności, więc nie ma o co kruszyć kopii.
Problem pojawia się jednak kiedy owa religijność zaczyna (albo przynajmniej powinna) mieć przełożenie na nasze życie, codzienne wybory i decyzje. Przecież ksiądz nie będzie mówił mi, jak mam żyć! A już z pewnością nie będzie dyktował warunków w sypialni... – myśli spora część społeczeństwa.
To także znajduje odzwierciedlenie w badaniach opinii publicznej. Z opublikowanego na początku marca Raportu CBOS pod tytułem „Oczekiwanie zmiany w nauczaniu Kościoła” wynika, że Polacy po prostu nie akceptują nauczania Kościoła w kwestiach moralności. Aż 79 proc. badanych chce dopuszczenia przez hierarchów możliwości wykonywania in vitro, 72 proc. oczekuje zgody na stosowanie antykoncepcji, a 73 proc. w niektórych sytuacjach dopuściłoby przerwanie ciąży.
Zdecydowana większość (80 proc.) chce też umożliwienia rozwodnikom w nowych związkach przyjmowania Komunii Świętej. Jak podkreślali ankieterzy CBOS, co druga osoba, opowiadająca się za takimi zmianami deklarowała się jako głęboko wierząca.
Ks. Wojciechowi Sadłoniowi z Katolickiego Instytutu Statystyki Kościelnej nie podobało się ujęcie problematyki przez CBOS. – W takim podejściu nauczanie Kościoła katolickiego odrywane jest od swojego duchowego fundamentu, przede wszystkim Pisma Świętego – powiedział KAI, dodając, że badania CBOS są takie, jakby „wystawić nauczanie Kościoła w konkursie popularności”.
Kościelna nowomowa
Być może ujęcie problemu nie było doskonałe, nie zmienia to jednak faktu, że nawet ludzie Kościoła dostrzegają pewien rozdźwięk pomiędzy tym, czego naucza kościelna hierarchia a tym, jak żyją ludzie, bądź co bądź, deklarujący się jako osoby wierzące.
– Rozdźwięk jest. I niestety, raczej z roku na rok się powiększa. W dużym stopniu przyczynia się do niego sam Kościół – ocenia gorzko w rozmowie z naTemat.pl Piotr Żyłka.
Piotr Żyłka

Jeśli ludzie przychodzą do kościoła i słyszą z ambony urzędniczo-formalistyczną nowomowę, a dodatkowo są wychowani tak, że księdzu na nic nie można zwrócić uwagi, "no bo przecież jest duchownym", to trudno się dziwić, że przepaść między świeckimi i duchownymi jest coraz większa.


Przepaść jest nie tylko pomiędzy „świeckimi” a „duchowieństwem”, nauką a życiem codziennym, ale także – co dość oczywiste - pomiędzy wsią i miastem. Jeszcze nieco ponad dekadę temu z badań opinii publicznej wynikało, że ksiądz na wsi pełni ważną rolę – jest autorytetem w wielu kwestiach, ale także powiernikiem największych tajemnic. Nie tylko ze względu na fakt spowiadania, ale również zaufania, jakim cieszył się wśród parafian. Dziś to się zmienia.
– W większych miastach nie jest problemem znalezienie księdza albo zakonnika, który traktuje ludzi poważnie. Potrafi odpowiedzieć na trudne pytania, w kazaniach koncentruje się na głoszeniu Ewangelii, a nie na polityce i moralizowaniu. No i używa języka zrozumiałego dla przeciętnego człowieka. Niestety, dużo gorzej jest w mniejszych miejscowościach i wioskach – ocenia w rozmowie z naTemat Żyłka.
To akurat niektórym pasuje, zwłaszcza tym mniej zagorzałym katolikom. Aneta przyznaje, że choć od kilku lat mieszka w dużym mieście, to czasem – na przykład przed świętami – woli wyspowiadać się tam, skąd pochodzi, czyli w maleńkiej miejscowości gdzieś na Podlasiu. – Tam nie muszę się jakoś specjalnie z niczego tłumaczyć, starszy ksiądz w konfesjonale, spowiedź trwa maksymalnie dwie minuty. Nie wchodzę w szczegóły, nie mówię, że mieszkam z chłopakiem, a ksiądz specjalnie nie dopytuje. Kiedyś spowiadałam się w mieście, w popularnym kościele i trwało to wieki! Spowiednik dopytywał o wszystko, chciał rozmawiać – żali się.
Pustek nie ma, ale...
Unikanie rozmowy, nawet jeśli jest to dla spowiadającego się raz do roku człowieka wygodniejsze, na dłuższą metę niczemu dobremu nie służy. – Jeśli nie ma dialogu, to nie ma też zaufania. A jeśli nie ma zaufania, to nie ma szans na rzetelną dyskusję i zrozumienie nauczania Kościoła – podkreśla Żyłka.
Efekty tego stanu rzeczy są opłakane. Można się oczywiście cieszyć z tego, że polskie kościoły (zwłaszcza w okresie świątecznym) nie świecą pustkami, ale co za tym idzie? Jakie ma to przełożenie na przywiązanie do zasad i wartości, płynących z chrześcijaństwa?
Za nami Wielkanoc, teoretycznie najważniejsze w chrześcijaństwie święta – pamiątka męki, śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Piszę teoretycznie, bo w praktyce wiele osób przyznaje, że dla nich ważniejsze jest Boże Narodzenie, bo to święto bardziej rodzinne, no i przede wszystkim bardziej „magiczne”.
logo
Wielkanocne święcenie pokarmów - już tylko piękny zwyczaj czy coś więcej? Fot. Marek Podmokły/Agencja Gazeta
To odwoływanie się do „magii” czy „klimatu” to kolejny dowód na płaskość świętowania w polskim wydaniu. I niestety potwierdzają to także badania, tym razem prof. Józefa Baniaka. Okazuje się, że Polacy chętnie noszą do kościoła święconkę, ale wielu z nich nie wierzy w Zmartwychwstanie! Pokarmy święcą, bo to piękny zwyczaj, tradycja, a w dodatku miło jest się spotkać z rodziną.
Wzmożoną aktywność katolików w okresie świątecznym dostrzegają także oczywiście księża. – Wyraźnie widać, że część parafian w trakcie świąt wielkanocnych pojawia się w kościele tylko ze święconką. Uważają, że w ten sposób spełniają całą swoją powinność wobec Boga, ale świadczy to wyłącznie o braku wiary – mówił Wp.pl ks. Witold Parecki z Poznania.
Ewo Kiedio, współzałożycielka magazynu "Dywiz" zauważa z kolei, że problem polega na często popełnianym błędzie, w ramach którego patrząc na religijność Polaków, mówi się, że nawet 96 proc. z nich to katolicy.
– Taki procent jest obliczany na podstawie liczby chrztów, a ten sakrament jest przecież wciąż czymś zwyczajowym, często nie świadczy o żadnym zaangażowaniu w wiarę. Myślę, że znacznie bliższy rzeczywistości obraz uzyskamy, patrząc na liczbę dominicantes (osób uczestniczących w niedzielnej mszy, ok. 40 proc.) i communicantes (osób przystępujących do Komunii św., ok. 16 proc). Przy takich statystykach nie dziwi, że wielu z tych, którzy uważają się za katolików ma w istocie poglądy bardzo odległe od nauczania Kościoła – mówi naTemat autorka „Więzi”.
„Nie, bo nie”
Wielu wiernych ma poglądy odległe od nauczania Kościoła, bo też i księża nie zawsze potrafią to nauczenie w sposób zrozumiały wytłumaczyć. – Jestem zaangażowanym katolikiem, ale sensowne wytłumaczenie dotyczące np. antykoncepcji usłyszałem do tej pory od kilku księży. Dużo częściej spotykałem się z argumentacją „Nie bo nie. Kościół tak naucza. Tak już jest. Musisz to zaakceptować”. I ze stylem listów Episkopatu, których prawie nikt nie rozumie – mówi w rozmowie z naTemat Żyłka.
logo
Boże Narodzenie wciąż przyciąga swoją... "magią" Fot. Tomasz Stańczak/Agencja Gazeta

Stąd już niedaleko do podjęcia refleksji o Kościele „bliskim” człowiekowi, czyli takim, który nie tylko potrafi z nim prowadzić dialog, lecz także jeszcze zrozumiale argumentować aspekty nauczania i Kościele „dalekim”, czyli tym, który autorytarnie głosi z ambony pewne, niepodlegające żadnej dyskusji, prawdy.
Taki pogląd wydaje się Błażejowi Strzelczykowi z „Tygodnika Powszechnego” jak najbardziej uprawniony.
Błażej Strzelczyk

Mam poczucie, że nie ma co już dzielić Kościoła na lewicowy czy prawicowy albo liberalny i konserwatywny, czy łagiewnicki i toruński. Te podziały są już dawno zdezaktualizowały. Teraz raczej mówimy o Kościele mówiącym o Bogu, przybliżającym istotę wiary (ten Kościół wierzy w intuicję i dojrzałość ludzi) i Kościele, dla którego ważniejsze jest sterowanie sumieniami, wskazywanie właściwych rozwiązań (stąd mówienie o gender, in-vitro itd). Ten drugi Kościół jest w tym sensie daleki, że nie docenia dojrzałości ludzi.

Strzelczyk dodaje, że minęły już czasy, gdy ludzie ślepo wierzyli w słowa wypowiadane przez biskupów i księży. – Zaczynamy je analizować, dopytywać, jątrzyć. Proste odpowiedzi już dziś nie wystarczają. Ludzie zatem szukają odpowiedzi na własną rękę, bo nie mają poczucia, że Kościół odpowiada nie ich problemy – mówi dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”.
Kościół bliski czy daleki?
Także Kiedio dostrzega problem podziału na kościół „bliski” i „daleki”.
Ewa Kiedio

I nie chodzi tylko o podział na księży i biskupów. Często także księża z parafii wydają się kimś bardzo dalekim, z kim wcale nie czujemy więzi, a więc także nie wybralibyśmy sobie ich na osoby, z którymi będziemy rozmawiać o swoich osobistych sprawach.

Czy może być inaczej, jeśli w większości parafii najzwyczajniej nie ma sytuacji, w których parafianin mógłby poznać swojego wikarego? Po mszy ksiądz znika w zakrystii, a później na plebanii. Oczywiście, świecki może się tam wybrać, może też pójść do kancelarii, ale wiadomo, że nie będzie to sytuacja sprzyjająca swobodnej rozmowie, mogącej budować relację. Trzeba mieć konkretny powód, żeby tam pójść – jakąś sprawę do załatwienia.

Nie wchodzi się do zakrystii na swobodną pogawędkę zapoznawczą, a w każdym razie nie każdy ma charakter, który sprzyja takim zachowaniom. Wymagałoby to dużej otwartości, przebojowości.

Co można zrobić, żeby naprawić tą sytuację? Żeby choć trochę przybliżyć ten Kościół „daleki”? – Jeśli Kościołowi naprawdę zależy na zmniejszeniu tego rozdźwięku, to musimy włożyć dużo wysiłku w podniesienie jakości kształcenia oraz formowania seminarzystów i permanentnej formacji księży. Tak, żeby potrafili oni mówić o ważnych w sprawach w zrozumiały i atrakcyjny sposób. I żeby nie traktowali świeckiego jak niewygodnego intruza, ale jak partnera – radzi Żyłka.
Strzelczyk z kolei odwołuje się do przykładu Jose Floresa, meksykańskiego teologa, który wystąpił podczas synodu o nowej ewangelizacji. Sytuację Kościoła według niego można porównać do 5. tajemnicy radosnej różańca, która opisuje wyprawę Maryi i Józefa do Jerozolimy. – Poszli do Kościoła, byli na pielgrzymce, były obrzędy, rytuały. Wszystko spoko. Ale okazało się, że zgubili Jezusa. W tej gmatwaninie rzeczy błahych zgubili Jezusa – podkreśla.
– My tu w Kościele założyliśmy, że ludzie mają doświadczenie Boga. Ale prawda jest inna. Więc Kościół, jeśli nadal chce mieć wpływ na ludzi, musi zacząć mówić na nowo o Bogu i historii Jezusa – radzi Strzelczyk.
A Kiedio podaje bardzo prosty przykład zaczerpnięty ze Wspólnot Jerozolimskich. – Świetnym pomysłem, niestety rzadko realizowanym, jest wyjście księży po Mszy przed Kościół, witanie się z parafianami, ich zwykła obecność we wspólnej przestrzeni, która pozwala na zamienienie kilku zdań na swobodne tematy, przełamanie lodów... – wylicza.
Być może samo wyjście do wiernych i nawiązanie dialogu, choćby prostego, niewiele zmieni, ale... Lepiej zacząć od niewielkich kroków, niż stać w miejscu. Nie ma co się łudzić, że Polska jest katolicka, że dziewięćdziesiąt parę procent wiernych... Badania pokazują, że tych, którzy na serio traktują wiarę i przystępują do sakramentów jest z roku na rok coraz mniej i trudno będzie powstrzymać ten proces, jeśli nie zacznie się ze sobą rozmawiać.

Napisz do autorki: marta.brzezinska@natemat.pl