Bo wiedza to władza. Dzięki nowoczesnemu oprogramowaniu szefowie inwigilują już na każdym kroku i... łamią prawo

Jak głęboka może być inwigilacja pracowników?
Jak głęboka może być inwigilacja pracowników? Fot. Ollyy; Pan Xunbin / Shutterstock.com
Permanentna inwigilacja to codzienność coraz większej grupy polskich pracowników. Wraz z rozwojem technologii oraz upowszechnieniem sprzętu i oprogramowania do tzw. monitoringu pracowników pracodawcy znad Wisły wkraczają w coraz to nowe obszary życia swoich podwładnych.


– Wyleciałem z pracy za kwestionowanie umiejętności szefa na facebookowym czacie. W prywatnej rozmowie, prowadzonej z domu i poza godzinami pracy – żali się w rozmowie z naTemat Rafał. Jeden z rzeszy Polaków, których dosłownie każde słowo i gest jest pod kontrolą szefów.


Kiedy około dziesięciu lat temu pojawiło się pierwsze łatwo dostępne oprogramowanie umożliwiające zarządzanie tym, co pracownicy robią na służbowych komputerach, wielu przyjęło to ze zrozumieniem. Nie tylko skutecznie ograniczyło to możliwość tracenia w pracy czasu na przeglądanie portali, czy plotkowanie na raczkujących wówczas komunikatorach internetowych. Różnego rodzaju blokady, filtry i programy monitorujące pozwalały pracodawcom zadbać też o to, by na firmowe komputery nie ściągano pornografii i nielegalnego oprogramowania lub nie wysyłano w świat informacji, które powinny zostać wewnątrz organizacji.


Wraz z pojawieniem się wręcz uzależniających mediów społecznościowych, zainteresowanie monitorowaniem aktywności pracowników tylko wzrosło. Bo Nasza-Klasa, a potem Facebook, czy Twitter wywoływały w wielu firmach nagły spadek dotychczasowej wydajności pracy. Dziś z różnego rodzaju oprogramowania monitorującego korzystają więc już nie tylko wielkie korporacje, ale i przedsiębiorcy zatrudniający choćby tylko kilku pracowników. I coraz odważniej wymierza się na tej podstawie kary dla tych, którzy klikają nie tak, jak się szefom podoba.


Inwigilacja cię zniszczy...
Boleśnie kilka tygodni temu przekonał się o tym Rafał. 29-latek do niedawna pracował w jednej z małopolskich firm spedycyjnych i załatwiał dla tego przedsiębiorstwa jedne z najbardziej intratnych kontraktów. Wszystko układało się wyśmienicie, aż do dnia, w którym poirytowany szef wezwał Rafała do swojego gabinetu i zapytał, czy podpisze przygotowane wypowiedzenie, czy chce, by "zasrać mu papiery".

– Zdębiałem, nie wiedziałem o co chodzi. Pracowałem tam ponad dwa lata i zawsze starałem się być do granic dyplomatyczny i możliwie poza wszelkimi układami. Błędu żadnego też nie popełniłem, bo jeszcze dzień wcześniej ten sam człowiek chwalił mnie za kilka ostatnich zleceń – wspomina, wciąż nie mogąc opanować nerwów. Które okazało się, że zafundował sobie krytykując umiejętności szefa w facebookowej rozmowie ze swoją dziewczyną.
Rafał
inwigilował go były szef

Wyciągnął wydruki ze zrzutami ekranu, na których widać nie tylko moje słowa o tym, że mógłby lepiej wpływać na pracę jednego z zespołów w firmie i że "czasem zachowuje się, jak idiota". Tam były też rzeczy bardzo prywatne, bo szybko ten temat zmieniłem na sprawy dotyczące mojego związku. Kiedy nagle dowiadujesz się, że obcy w zasadzie człowiek ma na ciebie tyle haków, to jest coś strasznego. Trząsłem się kilka dni. Nie tylko ze względu na utratę pracy.

Rafał tłumaczy, że najbardziej przeraził go fakt, jak głęboko może być inwigilowany. Konto na Facebooku śledzone przez byłego już pracodawcę usunął całkowicie po powrocie do domu. Pierwszy dzień po wyrzuceniu z pracy poświęcił natomiast nie na poszukiwania nowej, a zmianę wszelkich haseł. – Typowe hasła pozmieniałem na takie dziwaczne, podobno trudne do złamania. Nawet PIN-y w kartach zmieniłem, tak się bałem – podkreśla.

Później Rafał dowiedział się jednak, że były szef prawdopodobnie wcale nie włamał się na jego facebookowe konto. Raczej dostęp do czatu sam "dał" przełożonemu, gdy korzystał z portalu Marka Zuckerberga na służbowym komputerze. – Kolega informatyk mi wytłumaczył, że musieliśmy mieć zainstalowanie oprogramowanie przechwytujące to, co dzieje się na ekranie. O szefie pisałem z domu, ale później kontynuowałem tę rozmowę przez chwilę w pracy. Słowa o nim pokazały się więc na ekranie służbowego komputera trochę wyżej – tłumaczy.

Wiedza to władza
Bo szefowie nie potrzebują wielkich informatycznych umiejętności, by wejść w posiadanie wiedzy o tym, jak pracownik klika nie tylko służbowo, ale i prywatnie. Wystarczy instalacja popularnego oprogramowania monitorującego. W Polsce najchętniej sięga się po programy Uplook i Oko Szefa, które najłatwiej pozwalają na śledzenie tego, co dzieje się na ekranach firmowych komputerów i przy okazji dostarczają innych informacji dotyczących aktywności pracowników.

Bardziej ciekawscy i rozrzutni pracodawcy mogą jednak zainwestować w oprogramowanie szpiegowskie bardziej zaawansowane, dostosowane do charakteru ich firmy (lub inwigilowanego pracownika) i trudniejsze do wykrycia niż najpopularniejsze programy, na które znający się na komputerach potrafią znaleźć sposób. Takie rozwiązania musiały zostać zastosowane wobec Kingi, pracownicy jednego z urzędów państwowych w Gdańsku.
Kinga
pracownica inwigilowana jednym z urzędów

Sprawdziliśmy z kolegami z biura wszystkimi podpowiadanymi przez Google sposobami, czy mamy na komputerach jakiegoś "Wielkiego Brata" i nic nie znaleźliśmy. A tu nagle szef informatyków nas niby od niechcenia pyta, czemu jeden z kolegów z naszego pokoju wysyła CV w sprawie nowej pracy, a inna koleżanka tyle mailuje co dnia z mężem, który pracuje w Norwegii. I to mówił, przytaczając szczegóły. Tylko po to, by pokazać, że ma na nas haki dla "góry".

Bo jak wiadomo, wiedza to władza. Jednak zdobywając tego typu wiedzę polscy pracodawcy zwykle zapominają, że często nie mają do tego prawa. Jeśli nie informują pracowników, że oprogramowanie umożliwiające monitoring jest zainstalowane, nie mają najmniejszego prawa. I sami mogą napytać sobie więcej problemów niż pracownik, któremu mogliby dzięki inwigilacji udowodnić, że źle pracuje.

Pracodawco, lepiej uważaj...
Już w 2009 roku stanowczo przypominał o tym ówczesny Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych Michał Serzycki.
Michał Serzycki
GIODO w latach 2006-2010

Nie można pogodzić totalnej kontroli za pomocą zrzutów ekranowych i protokołowania danych wprowadzanych przez klawiaturę z prawem do ochrony prywatności. Byłoby to nieuprawnione rejestrowanie i gromadzenie danych osobowych. Takie postępowanie spełnia przesłanki wykroczenia lub, w zależności od konkretnego przypadku, nawet przestępstwa - tłumaczył w jednym z wywiadów. Czytaj więcej


w wywiadzie dla komputerswiat.pl z maja 2009 r.
GIODO przypominał też, że jeśli pracodawca umożliwił podwładnym korzystanie ze służbowego sprzętu w celu komunikowania się w sprawach prywatnych, to nie oznacza, że ma prawo monitorować wiadomości o takim charakterze. – Szefowi nie wolno czytać wiadomości zawierających treści prywatne – oceniał inspektor. Jednocześnie GIODO zwrócił wówczas uwagę, że jest i druga strona medalu. Żeby w pełni zabezpieczyć sobie pewien obszar prywatności w pracy, powinniśmy prywatne dane gromadzić na służbowym sprzęcie pytając wcześniej pracodawcę o zgodę na takie zachowanie.

Jeśli jednak takiego pytania nie było, a oko szefa prowadzi totalną inwigilację lub wkracza w obszar prywatności, w ewentualnym postępowaniu sądowym sprawiedliwość powinna stanąć po stronie pracownika. Sugeruje to polskim sądom choćby głośne orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 3 kwietnia 2007 roku w sprawie w sprawie Copland przeciwko Zjednoczonemu Królestwu.

Pracującą w Carmathenshire College Lynette Copland inwigilowano tam pod kątem tego, gdzie dzwoni, oraz jakie strony internetowe i jak często odwiedza, oraz z kim mailuje. ETPCz uznał, że naruszono w ten sposób art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, według którego "każdy ma prawo do poszanowania swojego życia prywatnego". Także w pracy.

Już rok później orzeczenie to znalazło odzwierciedlenie w jednej z pierwszych podobnego typu spraw przed polskim wymiarem sprawiedliwości. W sprawie I ACa 1057/07 Sąd Apelacyjny w Poznaniu uznał, iż podstępne inwigilowanie pracowników jest naruszeniem art. 49 Konstytucji RP. Tamten wyrok przypomniał też pracodawcom, że prędzej czy później przegrają każdy ewentualny proces przeciwko pracownikowi opierający się na dowodach zdobytych dzięki inwigilacji. Bo co do zasady, dowody uzyskane w sposób sprzeczny z prawem nie powinny być w dopuszczane postępowaniu cywilnym. Wyjątki mogą zostać przez sąd dopuszczone tylko w naprawdę szczególnych sytuacjach.

Prywatność to prawo człowieka
Pomimo tego iż podobne zasady panują w większości państw europejskich, niepokojące zjawisko inwigilacji w pracy narosło tak bardzo, że o ograniczeniach w tej kwestii na początku kwietnia przypomnieć postanowiła Rada Europy. Organizacja stojąca na straży praw człowieka na Starym Kontynencie zaleca, by oprogramowanie wpływające na aktywność sieciową pracowników ograniczało się do stosowania różnego rodzaju blokad lub filtrów, a każdy monitoring był jawny.

Zdaniem Rady Europy, każda niejawna analiza wiadomości wysyłanych ze służbowego sprzętu, czy tego typu ingerencja w sprawy prywatne powinna być przez wymiar sprawiedliwości w Europie klasyfikowana jako naruszenie tajemnicy korespondencji. I podstawa do oskarżenia pracodawcy o łamanie praw człowieka.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl