Braun o “rządach masonerii”, “kondominium pod żydowskim zarządem”. Media nie muszą dawać trybuny oszołomom

Grzegorz Braun wykorzystuję kandydowanie na prezydenta do głoszenia spiskowych teorii dziejów.
Grzegorz Braun wykorzystuję kandydowanie na prezydenta do głoszenia spiskowych teorii dziejów. Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta
Tegoroczna stawka kandydatów na prezydenta jest nie tylko najbardziej prawicowa od lat, lecz także najbardziej egzotyczna. Grzegorz Braun oskarża urzędującego prezydenta o bycie rosyjskim agentem, a Polskę nazywa kondominium pod żydowskim zarządem. Tymczasem media chcą dać wszystkim, którzy zebrali 100 tys. podpisów możliwość przedstawienia poglądów. Nie muszą.


Poza kandydatami walczącymi w tych wyborach o realną stawkę są też tacy, którzy próbują wykorzystać przedwyborczą wrzawę, jako promocję swoich pomysłów z księżyca. Dzięki wielkiej determinacji wąskiego grona zwolenników i coraz powszechniejszej wiedzy, że podpis nie równa się poparcie, udało im się zebrać 100 tys. parafek.
Kandydaci w mediach
Teraz korzystają z oficjalnego miana kandydata, odwiedzają najróżniejsze media i dzielą się swoimi poglądami. Jedni robią to w mało widowiskowej i stonowanej formie, jak Jacek Wilk z Kongresu Nowej Prawicy. Inni, jak Grzegorz Braun, rzucają pod adresem polityków najmocniejsze oskarżenia. Tak jak podczas rozmowy w TOK FM, które rozpoczęło cykl "Usłysz swojego prezydenta".
Brauna pytano o słowa szefa FBI. Zdaniem kandydata to efekt wizyty w nowojorskim muzeum żydów. – To ośrodek silnie nakierowany na zniesławienie Polaków, na szerzenie propagandy, podobnie jak od zeszłego roku Muzeum Żydów Polskich w Warszawie, proponuje taką narrację historyczną, która ma współobwinić Polaków – przekonywał w TOK FM.


Żydzi, masoni i geje
Braun włączył też do tego masonerię. – Działa też i w waszym radiu, bo często gościcie takich ludzi. (...) Śmieszy mnie oczekiwanie, że w obronie Polaków miałby stanąć ktoś taki jak ambasador Schnepf, członek-założyciel tej odrodzonej loży masońskiej – przekonywał. Kandydat przez niemal trzy minuty praktycznie bez przerwy.


Kiedy Karolina Lewicka i Jan Wróbel próbowali go pytać o program uchylał się od wypowiedzi. – Wolałbym się skupić na tym jak wy tutaj w TOK FM walczycie z moim narodem, z tradycją polską, z tradycją katolicką – mówił Braun. – Za fasadą demokracji rządzą mafie, gangi i loże. (...) Prezydent-rezydent Komorowski jest jak wiadomo rzecznikiem obcego interesu. (...) Zasadna jest hipoteza, że to Komorowski chodzi na krótkiej smyczy – mówił Braun przekonując, że prezydent kontaktuje się z wysoko postawionym agentem FBI.


Alternatywna rzeczywistość Grzegorza Brauna
– Tradycyjni nasi rozbiorcy działają na naszym terenie. Kancelaria Prezydenta jako partia ruska, tam troszkę sierot po Unii Wolności też koło niego się skupiło, Jan Lityński, też loża B’nai B’rith – perorował Braun, pomawiając jednego z doradców Bronisława Komorowskiego. Równie dobrze mógłby mówić, że Komorowski i Kopacz są marsjańskimi agentami, którzy mają przygotować grunt pod inwazję z Czerwonej Planety

Braun zdaje się żyć w innym kraju, niż większość z nas. Tłumaczy, że rząd nazywa "warszawskim", bo nie można go określić jako "polski". – Kondominium rosyjsko-niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym, którego zręby stawiane są w Europie Środkowej – mówił o Polsce i naszych sąsiadach.

Bez szans na debatę
Nie stronił też od atakowania prowadzących. – Pana do jakiej loży zapraszali? Występował pan w mediach pełniących funkcję prawicowych, a teraz przysiadł się pan do tego mikrofonu [TOK FM - przyp. naTemat] – pytał Jana Wróbla. Podobnie wyglądała zresztą zeszłotygodniowa rozmowa Brauna z Michałem Rachoniem w Telewizji Republika.

Tacy kandydaci i takie wywiady wzmacniają tylko argumentację Bronisława Komorowskiego, który uchyla się od debaty przed pierwszą turą. Bo podczas rozmowy w studiu TVP pewnie też usłyszałby, że jest ruskim agentem, a do tego masonem i pewnie jeszcze żydem. To samo usłyszą też widzowie telewizji publicznej.

Źle pojęta misja
Nie tylko zresztą w czasie debaty, ale i podczas wywiadów, które w telewizji publicznej będą przeprowadzane ze wszystkimi kandydatami. Kilka dni temu rozlosowano daty występów w programach "Dziś wieczorem" (główna rozmowa dnia w TVP) i "Polityka przy kawie". Publiczny nadawca zapewne uważa to za spełnienie misji.

Ale misją dziennikarza jest też pokazywanie, że gość kłamie i chronienie opinii publicznej przed konfabulacjami i insynuacjami. Dlatego tacy ludzie jak Braun nie powinni być w mediach eksponowani. Jeśli chcą obrzucać błotem wszystkich dookoła, niech robią to na własną rękę. Czy gdyby kandydatem był znany antysemita Leszek Bubel albo prorosyjski Mateusz Piskorski także miałby nieskrępowany dostęp do mediów?

Oczywiście w komentarzach poniżej zaraz pojawią się zarzuty, że to cenzura. Nie, bo dziennikarz to nie stojak na mikrofon, który musi przyjmować wszystko, co jego rozmówca mówi. A jeśli nie ma szansy na poradzenie sobie z pomówieniami interlokutora (a w tym przypadku nie ma), nie powinno się mu dawać dostępu do słuchaczy. Nawiązując do słynnej kampanii: stop wariatom politycznym!

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl