
W 2003 roku Unia Europejska postanowiła zmusić producentów sprzętu RTV i AGD do zbierania i przetwarzania zużytego sprzętu. Wszystko dlatego, że zalegające lub źle utylizowane elektroodpady mogą być zabójcze dla środowiska. Każdy kraj mógł jednak ten obowiązek wypełniać na swój sposób – ważne, by wyrabiał normę. W Polsce, jak to często bywa, w efekcie powstał system, który w obecnej formie może wręcz szkodzić społeczeństwu, a nie mu pomagać.
REKLAMA
Uwaga, groźne
Unia postanowiła regulować proces zbierania zużytych sprzętów z prostego powodu – nie mogą one nigdzie zalegać. Nie chodzi tylko o to, że metalowe czy plastikowe części rozkładałyby się setki lat, ale przede wszystkim o szkodliwe substancje zawarte w takich produktach. Wśród nich są między innymi rtęć, azbest, freon, chrom, nikiel, brom czy ołów.
Unia postanowiła regulować proces zbierania zużytych sprzętów z prostego powodu – nie mogą one nigdzie zalegać. Nie chodzi tylko o to, że metalowe czy plastikowe części rozkładałyby się setki lat, ale przede wszystkim o szkodliwe substancje zawarte w takich produktach. Wśród nich są między innymi rtęć, azbest, freon, chrom, nikiel, brom czy ołów.
Przykładowo rtęć, która znajduje się w niektórych świetlówkach, silnie zatruwa środowisko. A jeśli przedostanie się do organizmu, od razu atakuje mózg i może powodować m.in. zaburzenia wzroku i mowy czy nawet wywołać w organizmie zmiany nowotworowe. Z kolei np. azbest, używany w wielu sprzętach AGD ze względu na świetne właściwości izolacyjne, powoduje liczne, groźne choroby – nawet raka płuc. To właśnie drogi oddechowe najbardziej cierpią w kontakcie z azbestem.
4 kg odpadów na osobę
Nic więc dziwnego, że UE zobowiązała kraje do wyrobienia pewnej normy – zebrania określonej liczby ton takich odpadów i ich przetworzenia. Polska musi w 2015 roku zebrać 4 kg elektrośmieci na osobę, co w skali ogólnopolskiej daje gigantyczne liczby – ale rocznie produkujemy około 200 milionów ton elektroodpadów, zwanych w skrócie ZSEE. Większość z nich to sprzęt AGD wszelkiej maści: lodówki, zmywarki, kuchnie, piekarniki czy pralki.
Nic więc dziwnego, że UE zobowiązała kraje do wyrobienia pewnej normy – zebrania określonej liczby ton takich odpadów i ich przetworzenia. Polska musi w 2015 roku zebrać 4 kg elektrośmieci na osobę, co w skali ogólnopolskiej daje gigantyczne liczby – ale rocznie produkujemy około 200 milionów ton elektroodpadów, zwanych w skrócie ZSEE. Większość z nich to sprzęt AGD wszelkiej maści: lodówki, zmywarki, kuchnie, piekarniki czy pralki.
Rzecz w tym, że UE zostawiła państwom sporą dowolność, jeśli chodzi o realizację pomysłu walki z elektrośmieciami. W efekcie w Polsce powstało niedookreślone prawo, które niektórzy uczestniczy rynku elektroodpadów zamienili na... biznes. Sami producenci, którzy są prawnie zobowiązani do zbierania i przetwarzania, przeznaczają na ten cel specjalne środki – a potem zakładają tzw. organizacje odzysku, które te środki mają jak najefektywniej, z punktu widzenia ekologii, wykorzystać właśnie w procesie zbierania i przetwarzania śmieci.
Ochrona środowiska jak biznes
Organizację odzysku może jednak, w teorii, założyć każdy. Tylko wówczas obowiązek ochrony środowiska zostaje zamieniony na biznes – i tak jak organizacje odzysku wywodzące się od producentów robią wszystko, by było jak najbardziej ekologicznie, tak „biznesowy” odzysk często polega wyłącznie na wypracowaniu jak największego zysku.
Organizację odzysku może jednak, w teorii, założyć każdy. Tylko wówczas obowiązek ochrony środowiska zostaje zamieniony na biznes – i tak jak organizacje odzysku wywodzące się od producentów robią wszystko, by było jak najbardziej ekologicznie, tak „biznesowy” odzysk często polega wyłącznie na wypracowaniu jak największego zysku.
Problem w tym, że w przypadku takiego „rynku” – trudno uznać to za tradycyjny sektor biznesu, skoro powstał on wyłącznie w celu ochrony środowiska – zysk pojawia się zazwyczaj kosztem jakości zbierania i przetwarzania elektrośmieci. Jeśli dodać do tego, że organizacje odzysku mogą być kapitałowo powiązane m.in. z zakładami przetwarzania i recyklerami, wychodzi sytuacja, w której łatwo o tuszowanie finansowych nadużyć czy wręcz oszustw. W swoim raporcie o ZSEE zwracała na to uwagę firma doradcza PwC.
W efekcie dochodzi do sytuacji, w której część organizacji odzysku, chcąc wypracować jak najlepszy wynik finansowy, a nie jak najlepiej odzyskiwać odpowiednie surowce ze śmieci, tną jakość odzysku czy wręcz - zamiast finansować przetwarzanie ze środków producentów - wyprowadzają je w formie zysku.
Strat nie da się oszacować
Statystyki zdają się potwierdzać te wnioski. Wraz z rosnącą masą zebranego sprzętu, powinna rosnąć wartość rynku, a jest odwrotnie. Masa rośnie, wartość spada – co oznacza, że nie przetwarzamy tyle, ile moglibyśmy. Część organizacji odzysku tylko na papierze zaś przetwarza daną liczbę ZSEE.
Statystyki zdają się potwierdzać te wnioski. Wraz z rosnącą masą zebranego sprzętu, powinna rosnąć wartość rynku, a jest odwrotnie. Masa rośnie, wartość spada – co oznacza, że nie przetwarzamy tyle, ile moglibyśmy. Część organizacji odzysku tylko na papierze zaś przetwarza daną liczbę ZSEE.
Według PwC aż 40 proc. oficjalnie przetworzonych elektroodpadów pochodzi wyłącznie z fałszywych dokumentów i nie zostało rzeczywiście przetworzonych. Państwo może, według szacunków firmy doradczej, tracić na tym 7 mln złotych rocznie.
Straty ponoszone przez społeczeństwo z powodu zatruwania w ten sposób środowiska trudno nawet oszacować, ale należałoby zapewne liczyć je w miliardach, które potem wydaje się na leczenie obywateli czy walkę z zanieczyszczeniami.
Nie istnieją bowiem mechanizmy kontroli nad zbieraniem i przetwarzaniem ZSEE. Jedynie Generalny Inspektorat Ochrony Środowiska ma możliwość przeprowadzenia kontroli w danym zakładzie, ale... musi ją zapowiedzieć co najmniej tydzień wcześniej. Ostatecznie zaś, na co również wskazywało w raporcie PwC, i tak GIOŚ nie ma narzędzi do sprawdzenia czy faktycznie dana organizacja przetworzyła tyle ZSEE, ile zadeklarowano na fakturach.
Politycy odpuszczają?
Teraz pojawia się doskonała okazja do tego, by zażegnać tę patologiczną sytuację. Polska musi wdrożyć kolejną dyrektywę Unii dotyczącą ZSEE, a regulującą właśnie jakość odzysku i przetwarzania. Za niedopełnienie tego obowiązku grozi kara sięgająca nawet 466 mln złotych.
Teraz pojawia się doskonała okazja do tego, by zażegnać tę patologiczną sytuację. Polska musi wdrożyć kolejną dyrektywę Unii dotyczącą ZSEE, a regulującą właśnie jakość odzysku i przetwarzania. Za niedopełnienie tego obowiązku grozi kara sięgająca nawet 466 mln złotych.
Nowe przepisy mają wejść w życie już od 1 czerwca, w tej chwili ustawa jest już w Sejmie. Jak jednak sygnalizowali już eksperci i politycy, zmienione prawo wcale nie musi nam pomóc, a wręcz może zaszkodzić. Jak? Unijne wymogi ujmując jedynie w ramy formalne, bez np. ustanawiania odpowiednich mechanizmów kontroli wobec zakładów zbierających i przetwarzających ZSEE. Wówczas znowu normy wypełnimy tylko na papierze, a obecna sytuacja jeszcze bardziej się „zabetonuje”.
Artykuł powstał we współpracy z PwC.
