Twarze Warszawy. Młode, starsze, uśmiechnięte i poważne. Przede wszystkim - autentyczne.
Twarze Warszawy. Młode, starsze, uśmiechnięte i poważne. Przede wszystkim - autentyczne. Fot. Marcin Gugała/Humans of Warsaw/Facebook

Jaką twarz ma Warszawa? Wbrew hejterom i stereotypom, całkiem przyjemną. Nam Marcin Gugała zdradza, dlaczego fotografuje mieszkańców stolicy, co go wkurza w Polakach i czy ciężko podejść do obcej osoby na ulicy, żeby „cyknąć” jej fotkę.

REKLAMA
Zaczęło się od Nowego Jorku. Cztery lata temu Brandon Stanton, trader i specjalista od obligacji w chicagowskim oddziale Gambit Trading, stracił swoją pracę. Historia jedna z wielu - w końcu panował kryzys i sporo przybyło wówczas bezrobotnych.
Brandon jednak wyszedł ze swojego bezrobocia tak, jak nie udało się to nikomu - przeprowadził się do miasta, które nigdy nie zasypia i założył znanego na całym świecie bloga Humans of New York. W końcu Stanton, współpracując z ONZ, przekształcił Humans of New York w Humans of The World, fotografując ludzi z najbardziej zagrożonych wojną miejsc świata.
Tymczasem swoje Humans of... zaczęły mieć kolejne wielkie miasta na świecie. Projektu doczekała się także Warszawa. O to, jaką twarz ma dziś stolica zapytałam fotografa jej mieszkańców.
logo
Logo HOW.
Marta Brzezińska-Waleszczyk: Właściwie każde większe miasto na świecie ma swoje Humans of..., ale co zainspirowało Pana do podjęcia tego projektu w Warszawie?
Marcin Gugała, Humans of Warsaw: Przede wszystkim to, że sam mieszkam w tym mieście. Ale nie tylko ja podjąłem kontynuację tematu w stolicy. Było kilka fanpage z „twarzami Warszawy”, ale wkrótce umarły śmiercią naturalną – przestały pojawiać się pojawiać nowe materiały, a mój projekt jakoś szczęśliwie udaje się kontynuować od 1,5 roku.
logo
Jak to jest być matką w Warszawie? Trochę ciężko, jak w każdym innym mieście w Polsce. Ale Julita się nie poddaje. Fot. Marcin Gugała/Humans of Warsaw/Facebook
Dlaczego akurat ten, a nie inny projekt?
Trochę pozazdrościłem Berlinowi czy Nowemu Jorkowi, że mają takie projekty i pozytywnie pokazują swoich mieszkańców. A w dodatku, są one bardzo ciepło przyjmowane. Tam nie ma hejtu, drwin, jest sympatia, wiele dobrej energii.
...Warszawa raczej nie ma takiej dobrej opinii.
I to mnie strasznie wkurza. Wystarczy wpisać „Warszawa” w wyszukiwarkę i zobaczyć efekty. Mało tam będzie głosów, że to fajne miasto, które warto zobaczyć i sympatyczni mieszkańcy. Dominują opinie, że w stolicy mieszkają cwaniacy i oszuści, a każda informacja o II linii metra czy stadionie jest po prostu wyszydzana.
Ta przypadłość chyba nie dotyczy wyłącznie Warszawy.
To jest przerażające. Mieszkamy w tym samym kraju, w innych miastach, kibicujemy różnym drużynom, ale nie ma pomiędzy nami takiej motywującej rywalizacji, pozytywnej energii, że wszyscy jesteśmy Polakami. Jest za to wzajemna niechęć, antypatia i poczucie, że żyjemy w przeciwnych obozach. Chciałem więc zrobić trochę na złość hejterom, pokazując, że w Warszawie żyją naprawdę fajni ludzie.
Jednym słowem – pokazać lepsze oblicze miasta.
Mam dosyć wrogości, taniej sensacji, śmierci, zdrady, wojny, którymi raczą nas 24-godzinne telewizje informacyjne. Dlaczego to robią? Bo to przyciąga uwagę. A ja chciałem udowodnić, że można pokazywać dobre rzeczy, pozytywny przekaz i one też mogą przyciągać uwagę. To nieprawda, że ludzie łakną wyłącznie krwi i szukają informacji o tym, kto kogo zabił, pobił, napadł.
logo
Panowie rozwijający tajemniczy kabel. Fot. Marcin Gugała/Humans of Warsaw/Facebook
Trudno jest znaleźć odpowiednie twarze? Co dzień mijamy dziesiątki, jeśli nie setki osób, ale nie wszystkie przykuwają naszą uwagę.
Na początku myślałem, że to nie będzie łatwe, dlatego zaprosiłem kilku znajomych do pomocy, ale dość szybko się wycofali, bo przerosła ich konieczność przełamywania się i zaczepiania obcych ludzi na ulicy.
To takie trudne?
Polskie społeczeństwo jest raczej zamknięte, klaustrofobiczne. Taka nasza cecha narodowa. Ostatnio podróżowałem po Włoszech, gdzie ludzie uśmiechają się do siebie, są mili, bardzo otwarci. W Polsce wciąż wiele osób reaguje zaskoczeniem albo strachem, że ktoś nieznajomy do nich podszedł, chce chwilę porozmawiać.
Z jakimi reakcjami Pan się spotyka, kiedy chce zrobić komuś zdjęcie?
Okazuje się, że osoby, które na początku wydają się dość nieufne, szybko się przełamują. Są otwarte, chcą rozmawiać, mają czas. Starsi też nie uciekają w popłochu, bo ktoś ich chce okraść (śmiech). Wystarczy zmienić własne myślenie – jeśli ja podejdę do kogoś z sympatią, opowiem, co robię, traktuję to jako coś normalnego, to mogę liczyć na zaangażowanie. Nasze usposobienie udziela się innym.
logo
Gra miejska na longboardach z okazji 70. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego? Czemu nie! Fot. Marcin Gugała/Humans of Warsaw/Facebook
Ma Pan jakiś specjalny przepis na wyławianie ciekawych osób z tłumu?
Każdy człowiek jest na swój sposób niezwykły. To żaden banał. Kiedyś podszedłem faceta, rozwijającego jakiś dziwny kabel na ulicy. Okazali się arcyciekawy! Na początku trochę się przestraszył, że córka zobaczy go na Facebooku, ale po chwili to nie był żaden problem.
Szuka Pan za każdym razem kogoś konkretnego?
Mam pewne założenia. Na przykład ostatnio zależało mi na rozmowie z młodymi rodzicami. Nie, nie szukałem zmęczonej matki Polki albo zmasakrowanego pracą ojca Polaka. Raczej kogoś, kto ma masę energii i nie ciągnie za sobą wózka za zbolałą miną. Znalazłem idealną dziewczynę, której zdjęcia w ciągu dwóch dni zobaczyło 30 tys. ludzi. To mój rekord (śmiech). Z aparatem idę tam, gdzie coś się dzieje. Byłem na przykład na manifestacji rolników.
logo
"Od 1975 roku w tej małej, praskiej pracowni robię ręcznie kołdry i zapewniam, że nie ma od puchu solidniejszego materiału". Fot. Marcin Gugała/Humans of Warsaw/Facebook
I jakie wrażenia?
Widziałem, że będą pokazywać to media, ale miałem poczucie, że nie do końca oddadzą one prawdę, bo ich przekaz bywa manipulowany. I nie myliłem się – poszła informacja, że wielu rolników przyjechało pijanych. Chociaż potem było dementi, to do mało kogo trafiło. Poszedłem więc zobaczyć na własne oczy i nie żałuję. Tak naprawdę, każdy człowiek, którego mijamy jest interesujący. Ma ciekawą torbę, jest niebanalnie ubrany albo ma twarz, na której wypisane są setki wspomnień... Jedyna różnica polega na tym, że przechodzimy obok takich osób, a ja je uwieczniam na zdjęciu.
Jaka była najbardziej intrygująca osoba, którą Pan fotografował?
Kilka razy zadawano mi to pytanie, a ja zawsze odpowiadam inaczej (śmiech). W pierwszej chwili przychodzi mi do głowy chłopak, który nie miał przedramienia i jeździł rowerem pod Muzeum Historii Żydów Polskich. Tacy ludzie zwykle wzbudzają litość, bo „kaleka”, bo „nieszczęśliwy chłopiec”...
A on był całkiem szczęśliwy?
Na pewno miał więcej energii, niż ja niejeden raz. W żaden sposób nie czuł się niepełnosprawny, ani emocjonalnie, ani fizycznie. Jeździł na rowerze, niczego więcej mu nie brakowało. Na głowę bił swoich rówieśników, którzy mają dwie ręce, a siedzą przed komputerami, jedzą chipsy i tyją. Ale to nie była taka banalna energia chłopaka, który nie ma ręki i wszyscy głaskają go po głowie. On miał po prostu krzepę i tyle.
logo
"Czarnego Romana" znają chyba wszyscy w Warszawie. Fot. Marcin Gugała/Humans of Warsaw/Facebook
Starsze osoby Pana wzruszają?
Zawsze. Jest ich w Warszawie bardzo wiele, wydają się może pospolici, podczas gdy każdy z nich ma taką historię życia, że można im tylko zazdrościć. Poznałem staruszkę, która przez kilka lat była sąsiadką Sławomira Mrożka. Wtedy ona była rozkwitającą dziewczyną, a on już panem w średnim wieku, ale posyłał jej zalotne komentarze.
Czym ujęła Pana warszawska matka, Julita?
Nie powiedziała nic wstrząsającego, ale staram się śledzić bieżące wydarzenia społeczno-polityczne i widzę, jak ciężko jest młodym ludziom w Polsce. Julita zauważyła, że jeśli nie masz dużo pieniędzy, to twoje dziecko może być ciężko niepełnosprawne, bo na państwową wizytę u neurologa będziesz czekać parę miesięcy. Smutne i tragiczne jest to, że dzieje się to w kraju, o którym politycy mówią wyłącznie jako o wspaniałym i odnoszącym sukcesy...
Fotografował Pan też „Czarnego Romana”.
I zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wszyscy sądzą, że to wariat, a ja uważam, że to normalny facet, który ma wszystko poukładane w głowie, w dodatku sypie precyzyjnymi ripostami na różne tematy. Jeśli się do niego podejdzie jak do normalnego gościa, a nie przygłupa, z którego można się pośmiać, to jest z nim o czym pogadać.
logo
Warszawa jest siódma na liście najbardziej zanieczyszczonych miast Polski. Przede wszystkim przez auta, których jest więcej, niż w... Berlinie. Fot. Marcin Gugała/Humans of Warsaw/Facebook
W pańskim projekcie brakuje jednak fotografii bezdomnych, a przecież jest ich w stolicy całkiem sporo. Może ja w jakiś szczególny sposób ich zauważam, bo kiedyś byłam wolontariuszką w fundacji, która pomagała bezdomnym.
Kiedyś zajmowałem się fotografią uliczną, znam trochę osób, które nadal to robią. Ale nie chcą oni fotografować bezdomnych, bo ci mają całą historię swego życia wypisaną na twarzy i – mówiąc brutalnie – stanowią łatwy łup. Bezdomnych nie trudno spotkać, im nie przeszkadza fotografowanie, są zobojętnieni, nie protestują. Można szybko pstryknąć portret i mieć z głowy. Dla wielu fotografów jest to żerowanie na nieszczęściu tych ludzi i emocjach, w dodatku - tanim kosztem. To chodzenie na łatwiznę, a ja nie chcę tego robić. Poza tym, jeśli chce się pokazać Warszawę, to nie byłaby to dobra droga – większość mieszkańców to przecież nie są bezdomni.
Humans of Warsaw to lustro, w którym my, mieszkańcy możemy się przejrzeć?
Na tym mi zależy. Chciałbym, żebyśmy skonfrontowali się z tym, jak nas inni widzą, ze stereotypami (mam nadzieję, że będzie ich coraz mniej), z tym, jak ja osobiście widzę mieszkańców stolicy. Nie wszystko złe, co o nas mówią, to prawda. Chce też dodać nam trochę wiary w samych siebie, w Polaków, w Warszawiaków, wiary w to miasto i w to, że jesteśmy całkiem fajni, kiedy spojrzymy na siebie w odpowiednim świetle. Jeśli sami o sobie źle myślimy, to nie liczmy na to, że ktoś powie o nas dobrze. Ten projekt właśnie po to jest, żebyśmy popatrzyli na siebie trochę inaczej, bez uzbrajania się w system ochronny i bariery.
Miasto wspiera Pana w pokazywaniu fajnego oblicza twarzy?
Projekt jest całkowicie non profit. Kiedyś pisałem w tej sprawie do działu związanego z promocją miasta i... Cisza. To trochę smutne, że jeden z najpopularniejszych projektów w Warszawie, jeśli nie w Polsce, jest przez władze miasta niedostrzegany. Gdybym to samo robił we Francji czy Niemczech, to pewnie szybko spotkałoby się to z pozytywną reakcją i wsparciem władz. Warszawa wydaje setki tysięcy złotych na projekty związane z promocją, a nie jest zainteresowana wsparciem gotowych rozwiązań, które praktycznie leżą na ulicy.

Napisz do autorki: marta.brzezinska@natemat.pl