
Od ładnych paru lat, jak Polska długa i szeroka, gdy tylko poczujemy pierwsze promienie słońca, w każdym mieście, jak grzyby po deszczu wyrastają ogródki przy restauracjach. Nie ma nic lepszego niż relaks na zewnątrz przy piwie? Lepiej uważaj, restauratorzy wprowadzają nową politykę i amatorów piwa odsyłają w kąt. Wolą obcokrajowców z wypchanym portfelem?
Wszedłem do ogródka i chciałem zamówić kufel piwa. Okazało się, że wypicie alkoholu na świeżym powietrzu nie jest możliwe. Zostałem poproszony o opuszczenie stolika i pójście do baru w środku restauracji. Miałem alternatywę - mogłem zostać przy stoliku, pod warunkiem, że zamówię sobie potrawę z menu. Problem w tym, że nie miałem na to ani ochoty, ani wystarczającej ilości gotówki. Poczułem się jak klient drugiej kategorii i wyszedłem patrząc, jak inni siedzą sobie przy stolikach, jedząc i popijając piwo.
Restauracja, o której wspominał nasz oburzony czytelnik, nie unikała konfrontacji, a jej pracownik chętnie opowiedział na zarzuty klienta odesłanego z kwitkiem. Okazuje się, że prośba o opuszczenie stolika w ogródku to rodzaj restauracyjnej etykiety, a nie widzimisię restauratora.
Paryż, Londyn, Rzym - we wszystkich większych miastach na świecie mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem. Jeśli stolik jest na kryty i spoczywa na nim zastawa stołowa, to jego przeznaczenie jest jasne. Powinno się przy nim jeść posiłki. To jest kwestia etykiety. Dlatego poprosiliśmy klienta o przeniesienie się do bary. Szanujemy naszych klientów i ich potrzeby, ale kierujemy się jasnymi zasadami. Jeśli poczuł się urażony, to przepraszamy.
Sztuką jest zaproponowanie gościom, by zdecydowali się na miejsce bardziej pasujące do ich gustów kulinarnych, niemniej jeżeli już decydujemy się na wskazanie innego miejsca, to powinna być subtelna propozycja, a nie sugestia, a w żadnym wypadku nakaz. Jeżeli gość nie chce zmienić miejsca, w żadnym wypadku nie nalegamy - stwierdził w rozmowie z naTemat.
Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl
