Łowcy Przygód: stanowisko konserwatora zabytków w obecnym kształcie jest instytucją patologiczną

Łowcy Przygód
Łowcy Przygód Fot. archiwum własne
Łowcy Przygód to duet, który na YouTube robi naprawdę dobrą robotę. Marcin M. Drews i Mateusz Stan walczą o to, by (na razie) zapomniane zabytki na Dolnym Śląsku nie popadły w ruinę, i popularyzują lokalne historie w taki sposób, że chce się ich oglądać bez przerwy.



Jesteś trochę polskim Indianą Jonesem

Marcin Drews: Bardzo schlebia mi takie określenie, ale ważę chyba znacznie więcej niż Harrison Ford. To efekt pracy za biurkiem. Teraz jako Łowca Przygód staram się pozbyć i kilogramów, i zmartwień, by móc znów wspinać się po średniowiecznych murach tak, jak to robiłem za młodu. Wychowałem się na “Panu Samochodziku” i zawsze chciałem odwiedzać zapomniane zabytki, odkrywać tajemnice i przeżywać książkowe wręcz przygody.


Czym jest turystyka niekonwencjonalna?

Jej istotę najlepiej pokazać na przykładzie tej konwencjonalnej, która niestety jest polską codziennością. Kupujemy piwo, batonik i jedziemy asfaltową drogą do Morskiego Oka. Następnie włączamy disco polo ze smartfona, wypijamy piwo, wyrzucamy papierek do jeziorka, wracamy do domu i mówimy, że byliśmy w Tatrach. Czasem jeszcze robimy sobie zdjęcie z góralem przebranym za białego niedźwiedzia.
My oferujemy alternatywę, proponując naszym widzom przygody, jakich nie przeżyją w jarmarcznych, zatłoczonych miejscach. Zawsze szukamy ciekawych historii, dobrych opowieści i rejonów niezwykłych, udowadniając, że przygoda czai się tuż za zakrętem. I nie ma w tym stwierdzeniu grama przesady. Żeby nie być gołosłownym, ostatnio udało mi się namierzyć zapomniany skład prochu prawdopodobnie z XVIII wieku. Wiedzą, jak za pomocą technologii LIDAR szukać tajemniczych budowli czy grodzisk średniowiecznych, podzieliłem się oczywiście z naszymi widzami.

Innym przykładem niech będzie kompleks dawnych zabudowań wojskowych w dolnośląskim Lubinie. Obecnie funkcjonują tam sklepy, hurtownie, puby, a nawet hala targowa. Co dzień przewijają się tam setki ludzi, ale nikt nie wie, że kupując worek cementu zwiedza jednocześnie byłe pruskie koszary 4. Pułku Dragonów im. von Bredowa, gdzie stacjonował sam Lothar von Richthofen, as lotnictwa i zarazem młodszy brat słynnego Czerwonego Barona. Ba, w jednym z pomieszczeń można zobaczyć wielkie stalowe drzwi ze śladami po kulach!


Takie właśnie historie tropimy, takich smaczków szukamy. W każdym mieście, w każdej wsi czają się ciekawe historie, a my sukcesywnie je odkrywamy. I, co w tym ważne, dzielimy się wiedzą, jakiej nie znajdziesz w przewodnikach.

Dlaczego chce Ci się walczyć o te zapomniane miejsca?

Dlatego, że warto. I dlatego, że ktoś to musi robić w czasie, kiedy Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego zajmuje się wszystkim tym, co dziedzictwem narodowym nie jest. Jeśli nie będziemy dbać o historię, już wkrótce jedynymi zabytkami w Polsce będą koszmarne stadiony postawione na Euro. Ale wybacz mi ten sarkazm. Poważnie już mówiąc, od zawsze działałem społecznie, propagując kulturę i historię. Swego czasu byłem współzałożycielem Stowarzyszenia Twórców i Organizatorów Kultury, promowałem zespoły muzyczne, zajmowałem się wspieraniem młodych pisarzy, a jako dziennikarz zawsze zachęcałem czytelników i widzów do tego, by odkrywali Polskę niezwykłą. Nie tę z nudnych podręczników do historii, tylko tę, która oferuje nam niejedną wspaniałą przygodę.

Zależy nam na tym, by najciekawsze historie wykopywać wręcz spod ziemi po to, by nasi odbiorcy mieli z nich coś więcej niż tylko rozrywkę. Chcemy, by poczuli smak przygody. Nie mówię tu jednak o ekstremach dla survivalowców, którzy kochają spać na bagnach w otoczeniu komarów, kleszczy i pijawek. Survival to świetna rzecz, ale najlepiej wypada w amerykańskich filmach. W prawdziwym życiu pan Antoni z Pszczyny chciałby zabrać żonę i dziecko w takie miejsce, z którego oni wszyscy będą mogli wrócić żywi. A my chcemy pokazać, że w tym nudnym, szarym świecie, który otacza pana Antoniego, istnieją obiekty i miejsca skrywające niezwykłe tajemnice i oferujące możliwość zostania weekendowym odkrywcą.

Jak wiele w Polsce jest zabytków, które powinny być zabezpieczone, ale nie są?

Nie dysponuję dokładnymi danymi, ale położę głowę pod topór, że to dziesiątki tysięcy. Sam Dolny Śląsk to kraina, gdzie w każdej wiosce stoi pałac, na wzgórzu wznosi zabytkowy kościół, a w przydrożnym zagajniku skrywa się wiekowy cmentarz pełen bogato zdobionych grobowców. A przecież to nie wszystko. Spójrzmy na zabytki kultury industrialnej! Dawne fabryki, cukrownie, kopalnie, magazyny, zapomniane dworce kolejowe, parowe lokomotywy rozbierane przez złomiarzy...

Dzięki modzie na tzw. urbex (ang. urban exploring) pamięć i wiedza o takich obiektach znów są w modzie. Co roku wyszukujemy takie miejsca dla naszych żądnych przygód przyjaciół z Holandii. Warto też wspomnieć, iż powoli kończy się era bezprawnego wyburzania starych fabryk. Jeden z przedsiębiorców usłyszał ostatnio wyrok za takie właśnie działanie.

Dlaczego tak trudno rozmawia się z konserwatorem zabytków?

Moim zdaniem konserwator zabytków w obecnym kształcie jest instytucją patologiczną. Dlaczego? Chociażby z uwagi na kompletny brak transparentności działań żywo kłócący się z obywatelskim dostępem do informacji publicznej. Dzięki temu z mapy Polski znikają zabytki, konserwator pogwizdując patrzy akurat w drugą stronę, a pytany przez dziennikarzy, podejmuje działania dezinformacyjne lub zasłania się tajemnicą służbową.

Sam ostatnio złapałem urzędników tej instytucji na kłamstwach i wykrętach. Tylko że nikt tego nie weryfikuje. NIK ma "ważniejsze" sprawy, MKiDN podobnie. A że ziemia, na której stoi zabytek, czasem ma znaczenie strategiczne (w miejscu pałacu można np. postawić hurtownię lub osiedle domków), urzędnicy tak długo przymykają oko na dewastację obiektów, aż posypią się w proch i będzie można zaorać ziemię pod nową inwestycję.

Najlepszym przykładem jest równie słynna co niesławna sprawa byłego zamku piastowskiego pod Polkowicami, o którego zabezpieczenie i remont walczyłem ćwierć wieku. Kiedy w końcu Mateusz Stan i ja mocno łupnęliśmy pięścią w stół, wzywając policję i prokuraturę do bezzwłocznych działań, konserwator łaskawie obudził się z ćwierćwiecznego letargu. Jeśli tak ma wyglądać strażnik kultury i historii, to minister powinien podać się do dymisji.

Wiele zabytków udało ci się już uratować?

Nie postrzegam siebie jako człowieka, który ratuje zabytki. Bardziej ratuję historię i pamięć o nich. Niektórych obiektów odbudować się już nie da, ale można uwiecznić ich piękno, a póki istnieją, warto je odwiedzać, nawet gdy nie można wejść do środka ze względów bezpieczeństwa.

W czasie 25 lat opisałem już chyba setki zabytków. Ale to nie było "kopiuj/wklej" z Wikipedii, tylko żmudna praca ze starymi woluminami w bibliotekach, badania terenowe i rozmowy z wiekowymi mieszkańcami. Ba, jako Łowcy mamy kontakt z Niemcami, którzy przed wojną zamieszkiwali Dolny Śląsk. Miałem już z tego powodu nieprzyjemności ze strony rodaków, dlatego jeszcze raz powiem to, co mówię każdemu – nie każdy Niemiec był nazistą, podobnie jak nie każdy Rosjanin to komunista. A dzięki tym ludziom zdobywamy informacje, jakich nie znajdziesz w żadnym przewodniku.
Poruszacie się po całej Polsce?

Takie mamy plany. Póki co terenem naszych działań jest obszar w promieniu ok. 150 km od Wrocławia. Powoli jednak zapuszczamy się dalej, ale do tego potrzebne są odpowiednie fundusze. Jeżeli tylko uda się nam zmonetyzować projekt albo uzyskać wsparcie finansowe ze strony zainteresowanych instytucji, to natychmiast ruszymy chociażby na Hel!

Z przyjemnością zdradzę, że nasza działalność już spotkała się z zainteresowaniem właścicieli i zarządców obiektów zabytkowych. Ci ludzie wiedzą, że niezależny materiał Łowców Przygód przyniesie o wiele lepszy oddźwięk niż telewizyjna reklama – droga i nieskuteczna, postrzegana jako wrzód na zadku, szczególnie jeśli emitowana jest w trakcie filmu.

Właśnie prowadzimy rozmowy z przedsiębiorcą, który wyremontował wielki, wspaniały pałac! Chcemy ten obiekt pokazać, bo jest całkowicie nieznany, a urzeka już od pierwszego wejrzenia.

Właśnie robicie zbiórkę na Polak Potrafi na następny sezon - 5 tys. zł wystarczy?

I tak, i nie. To pierwszy próg. Liczymy na to, że osiągniemy drugi, a może i trzeci. Jeśli mam być szczery, za pięć tysięcy żadna duża telewizja nie wyprodukuje nawet 10 sekund materiału. Ale w tym właśnie tkwi siła Łowców. Nie jesteśmy koncernem, nie jesteśmy tzw. "korpo", gdzie za produkcję jednego reportażu odpowiada 15 sekretarek, 20 kierowników produkcji, 10-osobowa rada nadzorcza, a na końcu osobowość telewizyjna bierze 50 tysięcy złotych za pięciominutowy występ przed kamerą.

Ostatnio czytałem, że produkcja jednego odcinka programu "Gwiazdy tańczą na lodzie" wyniosła milion dwieście tysięcy złotych. Nie mam więcej pytań...

My jesteśmy przyzwyczajeni do działań rodem z MacGyvera. Ze sznurówki, biurowego spinacza i jednej lateksowej rękawiczki jesteśmy w stanie zrobić helikopter. Kreatywność i ciężka praca pozwalają nam unikać wielu zbędnych kosztów. To czasem może i śmiesznie wygląda, ale zdarza się, że filtr do mikrofonu tworzymy z drutu i damskiej pończochy. Konstruujemy własne sprzęty, eksperymentujemy, nie poddajemy się i to naprawdę daje efekt.

Oczywiście wyprodukowanie sześciu odcinków za pięć tysięcy złotych to pomysł szalony, ale jeśli mądrze wydamy te pieniądze i dołożymy co nieco z naszych kieszeni, to projekt wypali bez wątpienia. Zresztą udowodniliśmy to już w zeszłym roku, produkując sześć odcinków za... zero złotych. Odczuwaliśmy braki sprzętowe, mieliśmy problemy logistyczne, ale daliśmy radę. Od tego czasu zainwestowaliśmy w sprzęt, opracowaliśmy nowe rozwiązania i nie ukrywam, że liczymy na wsparcie widzów i instytucji, byśmy mogli pokazać, na co nas stać.
Na fanpage’u napisaliście, że “Ministerstwo Gospodarki zaprosiło was właśnie do udziału w spotkaniu networkingowym b2b z indyjskimi przedsiębiorcami z branży IT, zainteresowanymi importem polskich produktów i rozwiązań oraz nawiązaniem bezpośrednich kontaktów biznesowych z polskimi partnerami”. O co chodzi?

Dobre pytanie. Szczerze mówiąc, jestem tym zaproszeniem zdziwiony bardziej niż ty! Podejrzewam, że minister X poprosił urzędnika Y o rozesłanie zaproszeń do przedsiębiorców. Urzędnik Y zlecił to asystentce Z, która zaczęła na ślepo zbierać w sieci adresy mailowe niczym jagody w lesie nocną porą. Jest takie złośliwe przysłowie mówiące, iż IQ urzędnika jest odwrotnie proporcjonalne do wysokości jego stanowiska. W każdym razie nie ma o czym mówić. Całą sprawę traktujemy jako żart. Jeśli ktokolwiek myśli, że zacznę w naszych materiałach tańczyć na Bollywoodzką modłę, jest w ogromnym błędzie.

Czy to prawda, że opuszczone zabytki są okradane? Co można wynieść z pustego obiektu?

Przede wszystkim żaden obiekt nie jest do końca pusty. Z sali nabożeństw kościoła w Jędrzychowie wyniesiono na przykład zabytkową ambonę – z przeznaczeniem na opał! Poza tym żyjemy w kraju złomiarzy, którzy są w stanie rozebrać trzypiętrowy kamienny budynek tylko po to, by odnaleźć tam trzy żelazne gwoździe.

Wszystko to dzieje się za wiedzą urzędników, policji i konserwatorów, a mimo to nikt nie podejmuje interwencji. W mojej opinii, symbolicznie rzecz ujmując, to zbrodnia zaniechania. Dlatego walczymy o godny los zabytków, a także upowszechniamy kulturę turystyki, bo – niestety – wielu młodych ludzi też chętnie eksploruje miejsca zapomniane, ale za punkt honoru stawia sobie dewastację.

W jednym z odcinków powiedziałeś, że według konserwatora zabytków najlepszą jego ochroną przed dewastacją jest jego zniszczenie…

Tak to wyglądało w przypadku kościoła w Jędrzychowie. Osoba, która poczuła się za niego odpowiedzialna, rozebrała dębową klatkę schodową. Część drewna zniknęła, a częścią zostały zabite wyrwy w murach otaczających obiekt. Reasumując, zniszczono dwie przepiękne, drewniane klatki schodowe, by uniemożliwić wejście do budynku. Ten absurd był głośno zachwalany przez konserwatora zabytków, który co rusz cmoka nad podobnymi rozwiązaniami.

Oczywiście nie ma się tu czemu dziwić. Dotarłem do dokumentów, z których wynika, iż jeśli obiekt ten będzie odpowiednio zdewastowany, będzie można go wyburzyć, a w jego miejscu postawić działalność usługową. To jak gdyby wyjaśnia, dlaczego przez 25 lat przymykano oczy na ciągłą dewastację – do tego stopnia, iż było urzędnicze przyzwolenie na profanację spoczywających tam mumii. Tę historię opisuję zresztą na łamach naTemat.pl.
To prawda, że do zamkniętych obiektów wkraczacie legalnie?

I owszem. Łowcy działają zgodnie z prawem. Choć jesteśmy z tego powodu wyśmiewani, nie włamujemy się, a z eksploracji nie czynimy "dresiarstwa". Zawsze kontaktujemy się z właścicielami czy zarządcami danego obiektu, ubiegając się o zgodę na wstęp. Tego typu pozwolenie można sobie bardzo łatwo zorganizować.

Dzięki współpracy z Urzędem Wojewódzkim we Wrocławiu zwiedziliśmy opuszczony, zabytkowy szpital w centrum Wrocławia. Dzięki rozmowie z prezesem Parku Wielokulturowego "Stara Kopalnia" w Wałbrzychu, mogliśmy spenetrować niedostępną dla turystów sortownię. Obie te lokacje są marzeniem dla eksploratorów w całym kraju. Część z nich pytała nas nawet, jak udało się nam tam włamać. Otóż nie włamujemy się. Ładnie prosimy i to naprawdę otwiera wiele drzwi.

Tego typu wyprawy bywają niebezpieczne?

Czasem tak. Niebezpieczeństwo polega jednak na tym, że musimy wchodzić wyżej czy głębiej niż zwykli turyści. Tego wymaga nasz cykl. To ryzyko zawodowe. Pokazujemy bowiem widzom również to, czego nie będą mogli zobaczyć sami ze względów bezpieczeństwa. Ostrzegamy też przed narażaniem zdrowia i życia. Promujemy turystykę niekonwencjonalną, a nie ekstremalną głupotę, jak co niektórzy nasi koledzy "po fachu".

Naszym zadaniem jest pokazać, gdzie możesz pojechać z rodziną, gdzie zabrać dziecko, a w których miejscach pojawiać się solo. W nowej serii nie zapomnimy też o dodatkowych informacjach na temat infrastruktury noclegowej. Nie każdy chce spać dwa dni w rowie tylko po to, by zobaczyć opuszczony kościół.

Polska skrywa jeszcze wiele tajemnic. Nie wszędzie stoją hotele, nie wszędzie wiodą autostrady. Dlatego ważne jest, by uczciwie informować o poziomie trudności, by każda osoba, która kroczy naszymi śladami, była odpowiednio przygotowana i nie czuła się potem rozczarowana. A nagrodą są potem dla nas maile i komentarze internautów. Niech jeden z takich cytatów będzie pointą tej rozmowy:

"GENIALNY FILM! :D Naprawdę w niesamowicie ciekawy sposób opowiedział pan o Łagowie, wszystko zmontowane i obrobione w bardzo profesjonalny sposób! :D Dla mnie tym bardziej jest to ciekawe, gdyż w najbliższe wakacje planujemy z kolegami urządzić wyprawę rowerową z Poznania do Łagowa. Co tu dużo mówić. Świetny film! :) Pozdrawiam."

I dla takich właśnie reakcji warto produkować ten cykl!

Napisz do autorki: patrycja.marszalek@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Od dziś zupełnie nowe naTemat.pl 4.0. To największa zmiana w historii serwisu
0 0Grupa naTemat nigdy nie była tak popularna jak teraz. Dziękujemy!
0 0Zrobił aplikację, bo chciał pomóc mamie. Taki hit, że rzucił pracę i założył firmę
0 0Ostatni przystanek twojego pupila: witamy w krematorium dla zwierząt
0 0Hejterzy śmieją się z jego roli w filmie Tarantino. Jednak to Rafał Zawierucha "wygrał życie"