
Przejechali razem ponad 60 tys. kilometrów, wzdłuż i wszerz przemierzyli blisko 20 krajów. Podróże to ich życiowa pasja. I nie zrezygnowali z niej, kiedy na świecie pojawiała się Anielka. Nam Asia i Bartek Boralowie opowiadają, jak to jest przemierzać świat z małym człowieczkiem, na co zwracać uwagę, jak się do tego przygotować. I jak na półroczną dziewczynkę reagują w Luwrze.
REKLAMA
W kilka miesięcy od poznania do ślubu przejechaliście Ukrainę, Gruzję i Armenię. W ramach podróży poślubnej kolejny ładny kawał świata. Skąd u Was ta podróżnicza pasja?
Joanna Boral: Odkąd pamiętam, podkochiwałam się we Włóczykiju z „Muminków” (śmiech). Zawsze lubiłam być „w drodze” i poznawać nieznane. W moim kalendarzu co i raz wpisane były obozy, mniejsze i większe podróże z przyjaciółmi, coroczne pielgrzymki na Jasną Górę. Taka moja natura. A później święty Józef i Joanna Beretta Molla wyprosili mi męża, a że Pan Bóg ma poczucie humoru mam Męża geografa.
Bartłomiej Boral: Podróż jest nieodłączną częścią mojego życia, po prostu. Myślę, że Bóg każdemu człowiekowi daje się poznać w inny sposób, dla mnie wybrał podróż. Jeden z moich ulubionych fragmentów Pisma Świętego mówi: „Położył oko swoje w ich sercu, aby im pokazać wielkość swoich dzieł”. Idąc na studia, nie wiedziałem co wybrać: psychologię czy geografię. Dzięki Bogu wybór padł na pasję czyli geografię (choć teraz zajmuję się bardziej psychologią).
Na studiach było wiele okazji, żeby za niewielkie pieniądze zwiedzić spory kawałek świata. W trakcie studiów przemierzyłem dziesiątki tysięcy kilometrów, od Guangzhou w Chinach, po Nanaimo na wyspie Vancouver nad Pacyfikiem. Przychodziły różne sytuacje, czasem piękne, czasem niebezpieczne a czasem zupełnie niepojęte. W tych sytuacjach zawsze ważni byli współtowarzysze podróży. Szukając żony, oddałem stery Bogu, a On nigdy nie zawodzi – i mam kompana podróży na całe życie!
Liczby zawsze robią wrażenie – podsumujcie proszę, ile kilometrów wspólnie przemierzyliście. Jakie kraje zwiedziliście?
Bartłomiej: Armenia, Gruzja, Ukraina, Czechy, Słowacja, Węgry, Austria, Słowenia, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Albania, Grecja, Macedonia, Serbia, Włochy, Wielka Brytania, Maroko, Francja, no i Polska. Przemierzyliśmy razem około 60 000 km, jak na razie (śmiech).
Dwie kreski na teście ciążowym nie postawiły pod znakiem zapytania Waszych podróżniczych planów?
Joanna: Absolutnie nie! Przed ślubem czytałam o wielu małżeństwach, którzy przemierzają świat całą rodziną i już wtedy po cichu zaczęłam o tym marzyć. Dwie kreski na teście ciążowym były więc sygnałem: „nadchodzi spełnienie kolejnego marzenia”!
Bartłomiej: Co prawda, charakter podróżowania siłą rzeczy troszkę się zmienił. Za czasów studenckich, będąc w Kanadzie prawie miesiąc, spałem w łóżku dwie może trzy noce – i to miało swój urok, namiot, materac, autokar. Z maleństwem to nie przejdzie, ale życie bez podróży? Jak mógłbym nie przekazać moim dzieciom tego, co dla mnie jest tak ważne i cenne?
Ciężko jest przemierzać świat z wielkim brzuchem?
Joanna: Jest troszkę ciężej, szczególnie pod koniec. W moim przypadku, ze względu na trudniejszą ciążę, pod koniec byłam lekko uziemiona i trudno było mi się przemieszczać nawet po Warszawie. Jednak w pierwszym i drugim trymestrze, kiedy było lepiej, polecieliśmy do Budapesztu oraz do Londynu (co ciekawe, na Mistrzostwa Świata Pamięci, w których jako pierwsza Polka w historii wzięłam udział, obalając stereotyp, że kobiety w ciąży mają kiepską pamięć) i bardzo dobrze to wspominam.
Bartłomiej: Ja jeszcze nie wiem, jak to jest z wielkim brzuchem, ale jeśli moja żona wciąż będzie tak pysznie gotować, to pewnie się dowiem!
Ciąża niesie ze sobą jakieś znaczące ograniczenia w podróżowaniu? Nie było przeszkód, żebyś podróżowała samolotem?
Joanna: To kwestia bardzo indywidualna, wszystko zależy od kobiety, jej samopoczucia, sił oraz przebiegu ciąży. A co do samolotu, przez pierwsze dwa trymestry można spokojnie (oczywiście, jeśli wszystko jest dobrze z dzieckiem) latać samolotem. Kobiety w końcówce ciąży mogą mieć już problem z wejściem na pokład, a na pewno musiałyby mieć pozwolenie od lekarza prowadzącego.
U Boralów pojawia się Anielka i co z podróżami?
Joanna: Cały czas są! Kiedy Anielka nie miała jeszcze trzech tygodni, wybraliśmy się do rodziców męża do Częstochowy, a po około miesiącu pojechaliśmy na jednodniową wycieczkę na Podlasie. Później przyszły wakacje i zobaczyła z nami Jurę, Beskidy, Bieszczady... Mając 3 miesiące, zdobyła swój pierwszy szczyt (Jaworzyna Krynicka 1 114 m.n.p.m.), a po skończeniu pół roku leciała z nami samolotem do Paryża. Poznała już bardzo wiele miast w Polsce, a w hotelowych pokojach i restauracyjnych salach czuje się jak ryba w wodzie. Pomysłów na kolejne podróże mamy całkiem sporo!
Bartłomiej: Podróże nabierają kolejnego wymiaru, jest w nich jeszcze więcej miłości, bo można ją dzielić na troje, a nie dwoje. A z miłością już tak jest, że kiedy się ją daje, to jest jej coraz więcej.
Jeżdżenie po świecie z małym człowieczkiem to chyba dość duże wyzwanie. Jak się do tego przygotowujecie?
Joanna: Podstawą jest dobrze skompletowany bagaż: odpowiednia ilość pieluszek, ubranek, jedzenie, leki, książeczka zdrowia, kocyki, zabawki etc. Przydatne są bardzo nosidła, chusty. Im lepiej jesteśmy spakowani, tym mniej stresu w podróży. A tak naprawdę, to najpierw trzeba zacząć od modlitwy, bo to Pan Bóg zawsze prowadzi nasze podróże!
Bartłomiej: To dobre pytanie. Tego nikt w szkole nie uczy, a szkoda. Borale wybierają się na zaplanowane wakacje z trzymiesięczną Anielką. Zaplanowane, czyli wiedzieliśmy że jedziemy do Słowenii, ale na dzień wyjazdu z Warszawy nie mieliśmy zarezerwowanych żadnych noclegów, oprócz zaplanowanej pierwszej nocy u moich rodziców w Częstochowie. Wyruszamy, w samochodzie zapakowanym po brzegi i… po 20 minutach pada pytanie: „A czy czasem Aniela nie potrzebuje paszportu?”. I nagle, zamiast w Alpach, wylądowaliśmy w Bieszczadach (śmiech).
Myślę, że podstawą nie jest wiedza na temat tego, co należy wziąć, ale podstawą jest miłość i dystans do swoich planów. Świadomość, że w jednej chwili może wszystko się zmienić, że w pierwszą noc pobytu w Zakopanem, Anielka dostanie gorączki i trzeba wracać do Warszawy. Ot, takie nagłe zwroty akcji, kiedy z naszych planów nic nie zostaje. I w tym momencie albo człowiek stwierdzi, że to nie ma sensu, że znów z urlopu nici i już nigdy nie wybierze się w podróż z niemowlakiem, albo stwierdzi że jest niezwykłym szczęściarzem, że może przeżywać takie sytuacje, dzieląc je z tymi których kocha, i że nie liczą się plany i cele, ale wspólna podróż – chociażby w zupełnie innym kierunku niż zaplanowaliśmy.
Na co trzeba zwracać szczególną uwagę, wybierając miejsca albo środki komunikacji? Macie jakieś porady dla świeżo upieczonych rodziców?
Bartłomiej: Dobrze, żeby na miejscu było łóżko (śmiech). A tak poważnie, to myślę, że każdy ma nieco inne potrzeby. Trzeba nauczyć się zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej były obojętne: czy jest na miejscu dostęp do kuchenki, czajnika, czy jest winda, czy w pokoju będzie miejsce na łóżeczko, czy wózek przeciśnie się przez korytarze, co czasem może być trudne w starych kamieniczkach itd. A transport – myślę, że tutaj ograniczeń nie ma, chociaż nie próbowałbym autostopować z niemowlakiem. Przed wylotem do Paryża mieliśmy obawy, jak to będzie... A było normalnie – Aniela przespała prawie cały lot w jedną i drugą stronę.
Jak reagują na Wasze maleństwo na przykład hotelowi właściciele albo obsługa linii lotniczych? Nie spotkaliście się z jakimiś nieprzychylnymi komentarzami?
Joanna: Nie! Wręcz przeciwnie, Anielka to mała rozkocha i budzi wielką sympatię u osób w około.
Bartłomiej: Jest zupełnie sympatycznie i o wiele łatwiej można dostać się do jakiegoś muzeum bez stania w kolejce.
Wasze najciekawsze wspomnienie z podróżowania we trójkę to...
Joanna: Ja nie zapomnę mężczyzny z obsługi szatni Luwru w Paryżu, który przyjął maleńką, różową kurteczkę naszej Anielki powiesił na osobny wieszak, wygładził, uśmiechnął się i podał numerek. Potraktował ją jak najprawdziwszą damę!
Bartłomiej: Wiele jest pięknych wspomnień. Mi szczególnie utkwiło to, jak leżeliśmy sobie na kocyku rozłożonym na trawie w Sokołowie Podlaskim, moja urocza żona, ja i miesięczna Anielka – totalna sielanka!
Dlaczego uważacie, że branie maluszka w drogę jest takie ważne? Anielka nie będzie przecież pamiętać, że była już w Paryżu. Niektórzy rodzice usilnie starają się „sprzedać” dziecko babciom, żeby się na chwilę wyrwać.
Joanna: Większość osób uważa, że bezsensownym jest podróżowanie z maluchem, a za swój argument podają fakt, że przecież dziecko i tak nic z tego nie będzie pamiętać. Może rzeczywiście i nic, ale chodzi tu o coś zupełnie innego. Podróż to przecież przebywanie razem. Dla nas nie liczy się cel, a raczej sam fakt bycia w podróży. To bycie ze sobą jest zupełnie inne, niż na co dzień, nie ma bowiem domowych obowiązków i innych spraw, zajmujących zwykle naszą głowę. Możemy cieszyć się sobą w 100 proc. Myślę też, że kiedy za kilka lat nasze dzieci będą oglądać zdjęcia z rodzinnych wypraw, sprawi im to wielką frajdę. Na pewno da im to też poczucie, jak są dla nas ważni skoro wszędzie, nawet setki kilometrów od domu, byliśmy razem.
Bartłomiej: Argument o braku wspomnień jest zupełnie oderwany od rzeczywistości. Idąc tym tokiem myślenia, można dojść do wniosku, że nie ma sensu mówić do niemowlaka, bo przecież nic nie rozumie. Albo po co kupować dziecku ładne zabawki – przecież ich nie będzie pamiętał w przyszłości! Każdy wie, że chodzi tutaj o rozwój. Jakiś czas temu znajoma opowiadała nam, jak siedząc przy biurku przy włączonym radio nagle zasnęła. Później dowiedziała się od swojej mamy, że piosenka jakiej słuchała, była dla niej w dzieciństwie kołysanką. Nasz mózg pamięta o wiele więcej, niż nam się wydaje.
Ponadto, przez pierwsze 6 lat życia, w naszym mózgu powstaje około 50 proc. wszystkich połączeń nerwowych, jakie wytwarzamy przez całe życie. Nowe miejsca, języki, klimat, czyli to wszystko, co niesie ze sobą podróż, sprzyja powstawaniu nowych połączeń. Mówiąc prościej, sprzyja rozwojowi dziecka i będzie procentować w przyszłości. Myślę, że warto zadać sobie pytanie, czy chcielibyśmy, aby nasi rodzice, wybierając się w jakąś podróż, zostawiali nas w domu czy brali ze sobą.
Wiele razy słyszę komentarze, że w małżeństwie pojawia się dziecko, wszystko się zmienia. Trzeba zawiesić swoje aktywności, z wielu przyjemności zrezygnować. Jesteście żywym dowodem na to, że to nieprawda?
Joanna: Na pewno trzeba nauczyć się „oddawać siebie” i być gotowym na poświęcenie – w końcu taka rola rodzica! Jednak rodzicielstwo absolutnie nie kłóci się z realizacją pasji, marzeń. Wszystko to kwestia dobrej organizacji, no i znalezieniu w sobie odwagi. Nie ma co zwlekać, Pan Bóg stworzył świat takim pięknym!
Bartłomiej: Każdy, kto kiedykolwiek wspiął się na jakąś wyższą górę wie, że najpiękniejszy jest widok ze szczytu, ale tak naprawdę nie chodzi o ten widok, ale o wysiłek, jaki się włożyło, aby tam dotrzeć. Moim zdaniem, Pan Bóg przygotowuje dla każdego człowieka piękną górę, a szlak, który mu wyznacza jest idealny pod względem trudności i szybkości wejścia. Skoro Bóg wzywa człowieka do małżeństwa i rodzicielstwa, to daje mu też siłę do tego wszystkiego. Nie ma sensu porównywać, że ci z niemowlakiem pojechali do Chile a tamci to dopiero z rocznym dzieckiem wybrali się nad morze. Każdy ma swój szlak, ważne by nie bać się nim podążać. Myślę, że pojawienie się dziecka to nic innego, jak kolejne oznakowanie trasy, wiodącej na górę. Jest trudniej, bo już coraz wyżej, ale i piękniej, właśnie dlatego, że wyżej.
Napisz do autorki: marta.brzezinska@natemat.pl
