
SLD tradycyjnie zorganizował w Warszawie Piknik Europejski. Rok temu, tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego było "na bogato": przyjechał Martin Schulz, lider europejskich socjalistów. Dzisiaj SLD jest cieniem samego siebie, w dodatku dręczonym pytaniami o Magdalenę Ogórek. Kandydatka SLD na prezydenta nie pojawiła się w stolicy, swoją kampanię prowadzi dzisiaj w Lesznie.
REKLAMA
Dzisiaj sytuacja SLD jest dramatycznie zła. Nie sprzyja mu nawet natura. W samo południe, kiedy podczas Pikniku Europejskiego miał wystąpić Leszek Miller zaczęło padać – burza opóźniła wystąpienie i skłoniła wielu uczestników do ewakuowania się z parku Rydza-Śmigłego. Miejsce jest nieprzypadkowe – to vis a vis dawnej siedziby SLD przy Rozbrat 44. Dzisiaj jest tam m.in. restauracja, której znudzeni klienci przypatrywali się imprezie SLD.
Kiedy ulewa ustała na scenę wyszli Leszek Miller i Jan Guz. Towarzyszyła im kobieta, ale nie była to Magdalena Ogórek, tylko Agnieszka Nazaruk-Zdanuczyk, jedna z liderek partii na Podlasiu. Brak kandydatki SLD na prezydenta był najbardziej zauważalnym elementem Pikniku. – Dzisiaj kandydatka jest w Lesznie, to było zaplanowane od półtora miesiąca – przekonuje mnie Krzysztof Gawkowski, sekretarz generalny partii.
Magdalena Ogórek nie jest najwygodniejszym tematem dla polityków SLD. – Najbardziej zabolało mnie to mówienie, że nie dostała od nas miliona, tylko ok. 400 tys. To sugestia, że po drodze ktoś ukradł 600 tys. – mówi z rozżaleniem jeden z moich rozmówców. "Poprzecie oficjalnie Ogórek, tak jak "Solidarność" Dudę?" – pytam Jana Guza, szefa OPZZ. – Proszę kolejne pytanie – ucina.
Pytam więc Guza dlaczego nie przywiózł swoich związkowców, bo podczas przemówienia Millera pod sceną więcej było dziennikarzy, niż sympatyków SLD. – Mieliśmy swoją demonstrację 18 kwietnia, ona była bezpartyjna i teraz też nie chcemy się angażować w partyjną imprezę. Niech pan spojrzy, wszyscy dziennikarze oblegają Leszka Millera, tutaj na pierwszym planie są sprawy partyjne, a nie pracownicze – tłumaczy.
Bo brak ludzi to obok braku Ogórek kolejny objaw słabej kondycji SLD. Nawet rok temu, podczas wizyty Martina Schulza tłum był całkiem spory. Teraz pod sceną było zaledwie kilkadziesiąt osób. – Mamy duże imprezy w regionach – przekonuje Gawkowski, tłumacząc, że działacze z regionów nie chcą ciągle jeździć do Warszawy i domagają się imprez u siebie.
Polityk zapewnia też, że po jesiennych wyborach partia będzie w Sejmie. – Nie wierzę w te sondaże, na pewno się dostaniemy. Pytanie z jakim wynikiem, jeśli 6-7 proc., to będzie źle. Mały klub parlamentarny niewiele będzie mógł, a to rzeczywiście zdemobilizuje ludzi – mówi Gawkowski. – Tym bardziej, że wielu pamięta jak nasz klub miał 200 osób – dodaje.
Pierwszomajowa impreza była właśnie takim powrotem do przeszłości. Wielokrotnie wspominano czasy rządów SLD i wprowadzania Polski do Unii Europejskiej przez rząd Leszka Millera. Także pod sceną nie brakowało dawnych gwiazd SLD: zaczynając od Millera, przez Joannę Senyszyn po byłych ministrów Jerzego Jaskiernię (sprawiedliwości) i Bogusława Liberadzkiego (transportu). Bo jeśli nie ma widoków na przyszłość, pozostaje tylko wspominanie czasów dawnej świetności.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
