
Politycy poza namawianiem do głosowania na siebie, namawiają, żeby w ogóle pójść do wyborów. – Przez ostatnie kilka tygodni siedzieliśmy w cyrku, i to urządzonym za nasze pieniądze, i na koniec tego wszystkiego te żenujące klauny, ci żenujący żonglerzy i żenujący treserzy królików domagają się, żebyśmy wstali, bili brawo i dawali napiwki – dr Marek Migalski, politolog i były poseł do PE wybrany z list PiS.
REKLAMA
Dlaczego namawia pan Polaków, żeby zrezygnowali ze swojego prawa, przywileju i nie poszli do wyborów?
To prawo, a nie obowiązek, więc wszyscy ci, którzy się wymądrzają i namawiają, żeby coś zrobili, ci profesorowie, redaktorzy, a zwłaszcza politycy, zachowują się nieelegancko. Naciskają na demos, który jest wolny w swoich wyborach, ale też jest wolny w tym, czy wybiera czy nie. Sytuacja, w której głosowaniem jest prawem, a nie obowiązkiem warto ze swoich praw korzystać, ale warto też nie korzystać, by mieć świadomość tego, że to prawo, nie obowiązek.
Poza tym dlaczego to wyborcy mają się okazać najbardziej odpowiedzialni z całego tego procesu, skoro politycy zamienili te wybory w cyrk? To nawoływanie do tego, by wyborcy okazali się dojrzali, podczas gdy politycy okazali się niedojrzali. Ten spektakl, który politycy zafundowali nam w ciągu ostatnich tygodni okazał się absolutnie żenujący, a tu nagle oczekuje się, że jedynymi, którzy potraktują ten cyrk poważnie mają być wyborcy.
Ale inne kampanie też były żenujące.
Ta była szczególnie, bo ona była kampanią sobowtórów. Liderzy partyjni bojąc się porażki z Bronisławem Komorowskim wystawili postaci drugo- a czasami trzecio-ligowe i oczekują, że potraktujemy to poważnie. Mówią: "uszanujcie demokrację", "pójdźcie do wyborów", a sami zamiast potraktować to poważnie i zmierzyć się z Komorowskim wystawili swoje substytuty.
Jedni dlatego, że byli za młodzi, czyli panowie Bosak i Winnicki, którzy wystawili Mariana Kowalskiego, a Miller, Kaczyński i Piechociński polityków trzecioligowych, próbując nam wmówić, że to poważne postacie życia politycznego.
Może po prostu potraktowali te wybory tak, jak na to zasługiwały? Przecież prezydent niewiele może.
No to dlaczego oczekują, że wyborcy potraktują te wybory poważnie? Wiedząc, że prezydent niewiele może wyborcy powinni te wybory potraktować dokładnie tak, jak liderzy partyjni. Dlaczego mam udawać, że pani Ogórek napisze prawo od nowa, pan Duda cofnie "reformę 67", a Bronisław Komorowski uchroni nas przed III wojną światową? Dlaczego mamy udawać, że wierzymy w te bzdury?
Sam pan powiedział, że prezydent niewiele może, a zrobiono kampanię, jakby wybierano prezydenta USA. Wyrazem dojrzałości ze strony wyborców byłoby powiedzenie "Sprawdzamy! Przejrzeliśmy was. Te wybory nic nie zmienią". Niezależenie od tego, czy wygra Duda czy Komorowski nic się nie zmieni. Emocje jak na grzybach.
Próba wmówienia nam, że jak wygra Duda to nadejdzie faszyzm, cenzura, wrócą duszne czasy 2005-07, kiedy ludzi wyciągano z łóżek, to nieprawda. Tak samo jak to, że po wygranej Komorowskiego nastąpi rozbiór niemiecko-rosyjski. To wszystko bzdury, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i warto pokazać tym politykom, że w to nie wierzymy.
Pokażmy, że nie pójdziemy na wybory i nic się nie stanie. Polska nie popadnie w odmęty szaleństwa, jak to przedstawia prezydent Komorowski, ani nie zostanie sprzedana Niemcom czy Rosjanom, jak to przedstawia sztab Dudy.
Niską frekwencję politycy będą mogli interpretować dowolnie, że obywatele nie dojrzeli, że trzeba nad nimi pracować i zachęcać do głosowania. Nie lepiej pójść i dopisać Davida Bowiego czy Ala Pacino?
Gdyby wyborcy mieli się przejmować tym, co myślą o nich politycy, to byłoby dopiero niepoważne. Powinno być odwrotnie. I - proszę mi wierzyć - politycy doskonale zinterpretują frekwencję poniżej 50 proc. Nie dość, że część zagłosowała na antysystemowców, to jeszcze wielu nie poszło. A gdybyśmy dopisali Ala Pacino czy Johna Newtona to wtedy by mówili, że jesteśmy niedojrzałym narodem.
Dojrzały naród to także taki, który nie chodzi na wybory. Frekwencja na poziomie 50 proc. jest w USA czy w Szwajcarii. Bo dojrzałości nie poznaje się po frekwencji, to mit, ale po udziale w NGOsach, sztuką stowarzyszania się. Są bojkoty polityczne, konsumenckie, wyborcze i ja właśnie taki proponuję.
Przez ostatnie kilka tygodni siedzieliśmy w cyrku, i to urządzonym za nasze pieniądze, i na koniec tego wszystkiego te żenujące klauny, ci żenujący żonglerzy i żenujący treserzy królików domagają się, żebyśmy wstali, bili brawo i dawali napiwki. Jedyne co ja im mogę zaproponować, to obrzucenie jajkami, butelkami i trocinami. Nie dajmy się zmusić, byśmy na końcu jeszcze musieli uznać, czy lepszy był żenujący treser królików czy równie żenujący żongler, któremu wszystko wypadało z rąk.
Jaka więc będzie frekwencja?
Liczę, że między 40 a 50 proc., bo to byłby wyraźny sygnał dla polityków i dla komentatorów, że naprawdę dzieje się źle. To będzie sygnał, że Polacy źle się w tym wszystkim czują i widzą, że spektakl dostarczany przez tych cyrkowców jest naprawdę marnej jakości.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
