Bezrobocie spada, ale kolejki w Urzędach Pracy wcale nie są mniejsze
Bezrobocie spada, ale kolejki w Urzędach Pracy wcale nie są mniejsze Fot. Tymon Markowski / Agencja Gazeta  

Archaiczne, nie przystosowane do obecnych czasów, zupełnie nie na miarę XXI wieku. Wciąż odstraszają zamiast naprawdę pomagać. Dlaczego urzędy pracy tak bardzo odstają od rzeczywistości?

REKLAMA

Była reforma i miało być lepiej, ale zmian gołym okiem nie widać. Przeciętny Kowalski, który choć raz przekroczył bramy tej instytucji, wciąż wychodzi z podobnym wrażeniem – pracy raczej tam nie znajdzie. Bo tak, jak 20 czy 30 lat temu, ciągle najważniejsza jest lista obecności. Odhaczyć się i za miesiąc przyjść na następne spotkanie.

Dla tych, którzy naprawdę chcą pracę znaleźć, wizyta w urzędzie to wciąż ostateczność. I kompletna strata czasu. Często całych miesięcy, a może i lat. Powiew nowoczesnych czasów jest jedynie taki, że kolejkę w urzędzie można zarezerwować przez internet. To ogromna wygoda, bo na korytarzach codziennie kłębią się tłumy. By się zarejestrować, można czekać nawet kilka godzin. Potem bardzo szybko cofamy się w czasie. A zderzenie z biurokratyczną machiną bywa bardzo frustrujące.

Krok 1, czyli idziemy się zarejestrować – Ależ mnie dziś głowa boli – urzędniczka popija kawę. W czasie rozmowy powtarza to jeszcze kilka razy. Co chwila sięga po kubek. Obojętnym i znudzonym głosem prosi o dowód. Potem o dyplom.

– To szuka pani pracy.... – Tak. – Proszę podpisać – rzuca jeden dokument za drugim. Papiery jej się mylą, dwa razy podaje te same. Na każdym, w miejscu podpisu, robi zamaszystego „ptaka”: – Tu podpisać. "Ptak" jest tak wielki, że nie ma miejsca na podpis. Ten etap trwa około pół godziny.

Urzędniczka nie prosi o żadne dokumenty, choć na stronie internetowej Urzędu Pracy w Warszawie znajduje się cała lista tych, które trzeba przynieść, by się zarejestrować.

– Bardzo się stresowałam, czy wszystko mam, bo jak nie to może każą przyjść jeszcze raz? Dokładnie przygotowałam wszystkie dokumenty, wszystkie świadectwa pracy. Zupełnie niepotrzebnie, bo nikt ich nie chciał oglądać – mówi Basia, która zarejestrowana jest od listopada ubiegłego roku.

Urzędniczka wyznacza termin pierwszej wizyty u pośrednika pracy.

Zamiast ofert pracy, jest coraz więcej szkoleń, stażów i spotkań z doradcami zawodowymi
Zamiast ofert pracy, jest coraz więcej szkoleń, stażów i spotkań z doradcami zawodowymi Fot. Jarosław Kubalski/Agencja Gazeta

Krok 2, czyli umówiona wizyta u pośrednika pracy – I co ja mam z panią zrobić? Może zapiszę panią do doradcy zawodowego – wizyta u pośrednika trwa pięć minut. Urzędniczka, bardzo miła, nie pokazuje jednak żadnych ofert pracy, sporo za to mówi o ”narzędziach aktywizacji zawodowej” i odsyła do ofert na stronie internetowej, ”bo czasem można tam coś znaleźć”.

Wreszcie wyznacza kolejną wizytę za miesiąc. I przypomina, że w dniu wyznaczonej wizyty przysługuje bezpłatna podróż komunikacją miejską. W tym celu musi wydrukować specjalne pismo. Kartka A4, na której jest napisane jedno zdanie.

Filip, który wcześniej pracował w mediach, zarejestrowany jest od pół roku. Bardzo dobrze pamięta ten etap swoich wizyt w urzędzie: – Pierwsze pytanie, jakie usłyszałem brzmiało: ”No, jak tam? Szukał pan w internecie? Jakie efekty?”

Potem zaproponowano mu proste prace biurowe. Gdy odmówił, usłyszał, że może iść na staż do firmy. Urzędniczka wręczyła długą listę: – Proszę wybrać.

Na liście były głównie firmy z branży budowlanej. Filip na tym też się nie znał. W gąszczu technicznych firm wyłuskał ”organizację imprez”. By nie stracić statusu bezrobotnego, zgodził się iść na staż.

– Urzędnicy podchodzą do każdego automatycznie. To jest największy problem. Zamiast wypytać dokładnie, czym się człowiek zajmował, jakie ma kompetencje, jakich mu brakuje umiejętności, w jakim zakresie chciałby się podszkolić, to wszystkich traktują tak samo. Nikt nie robi dokładnego, indywidualnego researchu. Dla mnie Urząd Pracy to raczej Urząd Rejestracji Bezrobotnych. Nic ponadto – mówi.

Basia, zdrowa, po studiach usłyszała, że mają dla niej pracę. Tyle że dla niepełnosprawnych.

Z analiz przeprowadzonych przez urzędy wynika, że nawet 65% odwiedzających je nie jest zainteresowane podjęciem pracy,  a ich głównym powodem odwiedzania PUP-ów jest potrzeba uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego. Czytaj więcej

Krok 3, czyli u doradcy zawodowego lub na stażu Spotkanie w gronie kilkunastu osób. Wiek ok. 20-50 lat. Prowadzą dwie urzędniczki. Przez 10 minut pokazują, na czym polega strona internetowa Urzędu Pracy. Po kolei czytają wszystkie informacje. Kolejne 10 minut – zapisy na kolejne spotkanie:– Woli pani wcześniej czy później? Jak wcześniej to za miesiąc. Jak później to za dwa. – Proszę przynieść CV i list motywacyjny. Będziemy rozmawiać o tym, jak je napisać – pada na odchodnym.

CV? Od rejestracji minęły już dwa miesiące z górką. Dlaczego pojawia się wrażenie, że urząd już na wstępie zakłada, że wszyscy latami będą szukać pracy? W ciągu dwóch miesięcy można wysłać setki CV i zaliczyć co najmniej kilkanaście rozmów kwalifikacyjnych... A tu bezrobotny ma się tego dopiero uczyć? W dodatku jeszcze za miesiąc?

Możliwości na powrót do pracy są, ale nie dla wszystkich
Możliwości na powrót do pracy są, ale nie dla wszystkich Fot. Screen/Urząd Pracy w Warszawie

Filip ma kolejną wizytę za trzy miesiące. W międzyczasie zgłosił się na staż. Ponieważ nie miał o branży pojęcia, a pracy szukał w zupełnie innej, poprosił potencjalnego pracodawcę, by ten wydał mu zaświadczenie, że go nie chce. Jeśli zrezygnowałby sam, straciłby status bezrobotnego. Szef firmy zgodził się bez problemu.

Urząd pracy to fikcja. Jestem po pięćdziesiątce. Ciężko cokolwiek znaleźć, a oni roboty nie szukają. Człowiek przychodzi na umówione wizyty, a tam pada pytanie: Ma pan już pracę? Można się załamać. I tak przez dwa lata. Ostatnio sobie źle wpisałem o jeden dzień wizytę i wykluczyli mnie z statusu bezrobotnego na 120 dni. Chcesz iść na kurs - to albo jestem za stara (mam 38 lat) o rok, dwa czy 5 lat, bo kurs czy projekt obejmuje 25, 30 czy 35 latków. Kurs florystki czy kucharza - jak ludzie nie mają co do garnka włożyć? Na pewno kupię kwiatki lub ”zjemy na mieście" jak w portfelu nie ma na chleb!!!!!! Skończyłam pedagogikę społeczno- opiekuńczą z tytułem magistra i w zawodzie szukałam pracy. Pani z UP zaproponowała mi pół etatu "sprzątaczki w przedszkolu" podkreślając, że przecież szukam pracy w zawodzie! Odmówiłam i znalazłam pracę na własną rękę.... niestety żal mi tych, którzy nie mają wyjścia i przyjmują pracę zaproponowaną przez UP poniżej kwalifikacji, czasem może nawet "dobijającą" psychicznie. Byłam dziś w Urzędzie Pracy. Pomyliłam się o jeden dzień , miałam się stawić dopiero jutro, Pani oczywiście nie mogła mnie przyjąć, bo system nie przyjmie, chciałam coś się dowiedzieć o ofertach, ale skąd Pani fukła, że nie pracuje w kadrach, żeby coś więcej wiedzieć o ofercie pracy!  Czytaj więcej

Z intenetowych dyskusji

Prosimy poszukać w Internecie Absurdy można mnożyć. I aż żal ściska, bo w urzędach wiele możliwości jest. Można na przykład założyć własną firmę i starać się o dofinansowanie w wysokości 24 tysięcy złotych. Można ubiegać się o szkolenie w firmie (dopłata 6 tys. zł) lub zrobić studia podyplomowe (również 6 tys.). Co z tego, skoro – przy założeniu, że ktoś nie korzysta na co dzień z internetu, a takich osób bezrobotnych naprawdę jest sporo – urzędnicy informują o tym dopiero na kolejnym, kolejnym spotkaniu?

– Mi nikt o tym nie mówił – przyznaje Filip. Urzędnicy bardzo chętnie odsyłają jednak do salek komputerowych. Mówią, że tam można skorzystać z internetu i poszukać ofert pracy. A jak się znajdzie, można zadzwonić. Na ogół, oprócz komputerów, jest też jeden telefon.

Napisz do autorki: katarzyna.zuchowicz@natemat.pl