
W największych polskich prywatyzacjach na akcje PZU zapisało się ponad 250 tys. osób. Kolejny duży giełdowy debiut państwowej spółki – Tauronu – przyciągnął 231 tys. inwestorów indywidualnych. Na obu transakcjach, inwestując niecałe 20 tys. zł i wykazując się odrobiną cierpliwości, można było zarobić prawie 4 tys. zł.
REKLAMA
Wystarczyło kilka okazji do łatwego zarobku i znowu tysiące inwestorów garną się do giełdy. Kiedy w kwietniu na giełdowym horyzoncie pojawił się kolejny "pewniak" – prawie 8 tys. indywidualnych inwestorów zapisało się na na akcje. – Nie mam pojęcia o inwestowaniu, ale żal nie spróbować – mówi 32-letnia Magda z Łodzi. Razem z mężem prowadzi firmę budowlaną. Po wakacyjnym boomie remontowym zostało im trochę pieniędzy. – Przeczytałam gazety, serwisy internetowe i dwie książki. Zamierzam sama sprawdzić, jak to jest, kupować akcje, patrzeć, jak rosną, i sprzedawać. Podobno wciąga – dodaje.
Polacy przechodzą właśnie przyspieszony kurs inwestowania i rzucają się w wir wydarzeń na giełdzie. Według danych Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych otworzyliśmy już prawie 1,4 mln rachunków inwestycyjnych. – Trudno oprzeć się pokusie, gdy kolejne wielkie oferty dają zarobić także drobnym inwestorom. Nie grozi nam jakaś nagła katastrofa gospodarcza, a sama giełda zachowuje się dość przewidywalnie. W tej sytuacji można myśleć o bardziej odważnym inwestowaniu oszczędności – mówi Piotr, 42-letni pracownik polskiego oddziału firmy Microsoft. Właśnie założył rachunek maklerski i zapisał się na akcje GPW. Na giełdzie zamierza ulokować około 15 proc. swoich oszczędności. Resztę trzyma w bezpiecznych obligacjach i lokatach bankowych.
Stawianie pierwszych kroków na giełdzie od dawna nie było proste. Biura maklerskie prześcigają się w promocjach. Rachunek można założyć bez miesięcznej opłaty, a maklerzy obniżają prowizje do symbolicznej złotówki. Nie trzeba też ryzykować wielkich sum – wystarczy kilka tysięcy złotych. Wszystko to, by przekonać nas, że 107 mld złotych, które wciąż trzymamy w skarpecie lub na niskooprocentowanych kontach bankowych (dane NBP), warto być może zainwestować na giełdzie. W USA nawet po kryzysie finansowym większość obywateli wierzy w powodzenie swoich przedsięwzięć na Wall Street.
Z większych prywatyzacji w tym roku jest szansa na debiut Banku Pocztowego. Sprzedający liczy na porównywalne zainteresowanie, jak to bywało w przypadku najbardziej rozpoznawalnych ofert np. PZU, GPW, PKP Cargo czy Energi, mając nadzieję na to że w zapisach weźmie udział kilkaset tysięcy klientów.
Giełdowa wyrocznia
Mimo kolejnych kryzysów i giełdowych dołków wielki inwestor giełdowy Warren Buffett trzyma się nieźle i z fortuną wycenianą na ponad 66 mld dolarów jest numerem 3 na liście najbogatszych ludzi na kuli ziemskiej. – Staram się kupować akcje firm, które są na tyle wspaniałe, że nawet idiota może nimi pokierować – mówił Buffett. Opowiadał, że inwestuje przede wszystkim w porządne, wartościowe firmy, gdzie liczy się stabilny biznes i wypłata dywidendy. A to Coca Cola, American Express, Gillette i wiele innych znanych marek. Naśladowały go w tym miliony inwestorów na całym świecie.
Mimo kolejnych kryzysów i giełdowych dołków wielki inwestor giełdowy Warren Buffett trzyma się nieźle i z fortuną wycenianą na ponad 66 mld dolarów jest numerem 3 na liście najbogatszych ludzi na kuli ziemskiej. – Staram się kupować akcje firm, które są na tyle wspaniałe, że nawet idiota może nimi pokierować – mówił Buffett. Opowiadał, że inwestuje przede wszystkim w porządne, wartościowe firmy, gdzie liczy się stabilny biznes i wypłata dywidendy. A to Coca Cola, American Express, Gillette i wiele innych znanych marek. Naśladowały go w tym miliony inwestorów na całym świecie.
W Polsce dopiero budujemy swój sen o bogactwie zdobytym na giełdzie. Tysiąc złotych zainwestowany podczas pierwszego notowania na warszawskiej giełdzie przyniósłby do dziś prawie 44 tys. złotych zysku. Pod jednym warunkiem – o ile inwestor kupowałby akcje, których cena naśladowała późniejsze wahania indeksu WIG (w ciągu 19 lat wzrósł on ponad 40-krotnie). Polacy coraz chętniej lokują oszczędności na giełdzie.
Wreszcie jest w co zainwestować. Od czasu słynnego debiutu PZU notowania ubezpieczeniowego giganta wzrosły z 312 zł do prawie 500 zł. Wielu z inwestorów, którzy tłumnie zapisywali się na te akcje, sprzedawało je już w pierwszych dniach po debiucie. Analitycy domu maklerskiego Banku Ochrony Środowiska policzyli, że udział w największych prywatyzacjach ostatnich lat z reguły przynosił giełdowym graczom ponad 35-procentowy zysk. Pod warunkiem że trzymali akcje przez co najmniej rok.
– Historia pokazuje, że w większości była spora szansa sprzedać akcje kupione w IPO z zyskiem. Zależało to oczywiście od tego, kiedy inwestor decydował się na sprzedaż. Mogło się przecież zdarzyć, że po debiucie była tylko jedna lub kilka sesji wzrostowych, a potem było już tylko taniej – mówi Tomasz Bednarski z biura maklerskiego Deutsche Banku. Dodaje, że w większości przypadków poczekanie kilku miesięcy dawało lepszą stopę zwrotu niż chociażby inwestycja w akcje z indeksu WIG20 w porównywalnym okresie.
Dlatego tylko drobna część inwestorów, którzy kupują akcje w ofertach prywatyzacyjnych, pozostaje później aktywnymi uczestnikami rynku. co innego uczestniczyć w pospolitym ruszeniu, gdzie funkcjonuje mit o bardzo wysokiej opłacalności zakupu spółek w ofertach prywatyzacyjnych. Co innego świadomie inwestować na podstawie zdobytej wiedzy. Dlatego większość nowych inwestorów po pierwszych porażkach i stratach zniechęca się do samodzielnego inwestowania i powierza swoje pieniądze funduszom inwestycyjnym.
– Inwestowanie w akcje wiąże się ze sporym ryzykiem, które czasami może się zmaterializować, jak stało się np. w przypadku Jastrzębskiej Spółki Węglowej. W IPO jej akcje były sprzedawane po 136 zł, ostatnio cena waha się w okolicach 16 zł - komentuje Bednarski z Deutsche Banku.
Ja inwestor
Kim jest Kowalski na giełdzie? To mężczyzna ( jedynie co szósty gracz na GPW to kobieta) mieszkający w dużym mieście, mający wyższe wykształcenie, który w akcje inwestuje maksymalnie 50 tys. złotych, średnio od 5 lat – wynika z ankiety Stowarzyszenia Inwestorów
Indywidualnych w Warszawie. Według statystyk gracze samodzielnie kupujący akcje w czasie hossy przed kryzysem (czyli w latach 2006-2007) pomnażali swój kapitał przeciętnie o 21 proc. rocznie. W kryzysowym roku 2008 stracili 1,2 proc. Dziś po kryzysie nie ma śladu. WIG20, najważniejszy indeks warszawskiej giełdy, wrócił do poziomu sprzed kryzysu finansowego.
6,3 proc. giełdowych graczy deklaruje, że zyski inwestycji giełdowych są ich głównym źródłem utrzymania. – Żeby żyć z gry na giełdzie, trzeba poświęcić jej dużo czasu: przesiadywać przed monitorem co najmniej przez pół dnia, analizować na okrągło trendy, wykresy i wyniki spółek – opowiada Robert, do niedawna informatyk w PZU, obecnie stały gracz na kilku giełdowych rynkach i autor blogu poświęconego inwestowaniu. Przygodę z giełdą zaczynał od zakupu akcji prywatyzowanego Banku Śląskiego (na pierwszych notowaniach ich kurs wzrósł 13,5-krotnie). Dziś eksperymentuje z automatycznymi systemami komputerowymi, które wychwytując giełdowe trendy, potrafią inwestować środki bez udziału człowieka.
Pod względem wartości notowanych spółek warszawska giełda to czwarty (po Londynie, Paryżu i Frankfurcie) rynek finansowy w Europie. Konkurentów z Europy Środkowo- -Wschodniej: Pragę, Budapeszt czy nawet Wiedeń, zostawiliśmy daleko w tyle. Rosną też fortuny tych, którzy w ostatnich latach zdecydowali się wprowadzić swoje firmy na giełdę lub przejąć niedoceniane giełdowe spółki. Na przykład akcje spółki NG2, największego w Polsce sprzedawcy i producenta tanich butów, od czasu debiutu w 2004 r. wzrosły pięciokrotnie. Dzięki temu Dariusz Miłek, jej założyciel i główny akcjonariusz, wszedł w tym roku do pierwszej dziesiątki listy 100 najbogatszych Polaków tygodnika „Wprost".
Prawdziwym guru drobnych ciułaczy jest wciąż Roman Karkosik. Jego ruchy śledzą setki, jeśli nie tysiące inwestorów. W przypadku medycznej spółki DGA wystarczyło połączenie dwóch faktów: obecności Karkosika wśród akcjonariuszy oraz informacji o zgodzie na wprowadzenie do sprzedaży testera wykrywającego raka piersi, by jej akcje poszły w górę o 220 proc. Trudno ocenić, ile osób zarobiło na trwającym krótko sensacyjnym wzroście (w ubiegłym tygodniu akcje DGA runęły w dół). Z pewnością zarobił sam Karkosik, który korzystając z górki, sprzedał z zyskiem znaczący pakiet akcji. Podobne spekulacje i manipulowanie kursami spółek to chleb powszedni rynków finansowych.
– Dlatego inwestować należy w solidne spółki: mające regularne zyski, świetnych menedżerów i prowadzące okrzepły na rynku biznes. Wówczas przez lata można odcinać kupony nie tylko od wzrostu cen akcji, ale przede wszystkim od wypłacanej dywidendy – uważa Mark Mobius, guru rynków finansowych w krajach rozwijających się, zarządzający ponad 30 mld dolarów w funduszu Templeton Asset Management.
Ku przestrodze przypomina początki swojej kariery. Zanim dołączył do Templetona, kupił – bez odpowiedniej analizy, na podstawie rekomendacji znajomego – akcje Mosbert Holdings, spółki notowanej na giełdzie w Hongkongu w latach 70. Emisja ta okazała się jednym z największych oszustw w historii Hongkongu i Mobius stracił zainwestowane pieniądze. Wszystkim wybierającym się na giełdę radzi, by najpierw zgromadzili oszczędności pozwalające na rok spokojnego życia. Dopiero nadwyżkę tej kwoty można inwestować na rynkach finansowych. Dzięki temu w razie niepowodzenia lądujemy na swoistej poduszce bezpieczeństwa. Zdaniem Mobiusa i wielu innych ekspertów polską giełdę czeka co najmniej kilka lat prosperity.
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
