
Nie ma w Polsce osoby, która choć raz nie poczułaby się jak Józef K z "Procesu" Kafki. Odbijanie się od drzwi do drzwi i załatwianie prostych spraw przez wiele tygodni to chleb powszedni zwykłego obywatela. Ale jak się okazuje, coraz częściej zdarza się, że urzędnicy zachowują się jak ludzie, bo nikt nie wie tak dobrze jak oni, że procedury bywają całkowicie bezsensowne. Zdarzają się i tacy, którzy sami podpowiadają, jak obejść przepis, aby załatwić sprawę "po ludzku".
Przypadek pierwszy
Przypadek drugi
Jeszcze kilka lat temu zadzwoniłby do skarbówki i do GUS-u, że jest taki jeden koleś którego sprawę trzeba wyprostować. Że ktoś powinien podjąć decyzję, co teraz zrobić z jego zaległymi składkami itd. Ten człowiek maksymalnie poszedł mi na rękę, tak czysto po ludzku.
Dlaczego tak nie jest zawsze? Bo urzędnik nigdy nie wie, czy po drugiej stronie okienka nie siedzi właśnie kontroler. Załatwienie sprawy "po ludzku", czyli niejednokrotnie z nagięciem przepisów, może oznaczać koniec kariery. Ale jest jeszcze jedna ważna sprawa, która może pomóc lub utrudnić załatwienie sprawy. To, w jaki sposób sami zachowujemy się będąc w urzędzie.
Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl
