Wojny sąsiedzkie toczą się na wielu polskich osiedlach.
Wojny sąsiedzkie toczą się na wielu polskich osiedlach. Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Scenariusze są dwa. Rodzą się już przy pierwszym spotkaniu lub wybuchają nagle po latach. Zwykle przybierają formę codziennych uszczypliwości, ale czasem potrafią doprowadzić do tragicznych wydarzeń. Wśród rodziny lub znajomych każdy z nas ma prawdopodobnie kogoś, kto je toczy. Takie są polskie sąsiedzkie wojny.

REKLAMA
Stosunek Polaków do sąsiadów przed rokiem postanowił zbadać instytut MillwardBrown SMG/KRC. Z tego wciąż najświeższego badania nadwiślańskich relacji sąsiedzkich wynika, że w blokach, na osiedlach i wsiach żyjemy w idealnej komitywie. Aż 95 proc. Polaków odpowiedziało, że mają oni dobre relacje z najbliższym sąsiedztwem. To niezwykle budujące w czasach, o których tak często mówi się "wojna polsko-polska". Warto jednak zwrócić uwagę na te pozostałe 5 proc. społeczeństwa, która w dużej mierze należy zapewne do tych, którzy z uprzykrzania życia sąsiadom uczynili swoją życiową misję.
Od ostrzału po skargę u proboszcza
– Mojej rodzinie sąsiedzi wypowiedzieli wojnę o miejsca parkingowe. A raczej o prawo do uczynienia sobie takich miejsc z całej ulicy i podjazdów – żali się Alicja z Gdyni. – Gdy zwróciliśmy im uwagę, że zastawiają nasz dom, zemścili się rysując nam na drzwiach domu penisa. Potem zrobili się tylko bardziej agresywni. Samochód ojca opisano napisami „jestem ch... i pedofilem” – wylicza sposoby swoich sąsiadów na zemstę za kilka uwag na temat tego, jak uciążliwie parkują aż 9 swoich aut.
To krewkim sąsiadom jednak nie wystarczyło, później rodzinny dom mojej rozmówczyni został... ostrzelany. – Szczęście, że z wiatrówki. Najgorsze jest to, że wszystkie zgłoszenia dotyczące tego typu nękania są umarzane, bo sąsiad jest m.in. kierowcą pogotowia ratunkowego, zna i przyjaźni się z wieloma gdyńskimi strażnikami miejski i policjantami – mówi gdynianka. I dodaje, że na tym pomysłowość sąsiadów na zemstę się nie kończy. Inna z obrażonych na jej rodzinę sąsiadek donosi na nich do... proboszcza.
Do wojny wystarczy drobnostka
Gdyńskie wojny sąsiadów zdają się jednak niczym przy tym, jak swoje przejścia opisuje Maciej z Krakowa. – Przez 18 lat sąsiedzi zza płotu byli mi wujkami i to przez długi okres takimi najbliższymi. Wszystko zmieniło się jednak, gdy kilka lat temu w ogródku urządziliśmy moją osiemnastkę. Niby wszystko było uzgodnione, wolna ręka, zgoda na hałas. I na tych urodzinach nie działo się nic takiego, oprócz tego, że ktoś głupio rzucił butelkę za żywopłot. Nieszczęśliwie trafiła w jakieś drogie, fantazyjne kwiaty, które mieli tam nasadzone. Po kilku minutach byli z wrzaskiem i policją pod naszymi drzwiami. Tak oszaleli z nienawiści o ten krzew, że wyszli z rękoczynami i policja przede wszystkim zajęła się nimi, a nie rzekomo zakłóconą ciszą nocną – wspomina.
To błahe jakby mogło się wydawać wydarzenie nakręciło jednak spiralę nienawiści. Jak wspomina Maciej, jego ojciec nie mógł darować sąsiadowi, że ten chciał się rzucić na niego za wartą może kilkaset złotych roślinę i ostro pokłócił się z dotychczasowym przyjacielem-sąsiadem już następnego dnia. Kolejnego w ogniu stały już krzewy pod domem Macieja.
– Rodzice poszli wtedy jeszcze raz porozmawiać, ale znowu skończyło się na żalach za ten kwiat. Po kilku dniach wewnętrznej walki z tym, czy donieść na swoich wieloletnich przyjaciół postanowili jednak pójść na policję. Przyjechali, rozpytali i ku naszej radości doprowadzili do przeprosin ze strony sąsiadów i zgody. Następnej nocy zaczaili się na ojca, siostrę, mnie i całą rodziną dotkliwie nas pobili. Ojciec o mało nie stracił oka, ja miałem połamaną rękę i nogę, siostra pękniętą czaszkę – wylicza krakowianin.
Sąsiad zatruwa życie? Przecież jest u siebie...
Ten brutalny sąsiedzki atak dla głównego prowodyra, głowy rodziny zakończył się rocznym pobytem za kratami, jego kolegów wypuszczono już po kilku dniach aresztu śledczego i ukarano karami w zawieszeniu
– Ten rok to była chwila spokoju, która jednak szybko minęła. Bez niego ta rodzina jakoś przycichła, a my już nie szukaliśmy kontaktu. Od kiedy dwa lata temu wrócił, stara się uprzykrzyć nam życie na tysiąc innych sposobów. Od wyzywania nas zza ogrodzenia, po obrzucanie naszych okien kupą. A my staliśmy się bezsilni, bo w zakładzie karnym załatwił sobie orzeczenie o chorobie psychicznej i policja właściwie przestała reagować, bo wiedzą, że wiele mu zrobić nie można. Próbowaliśmy wynająć adwokata, by zmusić ich do wyprowadzki, ale ten już na wstępie nam powiedział, że w takich sytuacjach prawo bywa bezsilne i trudno wygonić oprawcę zza płota – żali się mój rozmówca.
Hobby, cel życia, sposób na podbudowę ego
– Badań na temat stosunków sąsiedzkich jest wciąż stosunkowo mało, ale z tych, które znamy można przyjmować, że Polacy naprawdę w znakomitej większości mają świetne relacje z osobami, z którymi żyją przez ulicę, płot czy ścianę. Ci jednak, którzy wypowiadają sąsiadom wojny robią to zwykle z typową dla naszego narodowego charakteru zapiekłością i fantazją – komentuje socjolog Kinga Borkowska.
Ekspertka zwraca uwagę, że o skali i formie zjawiska przemocy sąsiedzkiej nad Wisłą najlepiej świadczy analiza ilości osób skazanych za pobicia, rozboje, a nawet gwałty na osobach z najbliższego sąsiedztwa. – Okazuje się wówczas, że w każdym zakładzie karnym takich osadzonych jest całkiem pokaźna grupa. Skalę problemu widać też po ilości "spraw sąsiedzkich" toczonych przed sądami cywilnymi. Gdzie najczęściej idzie o słynne immisje [ działania posiadacza jednej nieruchomości oddziałujące na nieruchomość sąsiednią - red.]. I tak Polacy potrafią dawać prawnikom pracę sądząc się nawet o zapach. I nie chodzi tu o tylko o smród – zaznacza Borkowska.
Nasza rozmówczyni podkreśla, że znana jest jej taka sąsiedzka sprawa, w której sąd miał zająć się faktem, iż pewnej głęboko wierzącej osobie przeszkadzał zapach mięsnych kotletów smażonych przez sąsiada w piątek, gdy Kościół katolicki nakazuje dietę rybną. – Kiedy decydujemy się zaangażować mocno w tego typu spór, to decyzja o odwrocie przychodzi z wielkim trudem. Częściej walka z sąsiadem staje się raczej rodzajem hobby, sposobem na życie. Poniekąd sposobem na życiową realizację. Bo poniżenie kogoś z najbliższego otoczenia to najgorszy z możliwych, ale zarazem bardzo skuteczny sposób podbudowania ego – stwierdza socjolog.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl