Wywiad z Karolem Lewandowskim - Busem przez świat
Wywiad z Karolem Lewandowskim - Busem przez świat busemprzezswiat.pl

Są młodymi ludźmi, którzy 5 lat temu wpadli na pomysł, by VW Transporterem przejechać cały świat. Kupili auto za 2 tys. zł i odwiedzili już ponad 50 państw. Podczas swoich 12 wypraw nigdy nie zapłacili za nocleg i udowadniają, że wcale nie trzeba być bogatym, aby zwiedzać świat. Karol Lewandowski w rozmowie z naTemat zdradza m.in. co trzeba zrobić, aby zabrać się z nimi w podróż.

REKLAMA
Gdzie najwięcej przepłaciliście i nie możecie się z tym pogodzić?
Ogólnie nigdy nie przepłacamy i staramy się oszczędzać na maxa, ale część ekipy uważa, że nie było warto wydać 30 dol. za bilet wstępu na Empire State Building. Ja się z tym nie zgadzam, na mnie ten widok zrobił olbrzymie wrażenie. A 30 dol. to był nasz czterodniowy budżet.
 
Nie kusiło cię czasem, aby gdzieś osiedlić się poza Polska?
Kusiło i to nie raz. Najbardziej chyba w Kalifornii w USA i Australii – bo tam byliśmy najdłużej i są tam najlepsze warunki do życia, świetny klimat i wspaniali ludzie. Kilka razy nawet proponowano nam pracę, np. na ranczu w Australii przy zapędzaniu bydła na quadach. Myśleliśmy o tym, ale mieliśmy już wykupione bilety do Polski więc nie starczyło czasu. Ale na pewno jeszcze tam wrócimy.
Do swoich wypraw przygotowujecie się cały rok. Jak to wygląda?
Do wyprawy, która trwa 3-4 miesiące szykujemy się nawet 12 miesięcy. Najwięcej czasu zajmuje zbieranie budżetu, bo chociaż podróżujemy niskobudżetowo to przy kilkumiesięcznej wyprawie i tak potrzeba sporo pieniędzy. Cały rok pracujemy i odkładamy każdy gorsz na podróże. Nikt nie da nam 4 miesięcy urlopu więc przed wyjazdem rzucamy pracę, na studiach bierzemy dziekankę i po powrocie szukamy nowej pracy. Przez kilkanaście miesięcy odkładamy pieniądze i przede wszystkim przygotowujemy samochód.
Nasz bus ma już 26 lat i podczas podróży zdarzyło nam się około 50 większych lub mniejszych awarii. Ale nie ma co się dziwić, bo jadąc tak starym autem z dużym obciążeniem przez gorące pustynie czy tropikalne dżungle trzeba spodziewać się awarii. Całe szczęście bus ma bardzo prostą konstrukcję i właściwie wszystko można naprawić samemu z użyciem najprostszych narzędzi, a części do VW znajdziemy w każdym miejscu na świecie. Gdybyśmy pojechali nowoczesnym drogim autem to przy każdej awarii potrzebna byłaby ingerencja mechanika z komputerem.
Nasz busik to prawdziwy dom na kółkach, mamy w nim drugi akumulator, przetwornice na 220V, elektryczny prysznic, rozkładaną kanapę, lodówkę, namioty, oświetlenie kempingowe, wyprawowy bagażnik, a w tym roku będziemy montować baterie słoneczne.
Poza tym dużo czasu w trakcie przygotowań zajmuje tez załatwienie pozwoleń i wiz, czy załatwienie transportu auta na inny kontynent.
A planowanie samej podróży?
To najprzyjemniejsza i najmniej stresująca część przygotowań. Przy krótkich wyprawach mamy dosyć szczegółowy plan, ale przy dłuższych nie da się wszystkiego zaplanować. Zazwyczaj mamy zaplanowany tylko najbliższy tydzień.
Przed wyjazdem przez cały rok tworzymy „mapę marzeń” i przyczepiamy pinezki do miejsc, które chcemy odwiedzić. A jak już jesteśmy na miejscu to planujemy sobie następny tydzień i pytamy miejscowych. Wszystko zależy też sporo od pogody, bo np. w Australii podczas pory deszczowej deszcz w kilka godzin potrafi zalać drogę i pływają po niej kilkumetrowe krokodyle.
Kupiliście samochód za 2000 zł. Ile jest on obecnie warty?
Tego nie wiemy, bo większość modyfikacji wykonywaliśmy albo sami albo ktoś ze znajomych pomagał nam za darmo. Ale jakiś czas temu ktoś chciał go od nas odkupić za 30 tys. zł. Powiedzieliśmy, że nas to nie interesuje, a on podbił cenę do 35 tys. Nie chcemy go sprzedawać, zrobiliśmy już nim 12 wypraw, a przed nami jeszcze kawał świata. Bus nie jest już tylko środkiem transportu, ale stał się symbolem projektu i członkiem naszej ekipy.
Macie w nim niezłe wyposażenie
Odkąd go kupiliśmy to trochę się zmienił (śmiech). W sumie to całkowicie. Przede wszystkim mamy w nim kanapy własnej roboty i dzięki nim mogą przespać się w busie 3-4 osoby. Stolik, dywan, firanki, akumulator, przetwornicę 220V, na dachu bagażnik wyprawowy, prysznic elektryczny podłączony do 100l zbiornika z zapasami wody. Zapasowe zbiorniki z paliwem, skrzynki z narzędziami i częściami zamiennymi, a nawet specjalny bullbar przed kangurami i siatki na szyby przeciwko kamieniom, które w Australii bardzo często wylatują na szutrowych drogach spod przejeżdżających roadtrainów.
Podczas wypraw zwykle śpimy na dziko, więc musimy być samowystarczalni nawet na środku pustyni.
Wszędzie można legalnie rozbić się z namiotem?
Tak nie do końca… Śpimy pod namiotami, bo w busie nie ma miejsca, by spali w nim wszyscy. Nie korzystamy z campingów czy hoteli, bo to ogromny koszt jeżeli gdzieś wybieramy się na kilka miesięcy. Ostatnio przeanalizowaliśmy ile zaoszczędziliśmy na samych noclegach podczas 12 wypraw i wyszło co najmniej 160 tys. zł.
W kilku państwach takich Australia, Islandia czy Norwegia można legalnie nocować na dziko, ale należy przestrzegać kilku zasad, np. by nie rozbijać się bliżej niż 200 m od zabudowani, nie śmiecić i nie hałasować. Pomimo zakazu w większości krajów nie ma z tym problemów i nigdy nie dostaliśmy mandatu. Często zjeżdżamy na jakąś dziką plażę, gdzie nikt nas nie widzi i nikomu nie przeszkadzamy. A jak już jakimś cudem znajdzie nas policja to opowiadamy, że jesteśmy podróżnikami i zostajemy tu tylko na jedną noc i nigdy nie robili nam problemów.
Dzięki spaniu na dziko codziennie mamy przepiękne widoki, jakich nie uświadczymy śpiąc po hotelach. Raz na pustyni obudziło nas stado kangurów, spaliśmy na przepięknych fiordach w Norwegii i na pewno nie zapomnimy widoku niesamowicie wyraźnych gwiazd w Australii.
Zaczynaliście jako studenci, nadal nimi jesteście?
Już nie wszyscy, bo od początku projektu minęło 6 lat a projekt bardzo się rozrósł. Po pierwszej wyprawie mieliśmy sprzedać busa, by odzyskać zainwestowane pieniądze, ale po zakończonym projekcie nie byliśmy w stanie, bo za spodobało nam się podróżowanie. Uwierzyliśmy, że można podróżować i pomimo braku doświadczenia i pieniędzy spełniać marzenia, a za cel obraliśmy sobie objechanie naszym busem całego świata.
Jeden kolega wyprowadził się do Szkocji na studia, drugi ożenił się i żona mu nie pozwala. Zostaliśmy w trójkę, ale by zminimalizować koszty potrzebne były jeszcze 2 osoby. Ogłosiliśmy na blogu, że szukamy towarzyszy. Zgłosiło się kilkadziesiąt osób, wybraliśmy dwójkę, sprawdzili się i robimy już tak na wszystkie wyprawy.
W naszych podróżach wzięło już udział ponad 50 osób, 70 proc. z nich to studenci.
Jak wygląda casting na waszego towarzysza?
Trzeba wejść na naszego bloga i zapisać się do grupy dotyczącej konkretnej wyprawy i tam ustalamy szczegóły. Każdy zgłoszony musi mieć ukończone 18 lat. Na te krótsze wyprawy robimy rekrutację na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Czasem zgłasza się nawet i 800 chętnych, a jak przychodzi co do czego to większość boi się takiego wyjazdu w nieznane i zostaje tylko garstka.
Obecnie mamy w planach zrobić wyprawę naszym busem przez 3 Ameryki, więc chcielibyśmy wziąć chociaż jedną osobę, która zna język hiszpański oraz taką, która wie coś więcej o mechanice. Ale głównie poszukujemy ludzi, którzy mają podobne podejście do podróżowania, żebyśmy się nie pozabijali już po miesiącu. (śmiech)
Uciekł ktoś od was w trakcie podróży?
Czegoś takiego nie było, bo jeździmy z ludźmi, którzy śledzą nasz projekt i wiedzą na co się piszą. Aktywnie relacjonujemy wszystko w mediach społecznościowych, wydaliśmy 2 książki, w których opowiadamy także o tych gorszych chwilach. Na wyprawach panują dosyć spartańskie warunki: śpimy pod gołym niebem, jemy byle co, bierzemy zimny prysznic, kąpiemy się w rzece, a w busie nie ma klimatyzacji i bywa nawet 50 stopni C.
Mieliście jakiś nocleg, którego nigdy nie zapomnicie?
Na pewno nocleg podczas pory deszczowej w Australii, gdzie nie mogliśmy znaleźć żadnego miejsca, by rozłożyć namioty. W pewnym momencie zatrzymała się koło terenówka i młody chłopak, który z niej wyskoczył krzyknął do nas po polsku „Siema”. Był to Zbyszek, który zaproponował nam nocleg w swoim schronisku.
Pojechaliśmy za nim i wjechaliśmy na ziemię Aborygenów – ich wódz musiał dać nam pozwolenie na wjazd. Była tam olbrzymia komuna aborygeńsko-hipisowska, a Zbyszek wcale nie mieszkał w schronisku tylko w zbudowanym własnoręcznie schronieniu. Od wielu lat nie mówił po polsku, więc mu się pomyliło…
Okazało się, że jest on ekologiem, który razem z kilkoma Europejczykami pomógł Aborygenom w protestach przeciwko budowie fabryki na świętych ziemiach aborygeńskich i w zamian dostał kawałek ziemi i mógł z nimi zamieszkać. Nie płacą tam podatków, czynszu i wiodą sobie sielskie życie. Razem z Aborygenami polują na kangury, robią zupę z węża, łowią rekiny i naprawiają porzucone w outbacku wraki.
Jeszcze jakieś niezapomniane nocowanie?
Jasne! Świetnym miejsce była Dolina Monumentów na Dzikim Zachodzie USA, gdzie kręcony był chyba co drugi western. Wjechaliśmy tam po ciemku, a rano po przebudzeniu spotkaliśmy Indian Nawajo do których należą te ziemie. Byli ciekawi naszego busa, a że okazało się, że mają stadninę półdzikich koni to my przejechaliśmy się na mustangach, a oni naszym autem. Patrząc na to wszystko z perspektywy galopujących koni doszliśmy do wniosku, że jest jeszcze piękniej niż w filmach.
Dobrze, w takim razie czekam na trzeci
Norwegia. Mieliśmy przymusowy nocleg przy jednej ze stacji benzynowej, bo zepsuł się nam silnik. Majstrowaliśmy całą noc, aż podjechał do nas Norweg, który pił sobie piwo za kierownicą i zaczął wypytywać co się stało.
Powiedział, żebym z nim pojechał i zabrał mnie do innego Norwega, który na swoim podwórku miał 15 busów takich jak nasz. Sprzedał nam silnik za 400 zł, co jest śmieszną kwotą. Rano przywiózł nam na śniadanie mięso z wieloryba i kilka zgrzewek piwa, usiadł z nami i siedział tak przez 3 dni.
Każdemu z nas opowiadał inną historię, o tym kim jest i czym się zajmuje i w końcu okazało się, że należy do lokalnej mafii. Trochę wpadliśmy w panikę, ale bez silnika nie było jak uciec. Na sam koniec przyprowadził nam białą ciężarówkę z chłodnią i poprosił, byśmy się do niej włamali, bo zgubił kluczyki, a wie, że Polacy się na tym znają…
Dostaliśmy piłę, wiertarkę i łomy. Nie chciał powiedzieć co jest w środku. Udało nam się tam włamać, a w środku znaleźliśmy kilkaset kilogramów krewetek. Dał nam kilka pudeł, więc do końca wyprawy na wszystkie śniadania, obiady i kolacje zajadaliśmy krewetki.
W którym kraju mieliście najpoważniejszą awarię samochodu?
Poważnych awarii było sporo, bo w Szwajcarii w Alpach zepsuła się skrzynia biegów, a w USA już po tygodniu musieliśmy wymieniać silnik – ale w tych przypadkach było to dosyć blisko cywilizacji, więc poradziliśmy sobie bez większego problemu. Problem pojawił się kiedy na środku australijskiej pustyni, kilkaset kilometrów od najbliższego miasta odpadło nam koło. Przejeżdżający koło nas roadtrain zrobił tak wielki podmuch, że przechyliło nam busa na jedną stronę a podczas uderzenie o asfalt ze starości pękła półośka trzymająca koło.
Nie było zasięgu, nie przejeżdżał żaden samochód, a my liczyliśmy na ile starczą nam zapasy wody. Postanowiliśmy przemieszczać się razem z busem. Wsadziliśmy koło na miejsce i co kilka metrów ktoś musiał je dobijać kijem, żeby nie wypadło. Po 5 godzinach jazdy 4-5 km/h udało się trafić na samotny roadhouse, gdzie był mały sklep i stacja benzynowa oraz telefon satelitarny. Udało się sprowadzić części i naprawić busa.
Trudno jest znaleźć sponsorów?
Bardzo trudno. My większość wypraw zrobiliśmy z własnych oszczędności, a tylko na 4 z 12 wypraw zdobyliśmy część funduszy od firm w zamian za reklamę czy np. ze sprzedaży książek. Dobrym pomysłem są projekty crowdfundingowe, gdzie czytelnicy bloga mogą wesprzeć nasz projekt w zamian za unikalną pamiątkę – np. australijski bumerang, indiański łapacz snów czy pocztówkę z końca świata.
Ale nie ma co liczyć na to, że ktoś wesprze nasz projekt tak po prostu, szczególnie jeśli dopiero zaczynamy i nie mamy za dużego zasięgu. Poza tym żadna firma nie daje pieniędzy za nic – zazwyczaj bierzemy na siebie pracę, która polega na tym, że podczas wyprawy realizujemy jakąś kampanię reklamową, np. sesje zdjęciową, czy filmy reklamowe w jakiś egzotycznych sceneriach.
Kiedy jeździcie po całym świecie, to tęsknicie jeszcze za Polską?
Tak, przy kilku miesięcznych wyprawach tęskni się za rodziną czy polskim schabowym. W Australii żywiliśmy się głównie chińskimi zupkami i konserwami albo mięsem z kangura, które jest tam bardzo tanie.
Pierwszego dnia po powrocie cieszymy się polskim jedzenie, miękkim łóżkiem i prysznicem, ale po kilku dniach budzimy się z tego zachwytu i zaczynamy zauważać szarą polską rzeczywistość. Nikt się u nas nie uśmiecha na ulicy, nie można zagadać, a ludzie nie mają dla siebie czasu. W USA czy Australii to jest nie do pomyślenia, ale z drugiej strony mają też lepsze zarobki, wyższy poziom życia i ładniejszą pogodę – a to wszystko wpływa na to, że mają zupełnie inną mentalność.
Zabieracie po drodze autostopowiczów?
Pewnie! Tylko nie wszędzie łatwo na nich trafić – np. w takiej Australii spotkaliśmy ich przez 4 miesiące tylko raz. Dużo częściej spotykaliśmy za to na środku pustyni rowerzystów. Np. raz trafiliśmy na bardzo ciekawego Japończyka na rowerze – zatrzymaliśmy się, a ten powiedział nam, że jedzie tak już kilka tysięcy kilometrów. Byliśmy w szoku i zapytaliśmy go jak sobie radzi, a on, że nie za bardzo, bo skończyła mu się woda, a stacja benzynowa była nieczynna. Do kolejnej było jakieś 400 km po szutrowej drodze, dla nas to 2 dni jazdy busem, ale dla niego rowerem w takim słońcu to minimum 5…
Zapytaliśmy dlaczego w takim razie się nie zatrzymał i nie machał pustą butelką. Odpowiedział, że Japończycy są bardzo honorowi i stwierdził, że skoro tak miało być, że skończy mu się woda i umrze to widać tak miało być. Zostawiliśmy mu tyle wody ile mógł pomieścić, ale nie wiemy co się z nim dalej stało bo miał zamiar przejechać cały outback. Na australijskich pustyniach codziennie mijaliśmy wiele porzuconych samochodów bo warunki są bardzo ciężkie, więc jazda tam rowerem to naprawdę olbrzymi wyczyn.
Dlaczego w czasie podróży nie warto oszczędzać na ubezpieczeniach?
Generalnie jesteśmy zdania, że na wszystkim można zaoszczędzić, ale na ubezpieczeniu nie warto. Prosta sprawa jak ból zęba może okazać się olbrzymim kosztem. Raz koleżanka miała atak kamieni nerkowych…Podróż za 1000 zł może nagle zamienić się w podróż za 10 tys.
Kiedy ostatni raz byłeś na wycieczce z biura podróży?
Byłem tylko raz - na Wyspach Kanaryjskich, ale nie zapłaciłem za ten wyjazd bo wygraliśmy go w konkursie Blog Roku. Byliśmy trochę zaskoczeni, że blog o tanim podróżowaniu otrzymał taką nagrodę… Nie wiedzieliśmy czy mamy jechać, ale nie chcieliśmy, by nagroda się zmarnowała. Pojechaliśmy i wcale nie było tak źle, a nawet muszę przyznać, że bardzo wypoczęliśmy.
Ale fakt, że podczas pobytu w 5-gwiazdkowym hotelu nie dusze się z powodu braku adrenaliny nie oznacza, że chce porzucić busa i podróżować tylko w taki sposób. Po pierwsze, po kilku tygodniach brakowałoby mi duszącego zapachu spalin w kabinie. Po drugie, brakowałoby mi też wolności jaką daje podróż busem, przygód, które wiążą się z wyprawą w nieznane, radości odkrywania świata i poznawania nowych ludzi.
Ale uważam też, że w podróżowaniu z biurem podróży nie ma nic złego. Szczególnie rozumiem ludzi, którzy mają tylko 2 tygodnie wakacji w roku i nie mają czasu ani na wielomiesięczne przygotowania do wyjazdu ani na to, żeby jechać 15 miesięcy rowerem do Paryża. Nie ma jednego słusznego sposobu podróżowania i każdy powinien podróżować tak jak lubi.
Jaki kraj polecasz osobie, która jeszcze nigdy nie podróżowała na własną rękę?
Zachód Europy - Włochy, Hiszpania, Francja – tutaj nawet nie potrzebujemy paszportu i podróżowanie jest bardzo łatwe. A dla odważniejszych bardzo dobrym kierunkiem będą Bałkany, które wbrew pozorom nie są niebezpieczne. Ludzie są przyjaźni jak mało gdzie, a dodatkowo jest tam bardzo tanio.
Zabrakło wam kiedyś pieniędzy?
Raz jak byliśmy na Bałkanach, ale postanowiliśmy wtedy skrócić trasę. W USA i Australii otrzymaliśmy nieraz propozycję pracy, ale nie mieliśmy wtedy odpowiednich wiz więc nie chcieliśmy ryzykować. Jeden mężczyzna chciał zagwarantować nam wyżywienie, nocleg i jeszcze całkiem niezłe pieniądze za to, by na jego ranczo przez kilka miesięcy jeździć na quadach i zapędzać bydło. Następnym razem załatwimy sobie wizę typu work & travel i na pewno skorzystamy z takiej opcji.
Mieliście jakieś problemy z policją?
Nie jakieś tam duże (śmiech). Raz tylko na Gibraltarze zostaliśmy aresztowani na cały dzień, bo policja była pewna, że przemycamy narkotyki. Chodziło oczywiście o to, że bus jest bardzo kolorowy. Grozili więzieniem, proponowali byśmy wydali kolegów i powiedzieli gdzie są narkotyki, przeszukali busa, ale na końcu trochę im się to znudziło i powiedzieli, że wiedzą, że mamy te narkotyki, ale nie chce im się szukać. Kazali nam opuścić terytorium Gibraltaru przez co nie udało nam się wtedy dotrzeć do Afryki.
Policja często nas zatrzymuje, ale tylko z ciekawości. W Stanach Zjednoczonych pytali się nas skrótem jakiego stanu jest PL i nie mogli uwierzyć, że dojechaliśmy do nich takim autem z innego kontynentu.
Teraz jak to opowiadasz to się śmiejesz. Nigdy nie miałeś takiego wielkiego kryzysu, że zacząłeś się zastanawiać – po co mi to było?

Mieliśmy takie momenty ale tylko podczas pierwszej wyprawy. Byliśmy wtedy licealistami i studentami, niektórzy pierwszy raz za granicą, zero doświadczenia i przeżyliśmy prawdziwą szkołę życia. Najpierw zepsuł się nam samochód, w Barcelonie ktoś nas okradł, a potem byliśmy aresztowani. Kilka razy się kłóciliśmy czy siadaliśmy załamani na ziemi i zastanawialiśmy się czy uda nam się dokończyć tą wyprawę i że może jednak to był zbyt szalony pomysł.
Koniec końców poradziliśmy sobie i na następnych wyprawach mało co mogło nas zaskoczyć. Wolę mieć problem zepsutego silnika niż przejmować się kredytem i tym, że zaraz mogę stracić pracę.
Po powrocie ma się inny pogląd na pracę w korporacjach?
Po takich podróżach na pewno ma się inne podejście do życia. Jest dużo łatwiej rzucić rzucić studia czy zmienić pracę i zmienić jakoś swoje życie. Ale zawsze kiedy wracamy to mamy już plan na kolejną podróż i dzięki temu mamy olbrzymią motywację do działania.
Pracodawca nie ma problemu, aby zatrudniać na 10 miesięcy?
No właśnie z tym jest spory problem, bo ciężko jest ściemniać przyszłego pracodawcę w czasach kiedy każdego można sprawdzić na Facebooku. Ale o dziwo za każdym razem udaje nam się znaleźć pracę i to bardzo często ciekawszą i lepiej płatną.
Mówi się, że Polak spotkany w innym kraju nigdy nie pomoże swojemu rodakowi. Czytając waszego bloga ma się zupełnie inne wrażenie.
Też się tego obawialiśmy i jak tylko wylądowaliśmy w USA to nasz rodak powiedział nam takie zdanie: “Jeżeli Polak ci nie pomógł to już ci pomógł” więc nastawialiśmy na najgorsze. Ale nie możemy powiedzieć złego słowa na Polonię. W Stanach Zjednoczonych i Australii gdyby nie Polonia, to byłoby nam bardzo ciężko. Nocowali nas, zapraszali na kolację i pomagali zawsze kiedy mieliśmy jakieś problemy. Same pozytywy.
Jakie plany na ten rok?
Za dwa tygodnie ruszamy na Islandię, a w sierpniu na trzy tygodnie do USA. Za rok chcemy za to podążać śladami Tony’ego Halika i przejechać przez trzy Ameryki od Alaski do Ziemi Ognistej. Zajmie nam to mniej więcej 1.5 roku. A jak się nam uda to zahaczymy jeszcze o Antarktydę. Mamy wolne miejsca, zapraszamy do wypełnienia formularza na blogu.

Napisz do autorki: patrycja.marszalek@natemat.pl