Kto z nas choć raz nie marzył o tym, by uciec od codzienności i zamieszkać "bliżej" natury?
Kto z nas choć raz nie marzył o tym, by uciec od codzienności i zamieszkać "bliżej" natury? Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Każdy o tym marzy przynajmniej raz na jakiś czas. Tak, każdy. Zwłaszcza wtedy, kiedy na brak obowiązków nie możemy narzekać. I wtedy, kiedy pogoda za oknem taka, że żal siedzieć w domach z betonu. Albo wtedy, kiedy wyścig szczurów wykańcza nas psychicznie. Cóż wtedy może być bardziej kuszącego od pomysłu, by rzucić wszystko, sprzedać mieszkanie na kredyt, pozbyć się zbytków, spakować tylko parę koszulek i ruszyć na łono natury? Nic. Tyle, że na łonie natury wcale lżej nie jest. Jest przede wszystkim inaczej.

REKLAMA
Propozycja spada z nieba
Sama na taką ucieczkę mam regularną ochotę. Co roku na wiosnę, przez całe lato, jesienią już nieco mniej a zimą wcale, bo na łonie natury wszak zawsze chłodniej niż w betonowych murach. Teraz jednak jest lato. No może późna wiosna, ale do “formalnego” początku najcieplejszej pory roku zostało przecież tylko parę dni.
Rano dostaję od znajomej mail, pisze “sprawdź to” z uśmiechniętą buźką. Otwieram załączony link i trafiam na tablicę ogłoszeń jednego z serwisów internetowych. Tytuł: “Schronisko PTTK Zygmuntówka w Górach Sowich poszukuje opiekuna obiektu”. Dalej informacja, że opiekun lub opiekunowie będą musieli w Zygmuntówce zamieszkać, przyjmować gości (pojawiających się głównie w weekend) i dbać o porządek.
logo
Fot. Screenshot ze strony olx.pl
– Świetne! Genialne! Propozycja, która spada z nieba – po przeczytaniu nagłówka, tak jak ja zareagowało pewnie pół tuzina rodaków. Tych zmęczonych „miejską dżunglą”. Bo raz, że cudowna, zaciszna okolica, a dwa – co trudnego może być w przyjmowaniu gości i dbaniu o porządek? Każdy z nas robi to przecież codziennie, po pracy. Słowem: taka praca łączy przyjemne z pożytecznym – można uciec od cywilizacji, a jednocześnie mieć za co żyć.
„Kandydatom powinno być nieobce środowisko turystyki górskiej oraz okoliczności związane z przebywaniem w górach, to znaczy powinny one czuć tzw. „ducha gór”. Nasze schronisko znajduje się w malowniczych Górach Sowich w miejscowości Jugów, ok. 90 km na południe od Wrocławia” - czytam dalej. Formalności? Żadnych. Pozostaje mi więc jedynie sprawdzić co dokładnie miałabym robić i czy pensja opiekuna wystarczy na życie w Jugowie.
Opiekun, kierownik, dzierżawca
Dzwonię do Zygmuntówki. Cisza. Telefonu nikt nie odbiera, choć próbuję kilkakrotnie. Pewnie takich jak ja jest więcej, ale cóż, w końcu są też inne schroniska. Tam zasięgnę języka. Udaje mi się dodzwonić do schroniska PTTK na Polanie Chochołowskiej.
– Wie pani, to jest tak, że opiekun, kierownik to właściwie taki dzierżawca – słyszę w słuchawce. – On za wszystko odpowiada i wszystkiego musi dopilnować.
– Na przykład? Porządku? Kuchni? – pytam.
Moja rozmówczyni wyraźnie rozbawiona odpowiada: – To też, ale musi też dopilnować konserwatora, który co jakiś czas się zjawia, rozmaitych formalności, zorganizować dostęp do mediów, dopilnować oczyszczania ścieków. Musi sprawdzić czy szefowa kuchni dobrze gotuje, bo inaczej straci klientów. Musi pilnować recepcji, żeby pokoje były dobrze rozdysponowane. Powinien też znać się na turbinie, w razie gdyby siadł prąd. Trzeba takie awarie szybko naprawiać, a nie zawsze fachowiec może dojechać na czas.
Wyjaśnia mi dalej, że najtrudniej jest w tych schroniskach, do których dojazd jest utrudniony, znajdują się na uboczu, nie mają dostępu do stałego prądu itp. Trudno jest zwłaszcza wtedy, kiedy na miejscu jest jedna osoba, opiekun właśnie. – Czasem jest tak, że na miejscu są spece od wszystkiego, kierowcy, sprzątaczki, recepcjoniści – mówi dalej moja rozmówczyni. – A czasem jedna osoba musi sobie radzić sama.
Zarobki? Nieoficjalnie dowiaduję się, że wiele zależy od wielkości schroniska, jego lokalizacji i sezonu. Są wśród kierowników tacy, których miesięczna stawka nie przekracza 2 tys. złotych. Są jednak i tacy, którzy w ciągu jednego dnia potrafią zarobić 1000 złotych.
Opiekun, pszczelarz
Wkrótce udaje mi się jeszcze dodzwonić do Krzysztofa Knofliczka. To kierownik schroniska PTTK w Luboniu Wielkim. Odbiera telefon lekko zadyszany, ponownie tłumaczę więc o co chodzi.
– Wie pani, ja tak naprawdę to jestem zwykły człowiek, tylko nie mam czasu – mówi na początek. Za chwilę wyjaśnia, że jako kierownik pracuje w kilku schroniskach.
– Zanim zdążę dopytać o szczegóły słyszę jeszcze: – Musimy to odłożyć, jak pani pewnie słyszy jestem teraz u pszczół, koło uli. To też element mojej pracy.
Obiecuje zadzwonić wkrótce. Nie dziś, bo dziś już czasu nie ma, może jutro, a najlepiej w piątek. Taka praca marzeń.

napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl