
PO ma poważny problem. Nie wie, jak pokazać Polakom osiągnięcia swoich rządów, by nie wyszło tandetnie i samochwalczo. W tej niewiedzy robi zaś rzecz najgorszą z możliwych – bombarduje obywateli statystykami i wskaźnikami, które przeciętnego Kowalskiego zwyczajnie nie obchodzą.. Co powinna zrobić? Uczyć się na przykładzie aktora Mateusza Damięckiego, który pokazał, jak może wyglądać dobry polityczny PR.
REKLAMA
Sprzedawcy sukcesu
Platforma rządzi od ośmiu lat i chyba tylko opozycyjni propagandyści mogą twierdzić, że zostawia po sobie "zgliszcza" i "państwo w ruinie". Sukcesów było sporo, tyle że dziś, kiedy PO jest w największym kryzysie w historii i staje przed widmem wyborczej porażki, prawdziwą sztuką jest ich prezentacja. Paradoksalnie to, co mogłoby być ważnym atutem Platformy w kampanii wyborczej, staje się dla niej niewygodnym obciążeniem. Co z tego, że wiele udało się zbudować/załatwić/przeprowadzić, skoro partia nie potrafi się tym pochwalić?
Platforma rządzi od ośmiu lat i chyba tylko opozycyjni propagandyści mogą twierdzić, że zostawia po sobie "zgliszcza" i "państwo w ruinie". Sukcesów było sporo, tyle że dziś, kiedy PO jest w największym kryzysie w historii i staje przed widmem wyborczej porażki, prawdziwą sztuką jest ich prezentacja. Paradoksalnie to, co mogłoby być ważnym atutem Platformy w kampanii wyborczej, staje się dla niej niewygodnym obciążeniem. Co z tego, że wiele udało się zbudować/załatwić/przeprowadzić, skoro partia nie potrafi się tym pochwalić?
W samej partii doskonale zdają sobie tego sprawę. Jak pisała w weekend "Gazeta Wyborcza", działacze narzekają, że "nie ma pomysłu na to, jak mówić Polakom o dokonaniach rządu, by nie zostało to odebrane jako samochwalstwo". "Chociaż PiS lubi przedstawiać Platformę jako mistrzów PR-u, w rzeczywistości partia od lat ma problem z komunikacją z wyborcami. Ratował ją Tusk, który brał na siebie ciężar kolejnych kampanii, wsiadał w tuskobus i przekonywał ludzi do głosowania na PO. Bez niego Platforma sprawia wrażenie partii niemej" – stwierdzili dziennikarze gazety.
To smutna dla Platformy prawda. A jeszcze bardziej przygnębiające dla członków partii powinno być to, że brną w te same błędy, które przyczyniły się do porażki Bronisława Komorowskiego. Bo jeśli już chwalą się sukcesami, to w taki sposób, że zostawiają po sobie wrażenie zadufania, arogancji i obciachu.
Pułapka statystyk
Jak to "chwalenie się" wygląda w praktyce? Pierwszą metodą jest notoryczne powoływanie się na wskaźniki makroekonomiczne. Platforma ustami swoich posłów mówi coś w stylu: "nie chcecie na nas głosować? Źle wam? Ale przecież tu rośnie, tam jest lepiej niż parę lat temu, w innym miejscu padają rekordy". Taki PR ma twarz np. europosła Adama Szejnfelda, który na argumenty krytyków rządu i złość wyborców często reaguje statystykami. Jakiś czas temu pisał np., że "od 2007 roku Polska powiększyła swój PKB o 25 proc., kiedy wynik Europy to jest 0 proc.".
Jak to "chwalenie się" wygląda w praktyce? Pierwszą metodą jest notoryczne powoływanie się na wskaźniki makroekonomiczne. Platforma ustami swoich posłów mówi coś w stylu: "nie chcecie na nas głosować? Źle wam? Ale przecież tu rośnie, tam jest lepiej niż parę lat temu, w innym miejscu padają rekordy". Taki PR ma twarz np. europosła Adama Szejnfelda, który na argumenty krytyków rządu i złość wyborców często reaguje statystykami. Jakiś czas temu pisał np., że "od 2007 roku Polska powiększyła swój PKB o 25 proc., kiedy wynik Europy to jest 0 proc.".
On i jego koledzy często przytaczają podobne dane dotyczące wzrostu PKB, bezrobocia, inwestycji. Wszystko prowadzi do jednego wniosku – liczby pokazują, że jest lepiej, więc tak też ma być obywatelom. Można odnieść wrażenie, jakby prezentacja osiągnięć platformerskiego rządu sprowadzała się tylko do buszowania po materiałach Głównego Urzędu Statystycznego.
Innym sposobem jest powoływanie się na raporty i zestawienia, które pozytywnie przedstawiają Polskę na tle Europy czy świata. Platforma lubi pokazywać, że tutaj w kraju wszyscy psioczą i narzekają, a za granicą Polska stawiana jest za wzór. W wielu przypadkach rzeczywiście tak jest, co nie oznacza, że taki wniosek przemawia do wyborców jako "prezentacja osiągnięć". Nie ma nic gorszego niż polityk partii rządzącej powołujący się np. na raport Boston Consulting Group, z którego wynika, że żyje się u nas coraz lepiej, a Polska jest jednym z państw, które najlepiej zamienia wzrost gospodarczy w dobrobyt.
Taka "sprzedaż sukcesu" wywołuje skutek odwrotny od zamierzonego. W raportach możemy wypadać dobrze, wskaźniki gospodarcze mogą nastrajać optymistycznie, ale nastroje sporej części społeczeństwa z argumentami tego typu drastycznie się rozmijają. Polaków nie satysfakcjonują zarobki, choć zarabiają coraz lepiej. Polacy nie są zadowoleni z sytuacji gospodarczej, choć rośnie PKB. Politycy, którzy nie dopuszczają do siebie takiej diagnozy, widziani są jako megalomani i aroganci. A przecież właśnie taki samozachwyt jest jedną z przyczyn obecnego kryzysu Platformy. Partia wciąż nie może odpowiedzieć sobie na pytanie: "skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?".
Przebić hejt
"Propaganda sukcesu" – do niedawna to określenie używane przez opozycję – głównie prawicową – było raczej obśmiewane i traktowane z dużym przymrużeniem oka. Teraz, właśnie ze względu na to, że PO wciąż nie potrafi zdiagnozować przyczyn porażki, pasuje idealnie. Szczególnie widać to w internecie, gdzie propagandowy, skupiony m.in. na wskaźnikach makroekonomicznych przekaz polityków PO, zderzany jest z głosem młodych. Tych, którzy są wyjątkowo uczuleni na samozadowolenie władzy. I tych, o których Adam Szejnfeld pisał (cytując list wyborcy), że to "nie internauci, a płatne skur***ny". Takie podejście to zresztą kolejny krok w kierunku klęski Platformy.
"Propaganda sukcesu" – do niedawna to określenie używane przez opozycję – głównie prawicową – było raczej obśmiewane i traktowane z dużym przymrużeniem oka. Teraz, właśnie ze względu na to, że PO wciąż nie potrafi zdiagnozować przyczyn porażki, pasuje idealnie. Szczególnie widać to w internecie, gdzie propagandowy, skupiony m.in. na wskaźnikach makroekonomicznych przekaz polityków PO, zderzany jest z głosem młodych. Tych, którzy są wyjątkowo uczuleni na samozadowolenie władzy. I tych, o których Adam Szejnfeld pisał (cytując list wyborcy), że to "nie internauci, a płatne skur***ny". Takie podejście to zresztą kolejny krok w kierunku klęski Platformy.
Jaka jest alternatywa? PO chcąc zmierzyć się z "hejtem", który dominuje w sieci, musi zmienić sposób komunikacji – to pewne. Pierwszym krokiem powinna być rezygnacja z mierzenia sukcesów ostatnich ośmiu lat wskaźnikami PKB i zagranicznymi raportami. Kolejny to prezentacja osiągnięć, w sposób, któremu daleko do "propagandy".
Ostatnie dni przyniosły obiecujące przykłady, jak można to robić. Proplatformerscy internauci w odpowiedzi na słowa Andrzeja Dudy, który mówił o odbudowie kraju "ze zgliszcz", zainicjowali przewrotną akcję "Polska w ruinie" pokazującą, ile się w Polsce zmieniło. Pomysł nie wyszedł od partii, nie został zohydzony przez polityków, bazuje na konkretach, nie na słupkach statystycznych. I działa!
Potwierdza to też zainteresowanie facebookowym wpisem aktora Mateusza Damięckiego, który wrzucił zdjęcie z Pendolino w tle i wykpił "propagandę klęski". Nie musi nawet sympatyzować z PO, ale tego typu wiadomość "robi" Platformie lepiej niż dziesięć najbardziej optymistycznych gospodarczych statystyk.
To jest ten styl komunikacji, do którego Platforma musi dążyć, by nie przegrać w internecie. Ludzkie historie, spontaniczna akcje zamiast siermiężnej reklamy Szejnfelda, sukcesy pokazywane także w lokalnej skali, a nie przez pryzmat statystyk. "Chwalenie się" naprawdę nie musi oznaczać samoubóstwienia, jakie przez długi czas prezentowała Platforma.
Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl
