
Wypełnianie kwasem hialuronowym, depilacja laserowa, koloryzacja włosów, wybielanie zębów, makijaż permanentny, wszystkie 50 procent taniej! Takich ofert w internecie jest coraz więcej. Wybierając się na masaż ryzykujesz jedynie to, że ten połowę tańszy potrwa o połowę krócej, natomiast wypełniając usta skutki zabiegu z przeceny mogą być nieco bardziej znamienne.
REKLAMA
Agnieszka, która jest śniadą niebieskooką brunetką, odkąd pamiętam miała kompleks zbyt małych ust. Choć wcale nie były tak małe jak jej się wydawało, wprost zamęczała mnie pytaniami o zabiegi wypełniania, powiększania, zmiany ich kształtu. Odradzałam jej skorzystanie z nich z taką samą częstotliwością jak przychodziła do mnie z kolejnymi wycinkami z gazet i rewelacjami z internetu, jak mogłyby wyglądać.
Niestety, nie znam osoby, która miałaby taki zabieg wykonany na tyle dobrze, żeby nikt się nie zorientował, że coś przy swojej urodzie majstrowała. Powiększone wargi widać zawsze i niekiedy nabierają karykaturalnych kształtów i rozmiarów zniekształcając proporcje w twarzy. A zwykle wyglądają dość wulgarnie, jak nie usta, tylko rybi dziób, co w moim przekonaniu jest dalekie od piękna.
Tego samego obawiałam się w przypadku Agnieszki. Migdałowe oczy, smukły nos i drobne kości policzkowe nie idą w parze z napompowanymi ustami. Ale nie zdołałam jej zatrzymać. Zabieg kupiła w promocji, w portalu internetowym, który specjalizuje się w takich ofertach. Za 500 złotych dla siebie, 500 dla koleżanki z Niemiec i za 500 zł dla mamy. Postanowiły ostrzyknąć się wszystkie trzy, choć nigdy wcześniej tego nie robiły. Aga powiększyła usta i nic mi o tym nie powiedziała, dopiero jak się spotkałyśmy zapytałam ją czemu tak napuchła?
– Powiększyłam sobie usta. Ale tak delikatnie. Wiem, że jesteś przeciwniczką i że uważasz, że mam fioła na tym punkcie. Ale za tych parę groszy to było naprawdę opłacalne.
Przyjrzałam się dokładnie i niestety, ale jej kształtne usta z wyraźnym łukiem kupidyna wyglądały, jakby ktoś ją mocno poturbował, żeby nie powiedzieć – pobił. A już najgorzej z profilu. Zupełnie nienaturalnie się poruszały kiedy mówiła i nie dało się od nich oderwać wzroku. Niestety nie z powodu zjawiskowego kształtu…
– Widzisz, dobrze wybrałam, bo się od razu nie zorientowałaś. Doktor zrobił to tak subtelnie, że prawie nie widać i powiedział, że jak mi się spodobają i zamarzę o większych, to zaprasza.
Znamy się tak dobrze, że obróciłyśmy całą tę rozmowę w żart, a ona obiecała, że już nic sobie poprawiać nie będzie. I nie stanie się kolejną „żoną Hollywood”. Widziałyśmy się kilka dni po zabiegu, więc miałam nadzieję, że opuchlizna jeszcze nieco się zmniejszy i Aga będzie mimo wszystko przypominać siebie. Ale po trzech tygodniach zaczął się dramat. Zadzwoniła do mnie płacząc.
– Maryś, to była najgłupsza decyzja, jaką kiedykolwiek w życiu podjęłam i chciałam powiedzieć, że miałaś rację, a ja sobie tego nie wybaczę…
Jak zapytałam co jest grane, opowiedziała mi ze szczegółami, jak ewoluował kształt jej nowych ust. Z jednej strony pojawiły się ziarna wypełniacza wystające jak ogromne krosty, z drugiej – usta nabrzmiały, jakby uległa wypadkowi i upadła na twarz.
– Najgorsza jest ta asymetria. Nie wiem, gdzie mam się schować. Jak to zakryć. Wyglądam koszmarnie. Boję się, że to jakieś zakażenie.
Jedyne, co można w takiej sytuacji doradzić, to wizyta u artysty, który wykonywał zabieg. Co z tego, że za 500 złotych, odpowiedzialność nie wynosi wówczas 50 procent wartości usługi, tylko powinna być taka jak należy. Agnieszka zadzwoniła najpierw do doktora i umówiła się na konsultację w jego gabinecie. Na szczęście w miejscu, gdzie były iniekcje kwasu, nic się nie sączyło, a usta nie były bolesne w dotyku. Tylko wyglądały dość groteskowo i asymetrycznie, co doktorowi wydawało się nie przeszkadzać i próbował Adze wmówić, że wszystko jest w najlepszym porządku i to „się jeszcze wyreguluje”. „A jeśli to pani tak bardzo przeszkadza, to możemy z tej drugiej strony dodać nieco więcej wypełniacza.” Koniec cytatu.
Przygotowana przeze mnie wiedziała, że na taki krok godzić się nie powinna. Albo niech doktor manualnie wymasuje usta i poprawi bez ingerencji ich wygląd – o ile po kilku tygodniach to możliwe, albo niech poda w nie zastrzyk z hialuronidazy, która rozpuszcza kwas hialuronowy. Doktor nie skorzystał z obu propozycji i zapisał Agnieszkę na wizytę poprawkową za dwa tygodnie.
Doradziłam jej, żeby poszła do mojego znajomego lekarza, specjalisty medycyny estetycznej i chirurga i skorzystała z jego porady. Gdybanie czy ten stan się utrzyma czy się wyreguluje może być dla dziewczyny zbyt stresujące. Bo wypełniacz może szpecić jej twarz jeszcze przez kolejne pół roku, a nawet dłużej. Ja zaczęłam się natychmiast zastanawiać nad jego datą ważności, albo jakością. Może był przeterminowany? Albo doktor zrobił zabieg niestarannie, bo za pół ceny? Mam tylko nadzieję, że to na pewno był kwas hialuronowy, a nie trwały wypełniacz, który trzeba usuwać operacyjnie…
Ale sytuacja Agnieszki nie jest wyjątkiem. Znam też inne historie ze łzami w promocji. Poparzenia ciała laserem, podczas depilacji bikini, zapalenia skóry podczas depilacji woskiem czy wypalenia włosów – tych na głowie, jako efektu dekoloryzacji. Wszystkie kupowane przez internet, w promocji. I kiedy usłyszę kolejną – nie będę zdziwiona. Zgoda, że w niektórych gabinetach płacimy za wystrój i luksusowe pachnące świeczki czy też markę. Zgoda, że niektórzy eksperci się cenią i mają zupełnie inne stawki za usługi.
Ale kupowanie w ciemno tanich zabiegów medycyny estetycznej, które wiążą się z ingerencją jest naprawdę krótkowzroczne. Agnieszka więcej teraz wyda na wizyty u specjalistów i kolejne zabiegi, żeby doprowadzić swoje usta do normalnego wyglądu, niż wydałaby w sumie za zabieg w renomowanym gabinecie. To usługi luksusowe, nie wszystkie nas na nie stać, ale trzeba mierzyć siły na zamiary. Jeśli chcemy wyglądać dobrze, lepiej i mądrzej jest odłożyć w tym celu pieniądze i nie narazić się na takie sytuacje. Poparzenie laserem też nie należy do najprzyjemniejszych, a spalone rozjaśniaczem włosy długo odrastają. Czy wtedy myślimy o tych 50 procentach, które zaoszczędziliśmy? Zwykle więcej wydajemy na rekonwalescencje po takich przecenach…
Jeśli więc ktoś zaproponuje wam superwyjazd do spa w promocyjnej cenie, bierzcie i jedźcie, ale nie narażajcie swojej urody na szwank. Masaż, modelowanie włosów czy makijaż – nikomu krzywdy nie zrobią. Najwyżej przez chwilę będziecie wyglądać po tych dwóch ostatnich dość dziwnie. Natomiast już z manikiurem i pedikiurem bym nie ryzykowała. Jest szansa, że zniżka oznacza fakt, że pani Beata czy Ania nie dezynfekuje cążków i pilników. I tu może się zacząć koszmar, którego nikomu nie życzę.
Napisz do autorki: maria.kowalczyk@natemat.pl
