
Politycy koalicji mają nowy argument przeciw PiS-owi. Dość egzotyczny. – Wszyscy samorządowcy w PSL zdają sobie sprawę z tego, że po wygranej PiS będą przyspieszone wybory samorządowe. To było planowane – mówi w "Bez autoryzacji" Artur Dębski, wybrany z list Ruchu Palikota, dzisiaj w PSL.
Podobno są już kwiaty na pożegnanie dla prezesa Piechocińskiego. "Rzeczpospolita" pisze dzisiaj, że już wszystko przesądzone.
Nie wiem, co mam odpowiedzieć. Jestem zaskoczony. Nie czytałem tekstu, a sam też nie wiem nic o takich zmianach. Rozumiem, że bukiet to żart...
Bukiet to mój żart, ale reszta prawda: prezes Pawlak dopełni jutro swojej vendetty, Piechocińskiego zastąpi Kosiniak-Kamysz.
Jestem tym wszystkim nieco zaskoczony.
Jak pan ocenia przygotowania do kampanii wyborczej prowadzone przez prezesa Piechocińskiego?
Na razie kampanii jeszcze nie ma, ale prezes jeździ po kraju, szczególnie tam, gdzie się wytwarza i produkuje. Odwiedza też wiele miejsc na świecie, więc jest aktywny. Prezes jest kandydatem z tego okręgu, z którego też ja startowałem. Rozmawiałem z ludźmi i wiem, że jest bardzo aktywny. Zasadnicza kampania zacznie się niebawem, w tym roku wakacji nie ma.
Czy - niezależnie od tego, czy w sobotę zmieni się szef PSL - twarzą kampanii powinien być prezes Piechociński czy młody Władysław Kosiniak-Kamysz?
Poznałem PSL z jednej strony bardzo dobrze: to drużyna, gra się zespołowo. Zawsze jest lider, ale każdy liczy na pracę wszystkich członków: od radnych do burmistrzów i prezydentów. W tych wyborach PSL musi stanowić drużynę taką, jak w wyborach samorządowych i wtedy o wynik można być spokojnym. To armia ludzi przygotowanych, doświadczonych, którzy potrafią prowadzić kampanie.
Poza tym według mnie wszyscy samorządowcy w PSL zdają sobie sprawę z tego, że po wygranej PiS będą przyspieszone wybory samorządowe. To było planowane.
W całej Polsce? Jak to możliwe?
Oczywiście. Prezes Kaczyński wyraźnie mówił, że wybory sfałszowano, a kadencję można skrócić ustawą. Dlatego, aby mieć wpływ na to, co się dzieje samorząd PSL musi mieć reprezentację sejmową. I to taką, która mówi rozsądnym głosem. Im większa, tym lepsza. Dlatego jestem przekonany, że ta drużyna zafunkcjonuje.
Do przyszłego Sejmu wrócimy, jeszcze pytanie o obecny. Dlaczego podkładacie nogi koalicjantowi z PO i wysuwacie konkurencyjną kandydaturę na Marszałka Sejmu?
Nie wiem nic o tym, żeby taka decyzja była podjęta. Ale przez te siedem i pół roku daliśmy się poznać jako lojalny koalicjant.
Nie ma pan wrażenia, że te przepychanki Zych czy Kidawa-Błońska to powrót do tej polityki, którą Polacy odrzucili w wyborach prezydenckich? To znowu zajmowanie się sobą, walka o stołki.
Mam wrażenie, że to głównie dyskusja w mediach. Na razie nie ma decyzji. Ja osobiście uważam, że w tych kilku burzliwych miesiącach przed końcem kadencji marszałek Zych by się sprawdził. Jeśli zostanie wybrana pani Kidawa-Błońska, będzie miała trudną pracę, bo PiS na każdym posiedzeniu będzie utrudniało jej prace. Marszałek Zych jest autorytetem, którego nie odważono by się atakować. A poza tym nie ma za co.
Daje pan szansę procesom zjednoczeniowym na lewicy czy skończy się tym, że wyjdą i powiedzą "no jednak nie"?
O ile prawica była w stanie się zjednoczyć, to na lewicy ciągle powstaje coś nowego. Teraz nowa inicjatywa Napieralskiego z Rozenkiem. Trudno więc mówić o jednoczeniu. Możliwe, że najbliższy Sejm będzie się składał tylko z sił antysystemowych i prawicowych. Szkoda, bo jestem przekonany, że 20 proc. wyborców, którzy mają lewicowe poglądy, nie będzie miało swojej reprezentacji.
To duży kłopot. Przekonać ludzi w 120 dni, że to oni są tą siłą, której warto zaufać, jest trudno. Nie życzę lewicy upadku, ale z mojego punktu widzenia nie wygląda to dzisiaj najlepiej.
