
Rozmowy na lewicy na razie się toczą, ale wielu nie wróży im powodzenia. – W SLD silna jest tendencja, by utrzymać co się da, a nie abdykować na rzecz nowych liderów – mówi w "Bez autoryzacji" Paweł Piskorski, szef Stronnictwa Demokratycznego. Równie sceptycznie podchodzi do inicjatywy Ryszarda Petru.
REKLAMA
Stronnictwo Demokratyczne weźmie udział w jednoczeniu lewicy? Są tam wasi przyjaciele z Europy+.
Nie bierzemy w nich udziału, jesteśmy partią centrowo-liberalną. Jesteśmy na lewo od Platformy, jeśli chodzi o gospodarkę to więcej nas z uczestnikami tych rozmów różni. Nie bez powodu OPZZ w kampanii prezydenckiej był po stronie pana Dudy, a my poparliśmy Bronisława Komorowskiego.
O ile tworzona na wybory europejskie Europa+ miała istotny sens programowy, o tyle my do lewicy socjalnej, działającej pod egidą związku zawodowego nie pasujemy i nie chcemy pasować. Dla nas nie jest istotne, żeby gdzieś na siłę szukać miejsca w koalicji. Lewica socjalistyczna, odwołująca się do OPZZ-owskich poglądów będzie silnie ograniczona i nieskuteczna, bo ten elektorat zjadł już PiS.
Jak pan wspomina rozmowy w ramach Europy+? Lewica się dogada?
Niewątpliwie najtrudniejsze jest znalezienie formuły prawno-organizacyjnej. I to nie tylko kwestia podzielenia się miejscami, choć to też pewnie będzie trudne, ale przede wszystkim znalezienia sposobu funkcjonowania SLD w tym wszystkim. Teraz wszyscy mówią o koalicji, co oznacza konieczność przekroczenia progu 8 proc.
Dzisiaj notowania SLD to 4-5 proc., więc 8 proc. to nie ambitny plan, ale to skrajnie trudne i może się skończyć tak, jak skończyło się AWS w 2001 r. Jeśli to nie będzie koalicja, tylko jedna partia, to już nic nowego nie zdążą stworzyć, więc będą musieli się oprzeć na SLD.
Być może części polityków SLD o to chodzi, żeby wciągnąć różne środowiska w te rozmowy, by one nie myślały o alternatywie i w ostatnim momencie zerwać porozumienie. Wtedy ci politycy spoza SLD będą bez alternatywy, a SLD podyktuje im swoje warunki. Na dzisiaj to bardzo prawdopodobny wariant, bo w SLD jest silna tendencja, by utrzymać co się da, a nie abdykować na rzecz nowych liderów.
Program Ryszarda Petru jest zbliżony do waszego, ale Stronnictwu Demokratycznemu i Andrzejowi Olechowskiemu w 2010 r. się nie udało. Teraz jest lepszy czas dla takich postulatów?
Mam mieszane uczucia, bo cieszę się, że są w debacie publicznej wyrażane liberalne poglądy. Z drugiej strony negatywnie odbieram pomysł polityczny, według którego on to robi. Wydaje się, że uwierzył, że jest Palikotem i powtórzy jego fenomen z 2011 r.: partia wodzowska, bez znanych nazwisk, że on samodzielnie zbuduje to ugrupowanie. To mu się nie uda.
Na początku tej inicjatywy mówiłem, że jeśli Leszek Balcerowicz i inni nie włączą się intensywniej, niż tylko jednorazowe poparcie, to nie zmobilizują wyborcy liberalnego. Drugi element tego pomysłu wydaje mi się kontrowersyjny: oparcie inicjatywy na młodych, wkurzonych ludziach. To wąska grupa docelowa, a podkreślanie tego, jak są młodzi i zbuntowani tylko odstrasza wyborców Unii Wolności, którzy później głosowali na PO i Bronisława Komorowskiego.
Mam dużą wątpliwość, czy to formuła, która pozwala na przekroczenie progu 5 proc. Poza tym jak pan wie, a Petru albo nie wie albo nie chce tego przyjąć do wiadomości, polityka zaczyna się od ok. 10-procentowej partii. Jeśli ma się mniej, to ma się dużo mniej posłów niż to wynika z procentów. Ordynacja jest tak skonstruowana, że partie, które zdobyły 5 proc. mają zaledwie kilku-kilkunastu posłów i to trochę marnowanie sił.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
