10 lat temu PiS i PO były ze sobą w świetnych stosunkach. Tuż po wyborach parlamentarnych wydawało się, że zawarcie między nimi wielkiej koalicji to formalność.
10 lat temu PiS i PO były ze sobą w świetnych stosunkach. Tuż po wyborach parlamentarnych wydawało się, że zawarcie między nimi wielkiej koalicji to formalność. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Kraj pęknięty na pół, instytucje państwowe zwalczające się nawzajem ze względu na inne pochodzenie polityczne, skłócony naród i podzielone rodziny. Wszystko to efekt kilku nieudanych spotkań koalicyjnych sprzed dekady, gdy niespodziewanie w gruzach legła wyczekiwana przez absolutną większość Polaków koalicja Platformy Obywatelskiej z Prawem i Sprawiedliwością. Czy przypadkiem nie doczekaliśmy więc najwyższego czasu, by do idei PO-PiS wrócić?

REKLAMA
Najmłodsi wyborcy, którzy dziś urośli do rangi elektoratu rozgrywającego na polskiej scenie politycznej, o PO-PiS nawet nie pamiętają. Większość tych, którzy w latach 2002-2005 interesowali się już polityką i posiadali prawo głosu, tamtą "koalicję" powinna jednak wspominać z rozrzewnieniem. Po pierwsze, była ona dość skuteczna. W wyborach samorządowych w 2002 roku Platforma Obywatelska z Prawem i Sprawiedliwością razem zawalczyły o miejsca w sejmikach wojewódzkich. Choć oba ugrupowania wciąż dopiero się formowały, wyrwały dla siebie spory kawałek władzy od rządzącej wciąż lewicy i niezwykle popularnych wówczas populistów z Samoobrony.
"Nasi przyjaciele z Platformy..."
To było jednak dopiero preludium do wielkiego sukcesu, na który PO-PiS skazywano przez kolejne lata oczekiwania na wybory parlamentarne w 2005 roku. I przewidujący ten sukces nie mylili się. Na PiS zagłosowało wtedy 26,99 proc. Polaków, a Platformę poparło kolejne 24,14 proc. PO-PiS zdobył więc ponad 51 proc. głosów. Równe 10 lat temu, latem 2005 roku zarówno w PO, jak i PiS wydawało się, że tylko kataklizm może sprawić, że po jesiennym zwycięstwie nie dojdzie do wielkiej koalicji flirtujących ze sobą od lat ugrupowań o jakże podobnym rodowodzie.
Lech Kaczyński
jako prezes PiS na wieczorze wyborczym w 2005 roku

Polska potrzebuje rozliczenia win, ale Polska jeszcze bardziej potrzebuje zgody. Chciałem się zwrócić o tę właśnie zgodę, zgodę opartą na prawdzie, do naszych przyjaciół z Platformy Obywatelskiej.

Kataklizmy wystąpiły jednak co najmniej dwa. Pierwszym były wybory prezydenckie odbywające się się zaledwie miesiąc po walce o miejsca w Sejmie i Senacie, a w których głównymi rywalami okazali się liderzy PiS – Lech Kaczyński i PO – Donald Tusk. Drugim z kataklizmów okazało się zderzenie ego najważniejszych polityków w obu partiach i minimalna różnica w wynikach wyborów. W PiS poczuli się jakby sami zdobyli absolutną większość, w PO twierdzili, że niecałe 3 pkt. proc. mniej to żadna przegrana.
Kilka chwil, które rozpętały piekło
W ciągu kilku tygodni z zapowiadających się na łatwy podział politycznych łupów rozmów koalicyjnych rozpętała się wojna. Po wygranych przez Lecha Kaczyńskiego wyborach prezydenckich przerodziło się to w piekło. Późniejszy upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego, przedterminowe wybory parlamentarne, w których triumfowała PO i każde kolejne kampanie wyborcze stanowiły tylko schodzenie w tego piekła ciaśniejsze kręgi. Dopełnieniem była katastrofa smoleńska, przy wyjaśnianiu której rząd PO popełnił szereg błędów, a którą PiS cynicznie zaprzągł do codziennej walki politycznej.
Jak to wszystko odbiło się na narodzie, analizowano wielokrotnie. Wyniki każdych wyborów tworzą mapę, w której Polska rozdarta jest między PO i PiS. Podobnie jak większość polskich rodzin, w których poparcie dla różnych ugrupowań zastąpiło w roli osi podziału kłótnie o spadki, miedze czy perypetie towarzysko-obyczajowe. Dziś bracia nie bywają skłóceni o ojcowiznę lub dziewczynę, a o to, który jest "PiS-iorem", a który "lemingiem".
Donald Tusk
przewodniczący PO w 2006 roku

Od wielu dni słyszymy, że PiS bardzo chętnie tworzyłoby taką porządną koalicję i mówi się, że taka koalicja możliwa jest z PO. To ja spytam wprost Jarosława Kaczyńskiego, co uniemożliwia powstanie takiej koalicji... Czytaj więcej

Kiedy wydawało się, że ten stan sięga zenitu i między Polakami może być tylko lepiej, do gry włącza się trzecia siła, które zamiast zgody oferuje jeszcze głębszą brutalizację polityki i życia publicznego. Gdy tzw. antysystemowcy spod znaku Pawła Kukiza czy Zbigniewa Stonogi oferują program "rozwalić, przegonić, zniszczyć", aż prosi się o to, by Jarosław Kaczyński i Ewa Kopacz wreszcie zakopali wojenny topór (lub chociaż odłożyli go w ustronne miejsce...).
PO-PiS przeciw Kukizowi
Nowy PO-PiS wydaje się zresztą absolutnie korzystny dla wszystkich, oprócz żądnych wojny zwolenników Kukiza, Stonogi i całego politycznego planktonu, który do tych dwóch populistycznych polityków ostatnimi czasy lgnie. Korzyść dla PiS? Przecież wbrew pozorom nie tak wiele odróżnia go od PO. Nawet w sprawach światopoglądowych czy dyplomacji z Platformą Jarosławowi Kaczyńskiemu powinno udać się łatwiej osiągnąć porozumienie niż z Pawłem Kukizem.
A na pewno byłaby to umowa pewniejsza. Niby najbardziej naturalna koalicja PiS-Kukiz może dla Prezesa zakończyć się bowiem równie traumatycznie i wstydliwie, co wspólny rząd stworzony w 2006 roku z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin. Tamten gabinet przetrwał niecałe dwa lata i upadł po fali afer, za które PiS był zmuszony ścigać własnych partnerów koalicyjnych. Jarosław Kaczyński niczego wielkiego z Lepperem i Giertychem nie dokonał, na osiem lat stracił władzę, a pozostał po tym wszystkim jedynie wstyd i niesmak.
Biorąc pod uwagę, że struktury Pawłowi Kukizowi pomagają budować w dużej mierze ludzie stanowiący miks działaczy dawnej Samoobrony i LPR, nic nie zapowiada, by tym razem Kaczyńskiemu rządziło się z nimi łatwiej. A jeżeli w rzeczywiście w efekcie wrześniowego referendum w sprawie JOW-ów dojdzie od zmiany ustroju wyborczego, forsujący nowy system – nomen omen – antysystemowcy, ewentualną koalicję zniszczą tym chętniej. W końcu otwarcie zapowiadają, że start w tych wyborach to dla nich jedynie środek do celu.
Tymczasem powrót do PO-PiS i stworzenie wreszcie czegoś, co można byłoby nazwać "wielką koalicją zgody" nie dość, że mogłoby zamazać linię narodowego podziału, to byłoby też o wiele stabilniejszym tworem niż flirt z Kukizem. Choćby dlatego, że spora część ludzi Platformy cieszyłaby się z ocalenia dotychczasowych pozycji, a ekipa PiS wreszcie mogłaby myśleć o utrzymaniu władzy na dłużej. Dość zdrowym dla państwa byłoby też, gdyby wspólną reprezentację miała wreszcie znakomita większość Polaków. Jeżeli uznać za wiarygodne ostatnie sondaże, elektorat PO-PiS to przecież grubo ponad 50 proc. Polaków.
Jarosław Kaczyński
prezes PiS o koalicji z PO w 2011 roku

Dotychczas obowiązuje koncepcja anihilacji Prawa i Sprawiedliwości. Trudno z tymi, którzy chcą nas anihilować zawierać koalicję. Ale jeżeli Platforma Obywatelska najpierw by oświadczyła, że była w błędzie, to wtedy moglibyśmy rozmawiać... Czytaj więcej

Decyzją o zawarciu koalicji PiS i PO mogłyby tuż po tegorocznych wyborach zawalczyć o utrzymanie równie wysokiego poparcia przez kolejne lata. Dając wspólnie odpór populistycznym antysystemowcom oba skłócone przez lata ugrupowania dałby bowiem dowód, że chodziło im w tej wojnie polsko-polskej o dobro państwa, a nie o bezsensowny spór prowadzony z braku lepszych pomysłów na państwo.
Co na tę propozycję obie partie? Na temat powrotu do idei wielkiej koalicji niestety niezbyt rozmowni są tak politycy PO, jak i PiS. – Może i to rzeczywiście dobrze by wyglądało, ale ktoś musiałby pierwszy wyciągnąć rękę – usłyszałem dziś tylko od tych pierwszych. Drudzy na rozmowę o ewentualnym powrocie PO-PiS nie mogli nawet znaleźć czasu...

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl