Asystent polskich bogaczy nie płacił podatków, ZUSu i pensji pracownikom. Tytułował się „cesarzem imperium życzeń”

William Devine chciał spełniać luksusowe marzenia polskich milionerów, nie starczyło mu nawet na ZUS dla pracowników
William Devine chciał spełniać luksusowe marzenia polskich milionerów, nie starczyło mu nawet na ZUS dla pracowników Fot. agencja Newseria
W Polskiej Radzie Biznesu jest już persona non grata, w Lion's Banku ochroniarz zamknie mu drzwi przed nosem, opuścił go jego własny rzecznik prasowy, a pracownicy wytoczyli sprawy w sądzie pracy, prokuraturze, ZUS i donieśli do policji skarbowej. Jeszcze niedawno czarujący William Devine, najbardziej znany polski konsjerż organizował ekskluzywne imprezy polskim milionerom. Dziś wygląda na to, że musi sobie szybko zorganizować ewakuację z Polski.


W czwartek w warszawskim sądzie pracy właśnie odbyła się rozprawa o odszkodowanie i zapłatę zaległych świadczeń pracowniczych. Kiedy jeden z głównych menedżerów spółki Quintessentially Polska ciężko zachorował okazało się, że ZUS nie wypłaci mu ani złotówki zasiłku chorobowego. Słynący z luksusowych usług pracodawca nie płacił składek ZUS. To był jednak tylko czubek góry lodowej, bo w kolejce na swoje rozprawy czekają już pracownicy pozostawieni bez pensji, współpracujący z firmą partnerzy z plikiem z nieopłaconych faktur.


– Firma przekazuje pozywającym fałszywe informacje o rzekomej spłacie zadłużenia wobec nich... Oczywiście nie spłaca nawet złotówki z pokaźnego zadłużenia, tłumacząc się kłamstwami brnie w coraz głębsze szambo! – cytat jednego ze współpracowników funpage’a na Facebooku Quintessentially Warto Wiedziec


Byłby to zaskakujący koniec błyskotliwej kariery menedżera, który jeszcze niedawno temu zajmował się spełnianiem luksusowych i najdroższych zachcianek polskich milionerów. Czy rzeczywiście? Próbowaliśmy skontaktować się z Williamem Devine. Jednak telefon w siedzibie spółki milczy. Radca prawny reprezentujący go w sporach sądowych również nie odpowiada na próby kontaktu. Agencja PR kilka tygodni temu odcięła się od reprezentowania biznesmena.
Kto zamawiał pingwiny?
Polska kariera Wiliama Devine rozpoczęła się w 2013 roku kiedy sprowadził do polski markę Quintessentially – to znana na świecie firma zajmująca się organizacją usług konsjerż dla zamożnych osób i korporacji. Jej założyciel Ben Elliot choć nie ma 40 lat sam jest już milionerem nie gorszym od własnych klientów. Słynie z organizowania wydarzeń uchodzących za niemożliwe do zaplanowania. Zorganizował kolację z Dalajlamą dla bogatego i uduchowionego biznesmena, zamknął most Sydney Harbour Bridge, bo klient właśnie tam chciał się oświadczyć, sprowadził pingwiny na dziecięce przyjęcie, a nawet przekonał znanego pisarza, żeby w wolnych chwilach został nauczycielem dziecka wpływowego Brytyjczyka.


To samo chciał robić Devine w Polsce. Najpierw jednak zaprezentował się w najlepszych magazynach biznesowych. Teksty i wywiady poświęciły mu Forbes, Manager , Puls Biznesu. Biznesmen ze swadą opowiadał czego to nie może zrobić.
William Devine o luksusowych usługach Quintessentially

Tylko znając klienta, jesteśmy w stanie zaoferować mu usługi dopasowane do niego. Wiemy np., że lubi operę. Jednemu z naszych polskich klientów zaproponowaliśmy zaproszenie na premierę do Mediolanu, zwiedzanie La Scali, spotkanie z dyrektorem teatru i pieśniarzami. Ludzie potem mówią: to niesamowite, byłem w La Scali, byłem na backstage’u, mogłem poczuć tę atmosferę. Takie doświadczenie nie ma wartości pieniężnej.

Devine podkreślał, że Quintessentially ma globalny kontakt na obsługę klientów Ferrari. Współpracuje z 70 biurami globalnej firmy. Na pstryknięcie palcami zarezerwuje stolik w restauracji w Nowym Jorku – niedostępnej dla zwykłego śmiertelnika. Dzięki rekomendacjom rozpoczął w Polsce współpracę z Lions’s Bankiem i Polską Radą Biznesu.

Tańczący z milionerami
Wydawało mu się, że w kraju, w którym pracuje już około 11 tys. osób osiągających dochód powyżej miliona złotych rocznie znajdzie popyt na swoje usługi. Poza konsjerż Noble Banku rynek usług lifestyle dla milionerów wydawał się niezagospodarowany. Niestety, przeliczył się. Analitycy rynku luksusu twierdzą, że w Polsce milionerzy szanują zarobione w trudzie pieniądze. Tylko nieliczni wydają na głupoty, mało tego, według badania firmy EY jedna trzecia rzadko korzysta z usług pomocy domowej. – Dziwny jest stosunek Polaków do pieniędzy. To też jest trudne. Ludzie bogaci w Polsce są bardzo ostrożni w wydawaniu pieniędzy. Są sceptyczni, muszą nas naprawdę poznać, by nas docenić – komentował Devine w jednym z wywiadów.
Może zabrakło kogoś z żyłką biznesowego detektywa, aby obnażyć nieprawdopodobne historie. Sam Devine twierdził bowiem, że wspomniany wyjazd do La Scali każdego innego konsjerża kosztowałby ok. 40 tys. euro. U niego takie rzeczy klient dostaje w abonamencie. Jak na rozmach proponowanych imprez abonament był zdumiewająco niski – 12 tys. złotych rocznie. Trudno się dziwić, że biznes się nie spinał. W pierwszym roku udało mu się sprzedać usługi za 980 tys. zł, zrujnowały go jednak koszty przekraczające 1,7 mln zł. Ostatecznie Devine dołożył do biznesu 800 tys. zł. (dane z KRS Infoveriti).

Jego współpracownicy mówią, że nie tyle słabo zarządzał biznesem, co od razu postanowił wejść na ścieżkę szarej strefy. – Dziś już wiemy, że nie opłacał składek ZUS za kilkunastu pracowników. Nie wypłacał na czas wynagrodzeń a tych, którzy się upominali zwalniał dyscyplinarnie z pracy – mówi naTemat były pracownik Quintessentially Polska.

Koniec kariery?
Na dobrą sprawę nie wiadomo ile w opowieściach Devine jest prawdy, a ile to legenda. Prawdziwy był jego nienagannie skrojony włoski garnitur, dodatki Bottega Veneta i zegarek Philippe Patek na ręku. Współpracownicy Devine z biura w Dublinie wrzucili do internetu trochę informacji z własnego śledztwa. Według nich nie pracował on w firmie należącej do domu mody Gucci i nie zajmował się projektowaniem luksusowych zegarków. W 2007 roku „nieszczęsny Devine” miał być oskarżony o niegospodarność w związku z upadłością francuskiej firmy jubilerskiej Poiray.

Antonello del Balzo, były dyrektor butiku Bulgari w Genewie miał zainwestować w tę firmę 1,8 mln franków, a później rozczarowany zorientował się, że jego pieniądze służyły do wypłat dużych pensji dla Wiliama Devine. Pisała o tym szwajcarska gazeta biznesowa Bilanz. Wszelkie podejrzenia i wątpliwości Devine zbijał jednym zdaniem: – Całe życie mieszkałem w Genewie, stolicy bankowości, więc wiem, o czym mówię.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl