
W Polskiej Radzie Biznesu jest już persona non grata, w Lion's Banku ochroniarz zamknie mu drzwi przed nosem, opuścił go jego własny rzecznik prasowy, a pracownicy wytoczyli sprawy w sądzie pracy, prokuraturze, ZUS i donieśli do policji skarbowej. Jeszcze niedawno czarujący William Devine, najbardziej znany polski konsjerż organizował ekskluzywne imprezy polskim milionerom. Dziś wygląda na to, że musi sobie szybko zorganizować ewakuację z Polski.
Polska kariera Wiliama Devine rozpoczęła się w 2013 roku kiedy sprowadził do polski markę Quintessentially – to znana na świecie firma zajmująca się organizacją usług konsjerż dla zamożnych osób i korporacji. Jej założyciel Ben Elliot choć nie ma 40 lat sam jest już milionerem nie gorszym od własnych klientów. Słynie z organizowania wydarzeń uchodzących za niemożliwe do zaplanowania. Zorganizował kolację z Dalajlamą dla bogatego i uduchowionego biznesmena, zamknął most Sydney Harbour Bridge, bo klient właśnie tam chciał się oświadczyć, sprowadził pingwiny na dziecięce przyjęcie, a nawet przekonał znanego pisarza, żeby w wolnych chwilach został nauczycielem dziecka wpływowego Brytyjczyka.
Tylko znając klienta, jesteśmy w stanie zaoferować mu usługi dopasowane do niego. Wiemy np., że lubi operę. Jednemu z naszych polskich klientów zaproponowaliśmy zaproszenie na premierę do Mediolanu, zwiedzanie La Scali, spotkanie z dyrektorem teatru i pieśniarzami. Ludzie potem mówią: to niesamowite, byłem w La Scali, byłem na backstage’u, mogłem poczuć tę atmosferę. Takie doświadczenie nie ma wartości pieniężnej.
Wydawało mu się, że w kraju, w którym pracuje już około 11 tys. osób osiągających dochód powyżej miliona złotych rocznie znajdzie popyt na swoje usługi. Poza konsjerż Noble Banku rynek usług lifestyle dla milionerów wydawał się niezagospodarowany. Niestety, przeliczył się. Analitycy rynku luksusu twierdzą, że w Polsce milionerzy szanują zarobione w trudzie pieniądze. Tylko nieliczni wydają na głupoty, mało tego, według badania firmy EY jedna trzecia rzadko korzysta z usług pomocy domowej. – Dziwny jest stosunek Polaków do pieniędzy. To też jest trudne. Ludzie bogaci w Polsce są bardzo ostrożni w wydawaniu pieniędzy. Są sceptyczni, muszą nas naprawdę poznać, by nas docenić – komentował Devine w jednym z wywiadów.
Na dobrą sprawę nie wiadomo ile w opowieściach Devine jest prawdy, a ile to legenda. Prawdziwy był jego nienagannie skrojony włoski garnitur, dodatki Bottega Veneta i zegarek Philippe Patek na ręku. Współpracownicy Devine z biura w Dublinie wrzucili do internetu trochę informacji z własnego śledztwa. Według nich nie pracował on w firmie należącej do domu mody Gucci i nie zajmował się projektowaniem luksusowych zegarków. W 2007 roku „nieszczęsny Devine” miał być oskarżony o niegospodarność w związku z upadłością francuskiej firmy jubilerskiej Poiray.
Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl
