
- Lokalnemu biznesmenowi bardziej opłaca się inwestować w festiwal pieczonego kurczaka niż w kulturę - sarkał kilka miesięcy temu w rozmowie z NaTemat Artur Celiński. Lokalnemu - tak, ale wielkiej korporacji już nie, co, paradoksalnie, może obrócić się przeciwko niej. Przez kilka ostatnich lat mieliśmy w Polsce wielką "klęskę urodzaju": festiwali wysypało się więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. Co czeka nas teraz?
REKLAMA
Od namiotów do robienia pieniędzy
Było lato roku 2002. Polska premiera filmu, za który Pedro Almodovar miał później otrzymać Oskara, została zaplanowana dopiero na jesień, a reżyser z Hiszpanii był w naszym kraju znany wyłącznie koneserom; nikt nie przypuszczał, że wkrótce rodzącą się klasę średnią ogarnie szał na "Porozmawiaj z nią", które, na płytach DVD, będzie dołączone do magazynów w rodzaju "Gali" albo "Vivy!". Jako pierwsi obraz zobaczyli - i zachwycili się nim - uczestnicy festiwalu filmowego w Cieszynie, organizowanego przez filmowego zapaleńca Romana Gutka; by oglądać po kilka filmów dziennie, mieszkali na polu namiotowym i korzystali z publicznych pryszniców.
Było lato roku 2002. Polska premiera filmu, za który Pedro Almodovar miał później otrzymać Oskara, została zaplanowana dopiero na jesień, a reżyser z Hiszpanii był w naszym kraju znany wyłącznie koneserom; nikt nie przypuszczał, że wkrótce rodzącą się klasę średnią ogarnie szał na "Porozmawiaj z nią", które, na płytach DVD, będzie dołączone do magazynów w rodzaju "Gali" albo "Vivy!". Jako pierwsi obraz zobaczyli - i zachwycili się nim - uczestnicy festiwalu filmowego w Cieszynie, organizowanego przez filmowego zapaleńca Romana Gutka; by oglądać po kilka filmów dziennie, mieszkali na polu namiotowym i korzystali z publicznych pryszniców.
Było lato roku 2012. Na otwarcie festiwalu Nowe Horyzonty przyjeżdża kolejny film, który niedługo dostanie Oskara - "Miłość" Michaela Hanekego; a równolatkowie tych, którzy dekadę wcześniej żyli w warunkach "woodstockowych", nie chodzą już po Cieszynie, ale po Wrocławiu, i nie oglądają filmów pod gołym niebem, ale w klimatyzowanych salach wynajętego na tę okazję kina Helios, które za dwa lata stanie się własnością Gutka. Nie mieszkają w namiotach, ale w hostelach, których nie brakuje - od kiedy festiwal jest organizowany we Wrocławiu, powstała tu cała, sukcesywnie rozbudowywana, infrastruktura.
Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że od kiedy Nowe Horyzonty są organizowane we Wrocławiu, miasto co roku odwiedza średnio o osiemdziesiąt pięć tysięcy turystów więcej; powiedzenie, że festiwal stał się wizytówką miasta, jest, oczywiście, truizmem. Ale Nowe Horyzonty są ważne, bo były pierwszym festiwalem organizowanym w Polsce z tak wielkim rozmachem. Za nimi poszedł Opener, który od 2003 roku staje się wizytówką Trójmiasta (pierwsza edycja została zorganizowana na warszawskich Stegnach) i kilka innych imprez. Wszystkie przed swoją nazwą noszą dziwne przedrostki, które umożliwiły ich rozmach.
Wiosna przechodzi w lato
Wrocław ma swoją wizytówkę w postaci Nowych Horyzontów, Gdynia - Openera, a Barcelona Primavery - jednego z największych festiwali muzycznych w Europie, który podczas ostatniej edycji (odbyła się w marcu 2015 roku) odwiedziło kilkanaście procent mniej uczestników, niż przed rokiem. Zaniepokojeni organizatorzy postanowili sprawę przemyśleć i zorganizowali konferencję, na której zebrali najważniejszych przedstawicieli festiwalowej branży z całego świata; wnioski, do jakich doszły tuzy festiwalowego biznesu, były zaskakujące, bo to, co wcześniej świadczyło o sile wielkich imprez kulturalnych, zaczęło powoli obracać się przeciwko nim.
Wrocław ma swoją wizytówkę w postaci Nowych Horyzontów, Gdynia - Openera, a Barcelona Primavery - jednego z największych festiwali muzycznych w Europie, który podczas ostatniej edycji (odbyła się w marcu 2015 roku) odwiedziło kilkanaście procent mniej uczestników, niż przed rokiem. Zaniepokojeni organizatorzy postanowili sprawę przemyśleć i zorganizowali konferencję, na której zebrali najważniejszych przedstawicieli festiwalowej branży z całego świata; wnioski, do jakich doszły tuzy festiwalowego biznesu, były zaskakujące, bo to, co wcześniej świadczyło o sile wielkich imprez kulturalnych, zaczęło powoli obracać się przeciwko nim.
A co to takiego? Sponsoring, czyli finansowanie festiwali przez międzynarodowe korporacje w "zamian" za umieszczenie nazwy firmy w tytule festiwalu, albo nawet - w nazwie sceny, na której grają wybrane zespoły (a nawet sali kinowej). - To dla mnie i pewnie dla wielu innych osób, bardzo niekomfortowe, mówić, że idzie się oglądać ulubiony zespół na scenie pod patronatem niekoniecznie ulubionej marki ubrań albo samochodów - stwierdził w Barcelonie Archie Hamilton, organizator masowych imprez w Chinach. - Jasne, że rozmowy ze sponsorami bywają trudne, a ich oczekiwania rosną, ale nie powinno się przekraczać pewnych granic.
W Polsce - jak na razie ich nie przekroczono, a o przekraczaniu zwykło się mówić w kontekście zawieszania sobie coraz wyżej poprzeczki: zapraszania coraz większych gwiazd, organizowania dla uczestników technologicznych nowinek. Największe polskie festiwale finansują T-Mobile, piwo Heineken, Tauron Polska Energia, które w dekadę wyświadczyły kilkunastu polskim miastom przysługę nie z tej ziemi: z własnej kieszeni sfinansowały ich europejski (a nawet światowy) wizerunek... no właśnie, czy do końca z własnej? Archie Hamilton proponuje, by w finansowaniu festiwali miasta partycypowały bardziej, niż dotychczas.
Czy to się opłaca?
Kiedy dwa lata temu miasto Gdynia przeznaczyło na festiwal Opener dwa i pół miliona złotych, w lokalnych mediach podniosła się wrzawa: dziennikarze twierdzili, że z zasady komercyjna impreza nie powinna otrzymywać tak wysokiego dofinansowania z publicznych pieniędzy. - Przeciętny mieszkaniec, myśląc o promocji miasta, widzi tylko koszty. Kłuje go wyobrażenie o tym, na co można byłoby wydać te pieniądze zamiast promocji - narzekała wtedy w rozmowie z regionalnym "Dziennikiem Bałtyckim" Anna Proszowska-Sala, ekspertka w dziedzinie promocji miast. Wielkie pieniądze umożliwiają wielki rozmach.
Kiedy dwa lata temu miasto Gdynia przeznaczyło na festiwal Opener dwa i pół miliona złotych, w lokalnych mediach podniosła się wrzawa: dziennikarze twierdzili, że z zasady komercyjna impreza nie powinna otrzymywać tak wysokiego dofinansowania z publicznych pieniędzy. - Przeciętny mieszkaniec, myśląc o promocji miasta, widzi tylko koszty. Kłuje go wyobrażenie o tym, na co można byłoby wydać te pieniądze zamiast promocji - narzekała wtedy w rozmowie z regionalnym "Dziennikiem Bałtyckim" Anna Proszowska-Sala, ekspertka w dziedzinie promocji miast. Wielkie pieniądze umożliwiają wielki rozmach.
Tymczasem, twierdzą uczestnicy konferencji w Barcelonie, drugą rzeczą - prócz sponsorów - która zabija festiwale po najlepszej dekadzie w historii tej instytucji, jest właśnie gigantomania, w jaką popadają ich organizatorzy - i apelują do tych, by przestali zapraszać na swoje imprezy wielkie, drogie gwiazdy (które tak czy siak przyjadą do danego kraju, jeśli nie na festiwal, to na inną okazję), co pozwoliłoby finansować dany festiwal wyłącznie z budżetu miejskiego. Czy to się organizatorom polskich festiwali opłaci? Zobaczymy po wakacjach, kiedy okaże się, czy klątwa urodzaju dotknęła nie tylko hiszpańską imprezę, ale też rodzime.
Artykuł powstał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.
