Jestem jak zdrowo zarysowana winylowa płyta. Przeskakuję od lat w tym samym miejscu i powtarzam w kółko jeden i ten sam fragment utworu „Ordynacja”. Nie mam pojęcia, czy Stefan Niesiołowski znalazłby się w Sejmie z wolnej woli narodu, wiem jednak, że na pewno znalazł się tam, gdyż wcześniej na listę wyborczą wpisał go Donald Tusk. Zarekomendował go Polakom i kazał uwierzyć, że to dobry polityk, z którego będziemy dumni, nadto ofiarował mu niemałe pieniądze na kampanię. Autoryzował go tym samym w całości. Ofukując dziś Niesiołowskiego premier Tusk powinien chrząknąć też coś pod swoim adresem. Wiem bowiem, że Niesiołowski to jego ulubiony koń w wyścigu.

REKLAMA
W obowiązującej w Polsce ordynacji każdy chętny musi przekonać do siebie tylko jednego tylko człowieka - szefa partii. To boss wpisuje kandydata na listę, przyznaje mu na niej numer i określa kwotę, jaką mu kopsnie na kampanię. Dodajmy od razu: kwotę z naszych podatków, bo przy opłacaniu partii z budżetu to my, często wbrew naszej woli, finansujemy najbardziej nawet dziwaczne kampanie wielkich partii.
Obecność w polskim parlamencie różnych dziwnych typów to jest owoc myśli intelektualnej szefów partii. To jest ich pułap. To nie jest wolna wola Polaków. Jaka by była wola narodu w wolnych wyborach – nie mam pojęcia. Ale póki co Antoniego Macierewicza, Jana Tomaszewskiego, Beatę Kempę czy Adama Hofmana dostarczył nam Jarosław Kaczyński. Ci ludzie nie weszli do Sejmu z całkiem wolnych wyborów - nie musieli walczyć o wyborców, zbierać podpisów i funduszy, przekonywać ludzi do swoich programów. Oni zostali namaszczeni przez Boga partii - reszta stała się sama. Wyborcy ślepo i głucho, jak owce w „Milczeniu owiec” poszli do urn.
Stefana Niesiołowskiego i Janusza Palikota zawdzięczamy dla odmiany Donaldowi Tuskowi. Rekomendował ich całym sobą. Kandydaci nie musieli mieć ani grosza, ani koncepcji, ani kompetencji, i oczywiście nie musieli biegać po mieście i wsiach by zbierać datki, jak musiał Barack Obama, nie musieli żebrać w sprawie podpisów na swoje poparcie. Ba, jak się okazało nie musieli nawet uczestniczyć w debatach i spowiadać się w temacie „o co mi chodzi”. Wystarczyło, że uwiedli dzisiejszego premiera, nie do końca wiemy czym i wylądowali na boisku jak piłkarze z woli Franciszka Smudy. To że Palikot później odskoczył w biegu, to tylko cwany dowód na to, że wykorzystał Tuska na ile potrzebował. To był kapitał, na jakim wjechał do Sejmu ze swoim ruchem. Nie była to nowa inicjatywa z ulicy.
To wielki i refleksyjny paradoks polskiej demokracji. Władza nie do końca wierzy narodowi. Nie mamy całkowicie wolnego wyboru. Nie mamy realnie najlepszych kandydatów do oceny. Niby wszystko jest ok., ludzie zasuwają do urn, emocjonują się sondażami i wynikami, ale wybierać mogą wyłącznie z określonego przez kilku szefów partii menu. Nasze dzisiejsze menu sejmowe ustalili nam panowie Napieralski, Palikot (którego w poprzednich wyborach zaserwował nam Tusk), Tusk, Kaczyński i Pawlak. Zgodnie z ordynacją w następnych wyborach będzie dokładnie tak samo: znowu wybierzemy posłów spośród pieszczochów „szefów wszystkich szefów”, z tym, że do panteonu kucharzy, którzy nam wypichcą listy kandydatów, być może dojdzie Ziobro. Rozłamowiec, którego wprowadził do Parlamentu Europejskiego Kaczyński.
Nie wiem, czy Stefan Niesiołowski by wygrał swój mandat w normalnej równej rywalizacji z innymi twardymi kandydatami, choćby tymi z Platformy. Może tak, może nie. Może ludzie by się zastanowili czy chcą tego „człowieka o łagodnym spojrzeniu” i „eleganckim języku” w polskim sejmie. Może by uznali, że wolą jednak kogoś, kto mieszka w lubuskim, bo przecież Niesiołowski tam nie mieszka i nikogo stamtąd nie reprezentuje. Mieszka w Łodzi. Po prostu nie mam pojęcia czy w uczciwej walce miałby z kimś lokalnym jakiekolwiek szanse. Oczywiście jest możliwe, że by wygrał, bo nasz naród lubi dreszczowce. Częstokroć wolimy emocje bardziej od troski o nasze własne losy. Nieodległa historia Polski w końcu dwa przypadki wolnego wyboru, które dziś przyprawiają wielu z nas o mrowienie w plecach: sami z siebie zapragnęliśmy przez nikogo nierekomendowanego Andrzeja Leppera („Wersal się skończył” „Okupacja trybuny sejmowej się zaczęła”) i o mały włos nie wybraliśmy szemranego typa Stana Tymińskiego na prezydenta. I to, że ten nieznany nikomu cwaniak z czarną teczką wykosił Tadeusza Mazowieckiego, to już były decyzje nasze, nie Donalda Tuska czy Jarosława Kaczyńskiego. To musi budzić refleksje.
Nie zmienia to postaci rzeczy, że dzisiejsza polska klasa polityczna jest obsadą w filmie ułożonym przez kilku tylko reżyserów. Myśmy to jako naród jedynie przyklepali, nic nie wybieraliśmy naprawdę. Jeśli słyszymy dziś w sejmie chamskie wrzutki ze słowami „zdrada”, „hańba”, „telefon do brata”, „opluję go”, „won stąd” i „ przypomina mi pan Hitlera”, to to jest poziom, który wcześniej zaaprobowali i wstawili nam do sejmu liderzy partii, nikt inny.
Powtórzę więc cytat z mojej zaciętej płyty: dopóki w partiach nie będzie wolnego wyboru kandydatów i nie będzie w nich prawyborów, z których członkowie partii a nie ich bonzowie wybiorą kandydatów do walki o fotel sejmowy, dopóki kandydaci nie będą mieli równych szans, także finansowych (mam na myśli gromadzenie funduszów z rynku, a nie darowizn z budżetu, które otrzymują nieliczni), dopóki nie będą zmuszeni do kandydowania z rzeczywistych miejsc zamieszkania i uczestnictwa w debatach – dopóty polska polityka będzie tkwić w kisielu i będziemy się staczać na kolejne dno, okazując przy tym coraz większe zażenowanie.