Polska jak Grecja? Politycy przesadzają w porównaniach stanu finansów publicznych
Polska jak Grecja? Politycy przesadzają w porównaniach stanu finansów publicznych Fot. Sławomir Kamiński / AG

Polscy politycy cynicznie wykorzystują grecki kryzys, by straszyć Polaków, że rządy rywali także Polskę doprowadzą do bankructwa. To partyjna propaganda, bo, jak mówią ekonomiści, "scenariusz grecki" na naszym podwórku jest możliwy wyłącznie na papierze. Jeśli jednak któraś partia ma upodobnić nas do Aten, to może być to PiS. – Spełniając obietnice w ciągu kilku lat ściągnie na nas olbrzymie zagrożenie – twierdzi prof. Stanisław Gomułka.

REKLAMA
Bankrut w trzy miesiące
Grecja stała się w ostatnich dniach punktem odniesienia dla działaczy wszystkich partii. Komentarze na ten temat najczęściej zaczynają się od kurtuazyjnych wyrazów solidarności i nadziei na pozytywny finał, by następnie popłynąć w kierunku krajowego podwórka. Nie ważne, czy to PiS, PO czy NowoczesnaPL – działacze i ich eksperci zgodnie przekonują, że Polsce grozi los przypominający ten grecki. Rzecz jasna różnią się tylko w ocenie tego, kto będzie winowajcą....
"Polska prawie jak Grecja" – to najnowsza opinia głównego ekonomisty SKOK-ów Janusza Szewczaka. Wiadomo, że jak SKOK-i, to pisowska wizja "Polski w zgliszczach", więc takie słowa nie zaskakują. Szewczak uzasadnia m.in. poziomem długu zagranicznego naszego kraju. – My nie powinnyśmy zadzierać tutaj nosa, bo Grecy mają ok. 320 mld euro, a Polska ok. 380 mld dolarów długu zagranicznego. To są przecież ogromne pieniądze i rocznie jest to budżecie pozycja ok. 40 mld zł. To są tylko koszty odsetkowe – przekonuje. Dodaje, że "polskie banki są w 80 proc. w rękach kapitału zagranicznego".
Janusz Szewczak

Sądzę, że Grecja i tak tych długów nie spłaci, podobnie jak Polska. Jeśli te kryzysy się nałożą na siebie to polska władza zupełnie nie jest na to przygotowana, tylko na bieżąco dostosowuje się do biegu wydarzeń.

Podobne opinie wyrażają politycy PiS. Mają dwie wersje. Pierwsza mówi o tym, że rządy Platformy generalnie prowadzą na drogę przetartą przez Grecję. Druga, że "będziemy Grecją", jeśli Polska przyjmie walutę euro.
Rozwój sytuacji w Grecji może mieć wpływ na wyniki wyborów w Portugalii czy Hiszpanii, czyli tych środowisk, które się buntują przeciwko wykorzystywaniu zwykłych obywateli za chciwość czy niefrasobliwość bankierów lub polityków" – mówi główny ekonomista SKOK Janusz Szewczak.
Dodaje, że “polskie banki są w 80 proc. w rękach kapitału zagranicznego, nasz dług jest niewiele mniejszy od greckiego”. To prowadzi do wniosku, że “Polska prawie jak Grecja”..– Gdyby Polska w 2011 roku weszła do strefy euro, z dużym prawdopodobieństwem, byłaby dziś drugą Grecją  – komentował ostatnio rzecznik PiS Marcin Mastalerek.
To jednak PO "greckim argumentem" posługuje się częściej. Trudno nie ulec wrażeniu, że sugestia takiego porównania regularnie ląduje w przekazach dnia, jakie otrzymują politycy Platformy. – Jeśli kandydatka Prawa i Sprawiedliwości na premiera, Beata Szydło, spełni wszystkie swoje pomysły, które już teraz głośno i jawnie promuje wśród Polaków, to Polska w krótkim czasie znajdzie się w tej samej sytuacji, w jakiej dziś znajduje się Grecja – mówiła w TVN 24 posłanka Agnieszka Pomaska.
– Nie pozwolę na drugą Grecję w Polsce – stwierdziła zaś premier Kopacz, odnosząc się do zgłoszonej przez PiS propozycji obniżenia wieku emerytalnego.
Są jeszcze inni, którzy także na celownik wzięli PiS i powołują się na bakructwo Aten. Ryszard Petru z NowoczesnejPL postawił nawet tezę, że obietnice, jakie składa Beata Szydło, to "Grecja w 2-3 miesiące". Bo, jak stwierdził, kandydatka PiS na premiera "miliardy wyrzuca z helikoptera".
Ostrze propagandy
Gdzie tu prawda? Słuchając naszych polityków można przecież odnieść wrażenie, jakby Polska albo stała nad przepaścią, albo się do niej w szybkim tempie zbliżała. To może być skuteczny straszak dla osób, które korzystając z medialnych relacji wyobrażą dziś sobie Polaków, którzy nie mogą wypłacić pieniędzy z bankomatów, albo którzy nie dostają pensji i emerytur.
"Populistyczne nadużycie" – tak retorykę polskich polityków różnych opcji skwitował szef think tanku "Polityka Insight" Wawrzyniec Smoczyński. I podobnie oceniają ją eksperci, których często dziwią rzucane na wiatr groźby "greckiego scenariusza".
– To nieporównywalne sytuacje, jeśli chodzi o stan finansów publicznych. W Polsce stan finansów jest generalnie dobry i nie ma co do tego wątpliwości. Trzeba pamiętać, że w Grecji to trwało kilkanaście lat, nim doszło do stanu zawałowego. W tym momencie nie ma żadnych podstaw, by zestawiać nasze i greckie państwo – komentuje dla naTemat Dariusz Rosati, ekonomista, były członek Rady Polityki Pieniężnej, dziś kojarzony z PO.
Podobnego zdania jest prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Każde porównanie do Grecji powinno być kwitowane stwierdzeniem, że jest to scenariusz wyłącznie teoretyczny. Mamy konstytucyjne blokady, w tym limit długu publicznego i trudno sobie wyobrazić polską partię, która je ignoruje i prowadzi kraj w kierunku greckiej sytuacji – komentuje.
Prof. Gomułka także podkreśla, że Grecja latami pracowała na bankructwo. Rządzący budowali "państwo dobrobytu", z korupcją i niepohamowanym zadłużaniem kraju. – Nie przypuszczam, by jakakolwiek koalicja w Polsce mogła pozwolić, by taki stan, który ewentualnie powtórzyłby się w Polsce, utrzymywał się latami – dodaje.
Nie dotrzymujcie obietnic!
Takie oceny nie zamykają jednak dyskusji o tym, programy której partii bardziej zagrażają polskim finansom. Zarówno PiS, jak i PO przedstawiają kosztowne dla budżetu propozycje. Partia Kaczyńskiego obiecuje np. obniżenie wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatki i pogram dofinansowania dla rodzin – 500 zł na każde dziecko. Premier Ewa Kopacz mówiła z kolei o wzroście płacy minimalnej, walce z "umowami śmieciowymi", budżetach obywatelskich na każdym szczeblu samorządu i zmianach w programach mieszkaniowych.
– Każdy z tych pomysłów oznacza poważne wydatki budżetowe. Mogą one zachwiać budżetem, który niedawno uwolnił się od procedury nadmiernego deficytu. Oznaczyłoby to, że musielibyśmy wrócić do tej nieszczęsnej procedury za kilka lat, a wtedy bardzo trudno byłoby się wycofać z tych populistycznych pomysłów i rozdawnictwa, ze względu na gniew społeczny – uważa dr Bohdan Wyżnikiewicz z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.
Czy to znaczy, że PiS i PO u władzy w równym stopniu przybliżają Polskę – choćby teoretycznie – do przykładu Grecji? Niekoniecznie. Większość ekspertów wskazuje na PiS jako na partię niosącą większe zagrożenie. – Obietnice prezydenta Dudy i pani Szydło to koszt nawet 50 mld złotych. Część ma charakter permanentny, a więc to nie są rzeczy, które przestaną nas kosztować po roku. Jeśli PiS dotrzyma słowa, łatwo sobie wyobrazić, że w ciągu kilku lat przekraczamy granicę 60 proc. PKB długu publicznego – zauważa prof. Gomułka.
Co byłoby dalej? Jak mówi ekonomista, gdyby politycy PiS "byli Grekami", mogliby np. zmienić konstytucję, mówiąc, że limit 60 proc. długu w relacji do PKB jest nieważny. – Gdyby tak się stało, poszlibyśmy dalej. Doszedłby do tego chociażby nadmierny deficyt z możliwością blokowania środków unijnych – zaznacza.
Prof. Stanisław Gomułka

Scenariusz grecki się w Polsce nie wydarzy, bo trudno wyobrazić sobie rządzących, którzy przez 10 lat ignorują konstytucyjne blokady długu i zadłużają się dalej. Ale gdyby miał się wydarzyć, to raczej za sprawą działania PiS.

Jeśli więc Grecja staje się tematem dysput polityków, to powinna być traktowana raczej jako przestroga przed rozdawnictwem pieniędzy, które może nastąpić po sezonie wyborczych obietnic. "Powinna", ale nikt się chyba nie łudzi, że tak rzeczywiście będzie. Pozostaje więc po prostu mieć nadzieję, że przynajmniej część ze złożonych deklaracji nie zostanie dotrzymana. I że nie będziemy mieć okazji się przekonać, czy na pewno "grecki scenariusz" to wyłącznie wymysł partyjnych propagandzistów.

Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl