Próbujesz schudnąć? Notowanie tego, co zjadasz daje 50 proc. więcej szansy na sukces

Przekąski na piknikach, koncertach czy imprezach nad rzeką / morzem / jeziorem mogą być latem dla nas zgubne. A gdyby tak notować wszystko co zjadamy?
Przekąski na piknikach, koncertach czy imprezach nad rzeką / morzem / jeziorem mogą być latem dla nas zgubne. A gdyby tak notować wszystko co zjadamy? Fot. Stefan Andrej Shambora / http://bit.ly/1geJKI2 / CC - BY / http://bit.ly/1mhaR6e
Jeżeli zaczynasz odchudzanie od: pierwszego każdego miesiąca lub od poniedziałku, prawdopodobnie jesteś w gronie tych, którym nigdy nie uda się zrzucić niechcianych kilogramów. Na problemy z motywacją na szczęście jest jeden prosty sposób: prowadzenie dziennika i zapisywanie tego, co zjadamy w ciągu całego dnia.


Badania nad odchudzającymi się dowiodły, że największy sukces z walce z nadmiernymi kilogramami osiągają osoby, które prowadzą dziennik. Dlatego spodobał mi się najnowszy „Dziennik Diety”, napisany przez trzy dietetyczki z Dietosfery Magdalenę Jarzynkę-Jendrzejewską, Ewę Sypnik-Pogorzelską oraz Barbarę Dąbrowską-Górską. Dziś dostępne jest już drugie wydanie dziennika, bo pierwsze spotkało się z ogromnym powodzeniem wśród Polek i Polaków. Zapytałam więc o szczegóły jedną z jego autorek.


Maria Kowalczyk: Skąd wziął się pomysł wydrukowania „Dziennika Diety” i na czym polega sukces tej książki?

Magdalena Jarzynka-Jendrzejewska, dietetyk: Pomysł powstał w związku z badaniami, z których wynika, że osoby, które prowadzą takie dzienniki i robią notatki osiągają o 50 proc. lepsze wyniki w odchudzaniu niż osoby, które nie zapisują tego, co zjadają. Wydałyśmy „Dziennik Diety” już po raz drugi, w nieco odmienionej szacie graficznej, ale zamysł i charakter książki jest ten sam. Właściciel „Dziennika Diety”, niezależnie od tego czy jest pod kontrolą dietetyka, czy też próbuje schudnąć na własną rękę, codziennie zapisuje każdą rzecz, którą zjada. Zarówno dwudaniowy obiad, jak i ciastko z biurka koleżanki z pracy.
50 proc. lepsze wyniki to ogromna różnica! Ale czy notowanie każdej spożytej kalorii nie jest dla odchudzających się frustrujące?

Mobilizujące, a nie frustrujące. Kiedy mamy w dzienniku zapisane czarno na białym co, o której,w jakiej porcji zjedliśmy, dopiero widzimy ile tak naprawdę spożywamy jedzenia w ciągu dnia. Łatwiej dać sobie po łapach i wyciągnąć wnioski, kiedy dokładnie widzimy, że posiłków nie było 4 5 tylko 6-7, a czekoladek nie jedna, ale 7. Jeśli nie robimy notatek, ciastko urodzinowe koleżanki czy kebab ze znajomym zjedzony w środku nocy są zapominane, ale ciało tych kalorii nie zapomina i później ponosimy konsekwencje…


Zresztą, gdybym spytała teraz panią, co dokładnie i w jakiej ilości wczoraj pani zjadła, prawdopodobnie nie wymieniłaby pani nawet połowy posiłków. Rejestrujemy obiady, śniadania i kolacje – mniej więcej, ale nie rejestrujemy drobnych „podjadaczy”, a to one nas gubią. Dziennik jest więc naszym prywatnym narzędziem samokontroli. Zaczynamy patrzeć na to, ile bezsensownych rzeczy zjadamy.
Rzeczywiście nie mam pojęcia ile dokładnie wczoraj zjadłam. No dobrze, ale zgodnie z tym co pani mówi, mogłabym notować takie informacje w zeszycie i też byłoby dobrze…

Przewagą „Dziennika Diety” nad zwykłym zeszytem w kratkę jest to, że są opisane zasady diety, porady, ciekawostki, przepisy, zadania na każdy dzień, plus harmonogram robienia notatek. Możemy podliczyć naszą podstawową i całkowitą przemianę materii. Dzięki czemu wiemy, ile kalorii dziennie potrzebujemy.

Podpowiadamy również jaka dieta byłaby dla danej osoby odpowiednia, żeby sukcesywnie pozbywać się niechcianych kilogramów. Bo wcale nie jest zdrowe, ani dobre, kiedy silny, potężny mężczyzna, który kilka razy w tygodniu chodzi na siłownię, a do pracy jeździ rowerem przechodzi na dietę 1000 kalorii. Efekt będzie odwrotny od zamierzonego. Ani na tak restrykcyjnej, ubogoenergetycznej diecie nie będzie się dobrze czuł, ani nie będzie miał siły, aby być w dalszym ciągu aktywnym. Dieta odchudzająca musi pasować do człowieka, a nie do mody czy porady kolegi czy koleżanki, która na niej schudła 15 kilo.

Czyli, że dziennik jest taką podręczną poradnią dietetyczną dla każdego?

Tak. Postanowiłyśmy napisać go nie w sposób abstrakcyjny, ale konkretny. Moją ulubioną częścią są triki i zamienniki. Nie radzimy w nich, jak niektórzy, żeby zamienić batonika w czekoladzie na surową marchewkę, bo to nierealne. I w efekcie, następnego dnia osoba, która próbuje się odchudzić będzie mieć tak wielką ochotę na ten batonik, że zje dwa. Nasze alternatywy są napisane dla zwykłych ludzi. Czyli zamień hot doga na kabanosa drobiowego, a zaoszczędzisz konkretną liczbę kalorii. Zamień 200 gramów makaronu z sosem carbonara na razowy makaron (również 200 g) z sosem pomidorowym, a spożyjesz 125 kcal mniej. Zamiast mrożonej kawy z lodami i śmietaną, wybierz frappe, a oszczędzisz 250 zbędnych kalorii. Czy gofra ze śmietaną i owocami zastąp gofrem z dżemem, a zjesz 350 kalorii mniej.

To jest konkretna informacja! I bardzo praktyczna, szczególnie przed wakacjami, kiedy nasze menu w kurortach nad morzem wręcz od niezdrowych i tłustych posiłków kapie. A wspominała też pani o trikach?

Każdy tydzień z dziennika ma swój jeden superprodukt. I opisujemy dokładnie jego właściwości, działanie, zastosowanie, podajemy przepis.
Ale ma pani na myśli superżywność typu nasiona chia czy jagody goji?

Niezupełnie. Na przekór panującej modzie pokazałyśmy w naszej książce polskie superprodukty, jak pomidor, brokuły, kasze. Słowem, rzeczy, które przeciętny Kowalski zjada na co dzień. Nie uważam, żeby nasiona chia były dużo zdrowsze czy bardziej wartościowe niż nasze polskie siemię lniane, a jagody goji miały więcej witaminy C niż polskie porzeczki. To marketing. My staramy się pisać dla Polaków, więc superprodukty są dostępne w niemal każdym sklepie. W naszych przepisach nie ma oliwy z oliwek, ale olej rzepakowy. Podajemy też szczegóły dotyczące ich wartości odżywczej, czy zastosowania.

W „Dzienniku…” są podpowiedzi i wskazówki na każdy dzień. Na przykład, że jogurt naturalny, który zwykle zjadamy na śniadanie z owocami – możemy połączyć z otrębami i błonnikiem, a posiłek nas nasyci na dłużej. Przez większą liczbę godzin nie będziemy głodni.

Brzmi konkretnie i mam wrażenie, że nie tylko osobom, które się odchudzają przydałby się taki dziennik. Ja w dalszym ciągu nie mogę sobie przypomnieć co, ile i o której wczoraj zjadłam…

Napisz do autorki: maria.kowalczyk@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0"Cały dom robi we wiadra". Sławojki i wychodki w środku polskiego miasta
0 0Przekop Mierzei przyciąga turystów. Nie wszyscy się cieszą
0 0Będzie nowy serial w świecie "Star Wars". Jest mroczny zwiastun