Pracownicy krakowskiej redakcji "Światowida", 1934 rok. Niżej - urywek z "Łódzkiego Echa Wieczornego" (6 VII 1925).
Pracownicy krakowskiej redakcji "Światowida", 1934 rok. Niżej - urywek z "Łódzkiego Echa Wieczornego" (6 VII 1925). NAC / WiMBP w Łodzi

– Gdzie tkwi granica polemiki dziennikarskiej? – zastanawiają się dziś rozliczni komentatorzy życia publicznego, także zwyczajni obywatele czytający prasę lub korzystający z dobrodziejstw telewizji i internetu. I choć kiedyś takich udogodnień nie było - z wyjątkiem słowa drukowanego - też stawiano takie pytanie. Przykładem artykuł z dziennika "Łódzkie Echo Wieczorne" sprzed 90 lat.

REKLAMA
Myli się ten, dla kogo tak wszechobecny dziś hejt jest zjawiskiem stosunkowo młodym. Owszem, dziś pod wieloma względami internet zastępuje ulicę, ale także nasi przodkowie wzajemnie się obrażali. I nie przebierali w słowach nawet na publicznym forum, czytaj: na łamach prasy.
Polemika czyli kłótnia?
Ale wszystko ma swoją granicę, także polemika dziennikarska - przekonywano na łamach "Łódzkiego Echa" z 6 lipca 1925 roku. W zasadzie cytowano artykuł z pisma "Polonia". Redakcja czuła się wręcz w obowiązku poinformować o tej publikacji, skoro - jak czytamy - "polemika w naszych czasach przybiera formy odstraszające wręcz ludzi od czytywania niektórych pism". Ale do rzeczy.
Po pierwsze, stwierdza autor (autorzy), polemika powinna być zawsze i wszędzie, tylko i wyłącznie, walką o prawdę. Nie oznacza to jednak - wyjaśniono - wyzbycia się przez dyskutantów "namiętności" czy "temperamentu". Kluczem jest rzeczowe zreferowanie sprawy, a także profesjonalne odniesienie się do problemu. Co jeśli dotykamy rzeczy "czysto osobistych"? Nie godzi się, aby zajmowały w dyskusji zbyt wiele miejsca. Słowem: trzeba znać umiar.
logo
Artykuł "Granice polemiki dziennikarskiej" z 6 lipca 1925 roku. Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Łodzi
Inna sprawa to honor przeciwnika. Chodzi o okazanie dyskutantowi należnego szacunku, nawet jeśli prawdą jest - jak zauważa gazeta sprzed dziewięciu dekad - że, "dziennikarze mają o sobie bardzo wysokie mniemanie". To stróże dobra publicznego, rycerze prawdy - a przynajmniej takimi chcieli (chcą) być.

Jeśli na ulicy dwóch ludzi w oczach wszystkich się opluwa, wyrywa sobie włosy i łamie żebra, przechodzień i świadek tych scen powiada sobie: To łobuzeria, od której ze wstrętem odwracam oczy. Szacunku przechodnia ci łobuzi nie zdobędą, tylko pogardę. W dodatku ich dziennikarscy naśladowcy zapominają, że dziś gazety biorą do ręki nie tylko kobiety, ale i dzieci.

"Łódzkie Echo Wieczorne", 6 VII 1925
"Rycerze prawdy" w ofensywie
– Jeśli czytelnik widzi, że ten rycerz prawdy depce ją nogami, że jak łobuz karczemny obchodzi się ze swym przeciwnikiem, traci natychmiast zaufanie do prasy – gorzko perorują w "Łódzkim Echu". Cóż, doprawdy trudno... polemizować. A najgorsze w tym wszystkim są, jak wyliczono, brutalne napady osobiste - czyli tak znane z polskiej rzeczywistości argumenty "ad personam". Reputację psuje też "namacalne kłamstwo".
Atakowanie "innych", czyli osób o odmiennych przekonaniach, to kolejna bolączka. Problem ponadczasowy, nurtujący nie tylko naszych przodków. Walki z nim wymaga konieczny w dziennikarskim fachu szacunek dla czytelnika. Wszelka polemika, a już na pewno "pisana", winna być prowadzona w przeświadczeniu, że ktoś ją będzie czytał. Niech się przypadkiem nie zgorszy.
Uwaga! Wróg się czai
Ostatnie niebezpieczeństwo, jakie czyha na nas - dziennikarzy i czytelników - to, pisze gazeta z 1925 roku - wszędobylska czujność potencjalnego nieprzyjaciela. Musimy więc zdawać sobie sprawę z faktu, że kiedy się publicznie kłócimy, wróg nie przymyka oka. – Każde wydawnictwo jest kontrolowane mniej lub więcej przez zagranicę - stwierdza śmiało autor tekstu z minionej epoki.
logo
Redakcja "Światowida", Kraków, 1934 rok. Narodowe Archiwum Cyfrowe
– Podłe i kłamliwe polemiki dostarczają zagranicy obfitego materiału, który nasi wrogowie wyzyskują przeciwko narodowi i państwu. Nasza prasa na ogół odznacza się zupełnym brakiem karności i nie bierze wcale względu na daną sytuację międzynarodową. (...) Spytajcie się tylko ministra spraw zagranicznych, a ten wam powie, że największe trudności dla państwa wywołuje lekkomyślna polemika dziennikarska – czytamy.
Pewnie coś w tym jest. Ale nie mniejsze szkody wizerunkowe dla państwa niosą dziś choćby pisemne czy słowne, często polemiczne, wpadki owych ministrów. A poza tym jesteśmy ciekawi Waszego, Drodzy Czytelnicy, zdania.

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl