
– Gdzie tkwi granica polemiki dziennikarskiej? – zastanawiają się dziś rozliczni komentatorzy życia publicznego, także zwyczajni obywatele czytający prasę lub korzystający z dobrodziejstw telewizji i internetu. I choć kiedyś takich udogodnień nie było - z wyjątkiem słowa drukowanego - też stawiano takie pytanie. Przykładem artykuł z dziennika "Łódzkie Echo Wieczorne" sprzed 90 lat.
Ale wszystko ma swoją granicę, także polemika dziennikarska - przekonywano na łamach "Łódzkiego Echa" z 6 lipca 1925 roku. W zasadzie cytowano artykuł z pisma "Polonia". Redakcja czuła się wręcz w obowiązku poinformować o tej publikacji, skoro - jak czytamy - "polemika w naszych czasach przybiera formy odstraszające wręcz ludzi od czytywania niektórych pism". Ale do rzeczy.
Jeśli na ulicy dwóch ludzi w oczach wszystkich się opluwa, wyrywa sobie włosy i łamie żebra, przechodzień i świadek tych scen powiada sobie: To łobuzeria, od której ze wstrętem odwracam oczy. Szacunku przechodnia ci łobuzi nie zdobędą, tylko pogardę. W dodatku ich dziennikarscy naśladowcy zapominają, że dziś gazety biorą do ręki nie tylko kobiety, ale i dzieci.
– Jeśli czytelnik widzi, że ten rycerz prawdy depce ją nogami, że jak łobuz karczemny obchodzi się ze swym przeciwnikiem, traci natychmiast zaufanie do prasy – gorzko perorują w "Łódzkim Echu". Cóż, doprawdy trudno... polemizować. A najgorsze w tym wszystkim są, jak wyliczono, brutalne napady osobiste - czyli tak znane z polskiej rzeczywistości argumenty "ad personam". Reputację psuje też "namacalne kłamstwo".
Ostatnie niebezpieczeństwo, jakie czyha na nas - dziennikarzy i czytelników - to, pisze gazeta z 1925 roku - wszędobylska czujność potencjalnego nieprzyjaciela. Musimy więc zdawać sobie sprawę z faktu, że kiedy się publicznie kłócimy, wróg nie przymyka oka. – Każde wydawnictwo jest kontrolowane mniej lub więcej przez zagranicę - stwierdza śmiało autor tekstu z minionej epoki.
Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl
