
Ten rzecznik jest wyjątkowy - nie broni interesów żadnej instytucji, koncernu ani nie tłumaczy się za polityków, którzy chlapnęli głupotę. Ten rzecznik jest dla wszystkich Polaków i to ich interesu ma bronić niczym własnej niepodległości. Do tej pory o wyborze Rzecznika Praw Obywatelskich decydował klucz polityczny, teraz mamy szansę na historyczną woltę - obywatelski rzecznik być może naprawdę będzie obywatelski. Dlaczego więcej do powiedzenia w kwestii rzecznika wszystkich Polaków mają politycy, a nie obywatele?
REKLAMA
Coś się kończy, coś zaczyna
Irena Lipowicz, ustępująca Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO) kończy swoją kadencję w połowie lipca, a wraz z jej odejściem na pewno wielu odetchnie pełną piersią. Rzeczniczka objęła urząd w 2010 roku. Wygrała dzięki wsparciu polityków Platformy Obywatelskiej, którzy storpedowali kandydaturę forsowaną przez Prawo i Sprawiedliwość.
Irena Lipowicz, ustępująca Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO) kończy swoją kadencję w połowie lipca, a wraz z jej odejściem na pewno wielu odetchnie pełną piersią. Rzeczniczka objęła urząd w 2010 roku. Wygrała dzięki wsparciu polityków Platformy Obywatelskiej, którzy storpedowali kandydaturę forsowaną przez Prawo i Sprawiedliwość.
Kończąca kadencję rzeczniczka była wielokrotnie krytykowana za opieszałe działania, traktowanie po macoszemu spraw związanych z dyskryminacją i wybiórcze podejście do swoich zadań. Lipowicz swoim konikiem uczyniła tematykę związaną z osobami niepełnosprawnymi i starszymi, do czego zresztą otwarcie się przyznaje.
– Na pewno nie zaniedbałam spraw dyskryminacji. Jeśli chodzi o moje priorytety, to w sprawach dotyczących osób starszych, niepełnosprawnych mamy pozytywne zmiany. Ale np. kwestia imigrantów dopiero teraz odżyła, mimo że próbowałam wcześniej budzić sumienia – mówiła niedawno w TOK FM, odpierając zarzuty swoich oponentów.
Z Lipowicz było trochę zamieszania nie tylko za sprawą rzekomych zaniechać na stanowisku reprezentującym interes wszystkich Polaków. Zaskoczyła wszystkich deklaracją o tym, że powalczy o reelekcję (kadencja trwa 5 lat). W historii stanowiska jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś je sprawował przez dwie kadencje, a w dobrym obyczaju było odejście po pierwszej i nieubieganie się o ponowny wybór. Lipowicz obyczaj złamała, ale się przeliczyła. Popierająca ją wcześniej Platforma pokazała Lipowicz plecy i postawiła na innego kandydata – Adama Bodnara, obywatelskiego kandydata, który z polityką, w przeciwieństwie do Lipowicz, nie jest za pan brat.
To wbrew pozorom ważny sygnał, który oczywiście nie jest wolny od politycznej kalkulacji, ale tak czy siak, jest ukłonem w stronę obywateli i organizacji pozarządowych, którym w końcu do debaty o RPO, udało się wtrącić swoje trzy grosze.
Kandydat obywatelski vs. kandydat polityczny
Lipowicz odpadła w przedbiegach, ale na placu boju zostało dwóch kandydatów. Pierwszy - obywatelski, drugi - polityczny. Ten pierwszy to wspomniany wcześniej dr Adam Bodnar, który cieszy się poparciem kilkudziesięciu organizacji pozarządowych. Naprzeciwko niego stanęła Zofia Romaszewska, za którą murem stoi Prawo i Sprawiedliwość. To zresztą dyżurna kandydatka prawicy - posłowie Jarosława Kaczyńskiego w poprzednim plebiscycie również wystawili ją do konkursu na RPO, z którego wówczas zwycięską ręką wyszła Lipowicz.
Lipowicz odpadła w przedbiegach, ale na placu boju zostało dwóch kandydatów. Pierwszy - obywatelski, drugi - polityczny. Ten pierwszy to wspomniany wcześniej dr Adam Bodnar, który cieszy się poparciem kilkudziesięciu organizacji pozarządowych. Naprzeciwko niego stanęła Zofia Romaszewska, za którą murem stoi Prawo i Sprawiedliwość. To zresztą dyżurna kandydatka prawicy - posłowie Jarosława Kaczyńskiego w poprzednim plebiscycie również wystawili ją do konkursu na RPO, z którego wówczas zwycięską ręką wyszła Lipowicz.
Żadnemu z kandydatów nie można odmówić kompetencji. Bodnar jest wiceszefem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, dzięki czemu problemy i obszary, którymi zajmuje się Rzecznik Praw Obywatelskich, są mu bliskie i znane od podszewki. Romaszewska z kolei może się pochwalić się piękną solidarnościową kartą (w przeszłości kierowała m.in. Biurem Interwencji Komitetu Obrony Robotników, a po 89' Biurem Interwencji Kancelarii Senatu), co również stanowi świetną rekomendację na to stanowisko.
Różnica między kandydatami nie leży więc w ich przygotowaniu i doświadczeniu. Różnica polega na tym, kto popiera obydwie kandydatury. Bodnar ma mandat zaufania od środowisk równościowych i strażniczych i cieszy się silnym poparciem samych obywateli, którzy po raz pierwszy tak chętnie włączyli się w proces wyboru swojego rzecznika, co jest rzeczą bez precedensu, a co powinno być na porządku dziennym. Co prawda Bodnar dostał też zielone światło od polityków PO i lewicy, ale wcale o to usilnie nie zabiegał.
W przeciwieństwie do Romaszewskiej, popieranej przez samych polityków, jest bodaj pierwszym w historii kandydatem na rzecznika, którego chce spora część społeczeństwa. Za Bodnarem lobbują 64 różne organizacje, listę z poparciem dla jego kandydatury poparło prawie 1300 osób - jego zwolennicy stworzyli nawet aplikację, dzięki której każdy, kto chce może zgłosić swoje poparcie dowolnemu posłowi.
Obywatele powinni decydować, tylko nie mają jak
Wybory kolejnych Rzeczników Praw Obywatelskich nie sprzyjają niestety obywatelskim postawom, a głos społeczeństwa nie był do tej pory przy okazji plebiscytu głośno słyszalny. W znacznej mierze winne temu są same procedury, które nie włączają społeczeństwa w cały proces, a decyzję zostawiają w rękach posłów, dla których oczywiście obsadzenie tego stanowiska, jak każdego innego, staje się kolejną sposobnością do politycznych rozgrywek.
Wybory kolejnych Rzeczników Praw Obywatelskich nie sprzyjają niestety obywatelskim postawom, a głos społeczeństwa nie był do tej pory przy okazji plebiscytu głośno słyszalny. W znacznej mierze winne temu są same procedury, które nie włączają społeczeństwa w cały proces, a decyzję zostawiają w rękach posłów, dla których oczywiście obsadzenie tego stanowiska, jak każdego innego, staje się kolejną sposobnością do politycznych rozgrywek.
Rzecznika powołuje w formie uchwały Sejm za zgodą Senatu na wniosek Marszałka Sejmu albo grupy 35 posłów. I nikt inny. Zwykły Kowalski, albo organizacje pozarządowe mogą próbować przekonywać posłów, ale realnie nie muszą stanowić dla posłów żadnego punktu odniesienia i nie mają mocy sprawczej.
Przykład Adama Bodnara pokazuje, że czegoś w tym systemie od dawna brakowało, a żeby uczynić go pełniejszym, powinno się być może przemyśleć inne rozłożenie akcentów - zamiast dyktatu polityków, swój udział w wyborze RPO mogliby dostać sami obywatele, którzy, co widać, są żywotnie zainteresowani udziałem w wyborze swojego rzecznika. – Wybór Rzecznika, o którym wiadomo, że będzie „niewygodny” dla każdej władzy, jest testem dojrzałości Państwa i reprezentantów Narodu. Urząd Rzecznika został właśnie w takim celu stworzony – jest to urząd gwaranta wolności, równości i pomocy bezbronnym – stwierdził niedawno prof. Fryderyk Zoll z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Adam Bodnar wprowadził powiew świeżości i zrobił wyłom, nie tylko dlatego, że w pewnym sensie podważył sens obecnego sposobu powoływania Rzecznika, ale również ze względu na styl komunikowania się - jego program można od trzech tygodni przeczytać na stronie internetowej, a ostatnio postanowił się poddać obywatelskiemu przesłuchaniu - można mu było nawet zadać pytanie na żywo na spotkaniu.
Przed nim jeszcze dwa poważne testy - pierwszy 7 lipca, kandydatów przesłucha wówczas komisja sprawiedliwości, a w piątek odbędzie się głosowanie w Sejmie. Jeśli Bodnar zostanie wybrany, to być może czeka nas mała rewolucja w Biurze Rzecznika, do którego każdy z nas może zapukać po pomoc. Wybór między Bodnarem a Romaszewską to spór o nowego Rzecznika, ale też prztyczek dla polityków, którym obywatele przypomnieli, że oni też od czasu do czasu mają coś do powiedzenia.
Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl
