
Alexis de Tocqueville powiedział, że wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Klasyk liberalizmu raczej nie miał na myśli mieszkania 30-letniego singla, w życiu którego wolność drugiego człowieka zaczyna się dopiero za jego drzwiami. Wieloletnie życie w pojedynkę jest o tyle wygodne, co destrukcyjne dla samego singla, który traci zdolność do dzielenia życiowej przestrzeni.
Poranek. W pokoju singla dzwoni budzik, na którym najatrakcyjniejszą opcją jest "drzemka". Dzwoni drugi raz, trzeci. Jego właściciel może "dosypiać" w nieskończoność, bo jego lenistwo nie doprowadzi do szału leżącej obok żony czy męża, co najwyżej zaowocuje kolejnym spóźnieniem do pracy. Jest komfort.
W serwisie Deon.pl ukazał się jakiś czas temu artykuł "Słodki żywot połówki". Już sam tytuł zakłada, że życie singla jest niepełne, choć jak słodycze, bywa kuszące. Czasem jest też zgubne, o czym dowiadujemy się od socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego. Im dłużej żyjemy w pojedynkę, tym trudniej będzie nam odnaleźć się z partnerem.
– Boje się, że dla mnie jest już za późno – mówi Marek z Krakowa, który od lat żyje sam. Ma dobrą pracę, stać go na wiele rzeczy, spełnia się zawodowo. Ale mimo, że coraz częściej odczuwa pustkę w swoim życiu, nie potrafi wyobrazić sobie zmiany. Lub się jej boi. – Przez to, że właściwie nigdy nie musiałem się do nikogo przystosowywać, wyrobiłem w sobie różne nawyki. Gdy o nich myślę, nawet sam bywam zażenowany. Wiecznie niepozmywane kubki po kawie, zawalony talerzami zlew, który wraz z praniem czeka najczęściej na wolną sobotę. A tych nie ma za wiele, bo przez poczucie pustki staram się wypełnić czas spotkaniami z przyjaciółmi – słyszę od Marka.
Byłem zawsze pierwszy, który wychwalał singielskie życie. Ceniłem sobie wolność do samodzielnego decydowania o moim domu, wyglądzie, sposobie odżywania. Wolność do wszystkiego. Mówiłem, że nie potrzebuję nikogo, bo wydawało mi się, że jestem najmądrzejszy. Dziś czuję że przez lata zakopywałem się w szambie własnego ego, które urosło do takich rozmiarów, że nie wiem czy kiedykolwiek się z kimś zwiążę.
Edyta jest 31 letnią singielką. W tygodniu pracuje do późna, w weekendy imprezuje i degustuje alkohol. Drogi alkohol. Mieszka w Warszawie i podobnie jak wiele jej koleżanek, robi karierę. Gdy pytam ją, czy wyobraża sobie teraz zamieszkanie z mężczyzną stwierdza, że nawet nie potrafi sobie przypomnieć jak to jest nie wracać do pustego mieszkania. – Gdy tylko próbuję sobie to wyobrazić, w mojej głowie pojawia się czarna dziura. Jestem już tak długo sama, że zupełnie wyłączyłam myślenie o byciu z kimś “tak naprawdę”. O wspólnym mieszkaniu, dzieleniu łóżka, rachunków czy walki o kołdrę – mówi.
Wracam późną nocą z imprezy, rozrzucam buty i ubrania po domu. Nie sprzątam tego dopóki mi samej nie zacznie to przeszkadzać albo stwierdzę, że już naprawdę przesadzam. Robię posiłki dla siebie samej, najczęściej (jeżeli już) przygotowuję szybką sałatkę z tego co mam w lodówce. A jeżeli nic nie mam – to nie jem, bo nie chce mi się iść do sklepu i wymyślać, co powinnam kupić. A kiedy mam PMS, potrafię kupić 5 czekolad i zjeść je w łóżku naraz.
Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl
