Miejsce moich skarpet jest obok łóżka, czyli gdy do singla wprowadza się intruz
Miejsce moich skarpet jest obok łóżka, czyli gdy do singla wprowadza się intruz 6 sentiment / Shutterstock.com

Alexis de Tocqueville powiedział, że wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Klasyk liberalizmu raczej nie miał na myśli mieszkania 30-letniego singla, w życiu którego wolność drugiego człowieka zaczyna się dopiero za jego drzwiami. Wieloletnie życie w pojedynkę jest o tyle wygodne, co destrukcyjne dla samego singla, który traci zdolność do dzielenia życiowej przestrzeni.

REKLAMA
Koniec wolności
Poranek. W pokoju singla dzwoni budzik, na którym najatrakcyjniejszą opcją jest "drzemka". Dzwoni drugi raz, trzeci. Jego właściciel może "dosypiać" w nieskończoność, bo jego lenistwo nie doprowadzi do szału leżącej obok żony czy męża, co najwyżej zaowocuje kolejnym spóźnieniem do pracy. Jest komfort.
Ale singiel nie musi się martwić zajętą łazienką, ani tym, że nie zrobił obiecanego śniadania. Kupi coś po drodze, a do pracy, która obok zabawy jest dla niego najważniejsza, dotrze raczej na czas. Spędzi w niej kilka godzin, wyjdzie na lunch z nowo przyjętą stażystką, a po pracy pójdzie z kumplami na piwo. Wróci do domu, zrzuci na podłogę drogi garnitur i nie usłyszy, że jest środa, a on trzeci raz w tygodniu śmierdzi piwem.
Ale wyobraźmy sobie, że poznana stażystka okazuje się rokować na przyszłość, a nie być jedynie kolejną zabawką budującą ego samotnego kawalera. Zaczyna bywać u singla coraz częściej, w niemal pustej dotąd szafce obok umywalki pojawia się lakier do włosów, puder, tusz do rzęs, a w lodówce lakiery do paznokci. Singiel (bo mentalnie dalej nim jest ) czuje, że idzie nowe. Ale zamiast cieszyć się, że jego życie wreszcie ruszy do przodu, zaczyna odczuwać strach.
logo
Chubykin Arkady / Shutterstock.com
Wolność jak słodycze
W serwisie Deon.pl ukazał się jakiś czas temu artykuł "Słodki żywot połówki". Już sam tytuł zakłada, że życie singla jest niepełne, choć jak słodycze, bywa kuszące. Czasem jest też zgubne, o czym dowiadujemy się od socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego. Im dłużej żyjemy w pojedynkę, tym trudniej będzie nam odnaleźć się z partnerem.
– Po 6 latach mieszkania w pojedynkę ludzie nie potrafią już stworzyć stałego związku na wspólnej przestrzeni. Druga osoba zaczyna naruszać wypracowany przez ten czas porządek. Dziewczyny, z którymi rozmawiałam, mówiły wręcz, że nie wyobrażają sobie "aliena" w swoim domu. Zakłócałby im harmonię – dodaje dr Julita Czernecka.
Granicą, po której szanse na związek znacząco maleją, jest wiek 35 lat. Coraz trudniej jest kogoś znaleźć, bo większość koleżanek i kolegów jest już w związkach, a niektórzy z nich mają już kilkunastoletnie dzieci. Ci zaś, którzy zostali "do wzięcia", są na tyle przyzwyczajeni do swojej wolności, że coraz bardziej nie wyobrażają sobie życia z kimś, nawet jeśli bardzo tego pragną. Wszystko przez to, że przez szereg lat wolności popadli we wstydliwe nawyki.
Bagno samotności
– Boje się, że dla mnie jest już za późno – mówi Marek z Krakowa, który od lat żyje sam. Ma dobrą pracę, stać go na wiele rzeczy, spełnia się zawodowo. Ale mimo, że coraz częściej odczuwa pustkę w swoim życiu, nie potrafi wyobrazić sobie zmiany. Lub się jej boi. – Przez to, że właściwie nigdy nie musiałem się do nikogo przystosowywać, wyrobiłem w sobie różne nawyki. Gdy o nich myślę, nawet sam bywam zażenowany. Wiecznie niepozmywane kubki po kawie, zawalony talerzami zlew, który wraz z praniem czeka najczęściej na wolną sobotę. A tych nie ma za wiele, bo przez poczucie pustki staram się wypełnić czas spotkaniami z przyjaciółmi – słyszę od Marka.
Marek
Singiel z Krakowa

Byłem zawsze pierwszy, który wychwalał singielskie życie. Ceniłem sobie wolność do samodzielnego decydowania o moim domu, wyglądzie, sposobie odżywania. Wolność do wszystkiego. Mówiłem, że nie potrzebuję nikogo, bo wydawało mi się, że jestem najmądrzejszy. Dziś czuję że przez lata zakopywałem się w szambie własnego ego, które urosło do takich rozmiarów, że nie wiem czy kiedykolwiek się z kimś zwiążę.

Marek coraz częściej czuje, że ma dość wolności, którą zaczął nazywać nieodpowiedzialnością. Mechanizmy które powstały w jego głowie i życiu zmierzają coraz bardziej w stronę zdziwaczenia. Zwłaszcza, gdy spojrzy na swoich przyjaciół posiadających rodziny. – Czuję, że właśnie to dałoby mi szczęście. Ale boję się, że nie odnajdę się w życiu z drugą osobą, 24 godziny na dobę. Przez te wszystkie lata mogłem dawkować sobie widzenie z ludźmi. Gdy miałem ich dość, zamykałem się w domu. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiał to w sobie zmienić – mówi "nawrócony" singiel.
Obawy o ułożenie sobie życia w parze mogą wynikać również z tego, że takie osoby jak Marek wykazują zwiększoną podatność na choroby, depresje, popadanie w nałogi. Wyjście z bycia singlem może w niektórych przypadkach wymagać pomocy terapeutów i psychiatrów.
"Mam łzy w oczach, gdy o tym myślę"
Edyta jest 31 letnią singielką. W tygodniu pracuje do późna, w weekendy imprezuje i degustuje alkohol. Drogi alkohol. Mieszka w Warszawie i podobnie jak wiele jej koleżanek, robi karierę. Gdy pytam ją, czy wyobraża sobie teraz zamieszkanie z mężczyzną stwierdza, że nawet nie potrafi sobie przypomnieć jak to jest nie wracać do pustego mieszkania. – Gdy tylko próbuję sobie to wyobrazić, w mojej głowie pojawia się czarna dziura. Jestem już tak długo sama, że zupełnie wyłączyłam myślenie o byciu z kimś “tak naprawdę”. O wspólnym mieszkaniu, dzieleniu łóżka, rachunków czy walki o kołdrę – mówi.
Edyta
31-letnia singielka

Wracam późną nocą z imprezy, rozrzucam buty i ubrania po domu. Nie sprzątam tego dopóki mi samej nie zacznie to przeszkadzać albo stwierdzę, że już naprawdę przesadzam. Robię posiłki dla siebie samej, najczęściej (jeżeli już) przygotowuję szybką sałatkę z tego co mam w lodówce. A jeżeli nic nie mam – to nie jem, bo nie chce mi się iść do sklepu i wymyślać, co powinnam kupić. A kiedy mam PMS, potrafię kupić 5 czekolad i zjeść je w łóżku naraz.

Ale ten strach nie oznacza, że single nie chcą zacząć pozbywać się swoich nawyków, czy lenistwa. W głębi duszy pragną, aby ktoś pomógł im się zmieniać, bo czują, że nie mają na to siły.
– Tak naprawdę bardzo bym chciała, żeby ktoś ze swoimi zwyczajami i przyzwyczajeniami pojawił się w moim życiu. Myślę, że mogłabym zaakceptować znaczną ich część bez gadania. Czasami kiedy myślę o tym, że jestem już od kilku lat sama, wydaje mi się, że stałam się cholerną dziwaczką. A teraz kiedy o tym mówię mam łzy w oczach – mówi Edyta.

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl