"Urodziłam dziecko z in vitro, niektórzy znajomi nie chcą mnie znać". Nie tylko posłowie mają w głowach średniowiecze

– W kilka dni po tym, kiedy pochwaliłam się ciążą z in vitro, straciłam kilkoro znajomych – mówi w rozmowie z naTemat Karolina.
– W kilka dni po tym, kiedy pochwaliłam się ciążą z in vitro, straciłam kilkoro znajomych – mówi w rozmowie z naTemat Karolina. Fot. zeljkodan/ shutterstock.com
– Wiesz, należę do bardzo otwartych osób, ponoć na tyle, by określić mnie mianem ekstrawertyka. Dzielę się z ludźmi swoją radością, czasem smutkiem, często też w internecie. Widzisz w tym coś złego? Bo ja nie. Dziś przecież wszyscy ze wszystkimi dzielą się wszystkim w internecie. Dlatego tak bardzo się zdziwiłam, kiedy za in vitro wyleciałam z grona kilku znajomych – mówi Karolina, której córeczka Iga, urodzona dzięki metodzie sztucznego zapłodnienia, za chwilę skończy cztery miesiące.


Historia jakich wiele
Karolina z mężem, Darkiem, o dziecko starali się od ośmiu lat. Oboje mają otwarte głowy, próbowali wielu metod. – Żeby nie było wątpliwości, próbowaliśmy też naprotechnologii – mówi w rozmowie z naTemat trzydziestoparoletnia kobieta. – Właściwie to próbowaliśmy jej, zanim zdecydowaliśmy się na zabieg in vitro. Nie neguję sensu jej stosowania, nie chcę babrać się w ideologiczne spory, nam jednak naprotechnologia nie pomogła. Tylko tyle i aż tyle.

Kobieta wraz z partnerem zdecydowała się spróbować metody in vitro. Udało się przy drugim podejściu. Oboje szaleli ze szczęścia. Ot, szczęśliwy finał historii jakich wiele.

– Wiesz, nie mówię już o szczegółach tego, jak to się odbywało, bo o tym powiedziano już wszystko – wyjaśnia kobieta. – Cała procedura nie jest ani przyjemna, ani bezbolesna. Dlatego tym bardziej cieszyłam się, że udało się nam już za drugim razem. Bo kiedy myśmy chodzili do tego szpitala na wizyty, zabiegi, manewry wziernikiem, znieczulanie, nakłuwanie; kiedy dostawałam kolejne dawki hormonów, po których czasem miałam mdłości takie, że odechciewało się wszystkiego, cały czas miałam z tyłu głowy zasłyszane gdzieś wcześniej historie innych znajomych par. Wracały do mnie opowieści o kilku, kilkunastu próbach sztucznego zapłodnienia, o dekadach leczenia. A tu taka niespodzianka, udało się już za drugim razem.

Polskie zabobony
Karolina opowiada, jak niesiona szczęściem, odliczała kolejne tygodnie po upływie których ciążę można było uznać za bezpieczną. Zasadniczo czekała do 12–13 tygodnia, aż skończy się pierwszy trymestr. Bo tak jej powiedziano, że jak miałaby ciążę jednak stracić, to raczej w pierwszym trymestrze. W drugim ryzyko maleje i to bardzo.


Kiedy doliczyła się 14. tygodnia, uznała, że można o szczęściu informować świat. I tak zrobiła. Najpierw rodzina. Mama, tato, brat – im powiedziała osobiście. Oczywiście razem z mężem. I tu żadnego zaskoczenia nie było, wszyscy razem z przyszłym rodzicami skakali ze szczęścia. Dosłownie. – No, mama najmniej, bo na skakanie ma zbyt obolały kręgosłup – uśmiecha się moja rozmówczyni.

Na drugi front poszli dalsi krewni. Ich powiadomiono telefonicznie. Potem przyjaciele, znajomi. Oni dowiedzieli się z Facebooka.

– Wiesz, niektórzy, kiedy o tym mówię, najpierw komentują właśnie to, że powiedziałam o ciąży i o in vitro przez internet – mówi kobieta. – Tyle że ja, w przeciwieństwie do wielu innych osób, konto na Facebooku traktuję jako możliwość spotkania się w kameralnym gronie. Bo ja na fejsie znajomych mam dokładnie 56. To wszystko zaufane osoby, znajomi, przyjaciele, bliscy!

Rzeczywistość pokazała jednak, że bliskość nie gwarantuje zrozumienia. W kilka dni po tym, jak zamieściła w serwisie post z informacją o ciąży i o tym, że sukces po ośmiu latach starań oboje z mężem zawdzięczają metodzie in vitro, straciła pięcioro fejsbukowych znajomych.

– Dwoje napisało, że z przyczyn ideologicznych kończy ze mną znajomość. Jeden z chłopaków zapytał się, czy nie boję się urodzić dziecka, które może nie mieć duszy. Kolejnych dwoje nie udzieliło mi żadnych wyjaśnień – mówi Karolina. I dodaje: – Kiedy w jakiś czas potem próbowałam się do nich dodzwonić, dostawałam tylko SMS–y z informacją, by nie podejmować więcej prób kontaktu.

„Dzieci bez duszy”
Karolina przerywa na moment opowiadania, bo mała Iga zaczyna płakać. – Jest głodna – rzuca w moją stronę. Do rozmowy wracamy za kilkanaście minut. – Wiesz, ja jakoś strasznie nad stratą tych znajomych nie boleję. Jest mi przykro, to oczywiste, ale nie mówię o tym dlatego, żeby sobie ulżyć. Opowiadam ci tę historię właśnie teraz, bo irytuje mnie teza, że to politycy są zacofani a wszyscy inni tolerancyjni. To bzdura. Jako naród mamy naprawdę wiele uprzedzeń. Najgorsze jest to, że tak często je ukrywamy. I zawzięcie w sobie pielęgnujemy, zamiast konfrontować je z rzeczywistością.

– To nie Polska jest w ruinie i zgliszczach, tylko umysły polskich posłów i senatorów – pisze w felietonie dla „Gazety Wyborczej” Monika Olejnik. I ma rację, tyle, że ruina nie jest problemem, jaki dotyka jedynie polityków. Bo opłakanym stanie – przynajmniej jeśli chodzi o in vitro – są dziś umysły wielu, wielu „statystycznych Kowalskich”. A historia Karoliny jest tylko jednym z wielu przykładów.

W wywiadach mówiły już o tym wielokroynie pierwsze polskie „dzieci z in vitro”. I tak urodzona pod koniec 1989 r. Karolina Wolf w rozmowie z Karoliną Stępniewską mówiła tak: – Moja mama urodziła mnie za pierwszym podejściem do in vitro, miała wtedy 36 lat więc to dodatkowo był dla niej jakiś wielki cud. Kiedy na początku 1990 roku poszła ze mną do kościoła, bo chciała mnie ochrzcić i powiedziała o tym po prostu księdzu - że strasznie się cieszy - on na to odpowiedział: "Ale wie pani, nie ma takiej możliwości, to jest dziecko bez duszy, ono nie ma prawa istnienia".

Z kolei urodzona nieco wcześniej, w 1987 r., Agnieszka Ziółkowska jeszcze w 2012 r. na łamach „Wysokich Obcasów” zaznaczała: – (…) przypisuje się nam [dzieciom urodzonym dzięki metodzie in vitro – red.] upośledzenie zdrowotne, psychiczne, problemy tożsamościowe. Cóż, jeśli nadal w debacie będą pojawiać się określenia ''cywilizacja śmierci'' czy ''dzieci Frankensteina'', to rzeczywiście człowiek może nabawić się problemów z tożsamością. Zapominamy, że polskie dzieci z in vitro są coraz starsze, niektóre mogłyby już mieć własne dzieci.

Ta ostatnia zresztą do dziś zbiera cięgi za decyzję, jaką lata temu podjęli jej rodzice. Dowodem niech będzie konwersacja, jaka na Twitterze odbywała się na kilka godzin przed tym, jak Senat przyjął w piątek ustawę o in vitro.
Naprawdę przestaje mnie już dziwić fakt, że znajoma, której synek poczęty metodą in vitro kilka dni temu przyszedł na świat, wielu osobom nie powiedziała o szczegółach tego poczęcia nic.

napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
WYWIAD 0 0"Byłam przed 30, a nie chciało mi się żyć". Patrycja schudła 50 kg, pokonała hashimoto i depresję
MamaDu 0 0"Cesarskie cięcie powoduje problemy dziecka w dorosłości". Wywiad z prof. Ewą Helwich
DADHERO.PL 0 0Nie wiesz jak? Nie przejmuj się, nie ty jeden. Oto nasze rady, jak mądrze wychowywać syna
SAP 0 0Od personalizacji adidasów do zatrzymania powodzi. Oto jak transformacja cyfrowa zmienia nasze życie
#GRZEJE 0 010 godzin czekał na żonę, która poszła do dentysty. Musiała interweniować Straż Miejska
POLECAMY 0 0Jak mu tak wróżka powie, to zwolni pół firmy. Po 15 latach ujawnia kulisy pracy wróżenia w telewizji
MamaDu 0 0"Moja córka żyła 70 minut". Gest mamy po śmierci dziecka poruszył ludzi na całym świecie
POLECAMY 0 0Nie zawsze musisz być wśród ludzi. Te rzeczy powinieneś zrobić sam przynajmniej raz w życiu
0 0Technika sprzed 5 tys. lat pomoże ci popełnić mniej błędów. Mnisi mieli rację
dad:HERO 0 0Polecamy pięć hitów z Nefliksa i HBO Go do obejrzenia z dziećmi w ten weekend
0 0Wybrano najlepsze seriale dekady. O połowie pewnie nawet nie słyszałeś!