Według Stefana Niesiołowskiego, ludzie sięgający po narkotyki to głupcy. Uzależniony tłumaczy nam, dlaczego takie podejście nie służy ani profilaktyce, ani nie pomaga zmagającym się z uzależnieniem.
Według Stefana Niesiołowskiego, ludzie sięgający po narkotyki to głupcy. Uzależniony tłumaczy nam, dlaczego takie podejście nie służy ani profilaktyce, ani nie pomaga zmagającym się z uzależnieniem. Fot. Shutterstock.com; Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

– Ci, którzy biorą narkotyki są głupi i ograniczeni – stwierdził poseł Stefan Niesiołowski z Platformy Obywatelskiej komentując ostatnią plagę ofiar dopalaczy i debatę nad ewentualną legalizacją miękkich narkotyków. – On sam pokazuje swoje ograniczenie. Po człowieku, który w młodości jadał szczaw i siedział w więzieniu spodziewałem się więcej świadomości tego, jakie jest życie – odpowiada w rozmowie z naTemat Kamil, 28-latek od lat zmagający się z uzależnieniem.

REKLAMA
Brałeś. Z głupoty?
Oczywiście, że nie z mądrości, ale takie uderzenie w ludzi, którzy mają kontakt z narkotykami jest cholernie krzywdzące. I totalnie kontrproduktywne. To samo mówi przeciętny rodzić, nauczyciel, takie bzdury prawią znajomi. Jakby większość ludzi szukała sposobu na oderwanie się od rzeczywistości z nudy. Albo jakbyśmy nie mieli świadomości tego, że zażycie zmienia stan świadomości.
Jako osoba uzależniona, poczułeś się dotknięty słowami byłego wicemarszałka Sejmu?
Trudno nie poczuć się dotkniętym. Przede wszystkim one jednak smucą. Bo co pokazał w ten sposób ten poseł Platformy? On strasznie wszystko zgeneralizował. Uznał, że wyśmianie ludzi załatwia szereg problemów. Głupcami nazywa jednocześnie biorących dopalacze, jak i heroinistów, czy kokainistów, oraz osoby palące trawkę. I już załatwione.
Tak myśli chyba większość "porządnych" ludzi. Przekonasz ich, że to bardziej skomplikowane?
Z łatwością jednym pytaniem. Większości Polaków przecież wystarczy zapytać, dlaczego piją. Z głupoty? Można potem dodać kolejne pytanie, czy sądzą, że na pewno nie mają z piciem żadnego problemów. Ale picie jest spoko, bo państwo ma z tego ogromne pieniądze.
Najważniejsze jest jednak to, że kiedy politycy zabierają się za kwestie uzależnień, powinni robić to z bardziej otwartym umysłem, niż zaprezentował Stefan Niesiołowski. Nie tylko przyczyną tego, że ludzie popadają w uzależnienia od narkotyków, ale w ogóle po nie sięgają pierwszy raz nie jest głupota, a zwykle szereg problemów życiowych. Często takich, w rozwiązywaniu których państwo mogłoby pomagać. Pomaga rzadko i słabo, więc wielu szuka zapomnienia od tego, że żyje w środowisku pełnym przemocy, biedy. Albo wytchnienia w pracy, z której nie mogą wyjść, muszą ją zabierać do domów.
Ktoś mógłby jednak nadal powiedzieć, że wyrazem głupoty jest szukanie rozwiązania w narkotykach. Kosztują sporo, więc nie pomogą w biedzie, na haju też się za dużo nie popracuje, wiec problemów zawodowych nie rozwiążą...
Można tak mówić, jasne. Tylko z perspektywy osoby, która bierze to tak nie wygląda. Sądzę, że nawet, gdy mówimy o kimś, kto pierwszy raz sięga po trawę, czy jakieś dropsy na imprezie. Jak szukasz oderwania się od rzeczywistości, to masz jakiś powód. Jak mowa o tych, którzy szukają sobie kontaktu do dealera samemu, tym bardziej to już jest ich wołanie o pomoc. Zresztą... Sprzedawcy nie trzeba szukać. Oni są o tyle mądrzejsi od państwa, że są jakimś cudem tam, gdzie ich potrzebują.
Kiedy znaleźli Ciebie?
Nie musieli szukać, od liceum dobrze zaopatrzony w towar był mój przyjaciel z osiedla.
Pamiętasz pierwszy raz z narkotykiem? Kiedy to było, jaki był twój powód, by tego spróbować?
Jakiś lipiec, może początek sierpnia 2005, jeszcze czasy szkoły średniej. Taki stereotyp mówi, że wszyscy zaczynają od marihuany, by potem iść głębiej. Ja pierwszy raz spróbowałem kokainy. Podczas imprezy na plaży. Ale nie miałem wtedy imprezowego nastroju wcale. Była to próba odreagowania trudnego roku w szkole i ciągłych kłótni z rodzicami, którzy widzieli mnie na prawie, a ja najlepsze oceny miałem z przedmiotów ścisłych. Chciałem zapomnieć, ale efekt przerósł moje oczekiwania. Pokąsało mnie strasznie, nie czułem się fantastycznie, a bałem się, że umieram.
Brzmi jak recepta na to, by nigdy więcej po takie używki nie sięgnąć...
No widzisz, ale to tak nie działa. Jak już się przekroczy ten rubikon, idzie z górki. Poczucie, że jesteś już po złej stronie, bo jesteś wśród tych, co spróbowali, tylko ułatwia wszystko. Na przykład, szukanie "czegoś dla siebie".
Szybko znalazłeś?
Bardzo, wróciłem "na początek" i na lata zakochałem się w marihuanie. Sądziłem długo, że z wzajemnością, ale jak każda używka, może wymknąć się spod kontroli. Mnie się wymknęła.
Kiedy to zrozumiałeś?
Żyłem długo w przeświadczeniu, że dzięki paleniu robię inżyniera na polibudzie, że mam przyjaciół, że wytrzymuję łączenie trudnych jednak studiów z pracą. Za to że mam dziewczynę i nam się układa też dziękowałem trawie. Tylko że w związku ona działała jakoś słabiej, a później w ogóle przestała. Okazało się, że mam spoko projektów i powinienem mieć niezłą pensję, a brakuje mi pieniędzy byśmy mogli zamieszkać razem, a tym bardziej planować przyszłość. Żarliśmy się o to przez kilka miesięcy, aż mnie rzuciła. I wtedy przyszło pierwsze ogarnięcie.
To znaczy?
Uświadomienie sobie, że ja palę, bo muszę, że jestem uzależniony. Tak się przeraziłem, że na jakiś czas otrzeźwiałem, poszedłem do poradni i nawet zaskakująco szybko mnie wpisali do grupy. Potem dostałem wejściówkę na detoks. Fizjologicznie nawet nie było dramatów, jak u niektórych. Byłem przekonany, że będzie już dobrze. Uwierzyłem właśnie, że byłem głupi i jak zacznę się mądrze zachowywać, to wszystko będzie OK.
Takie pozytywne myślenie nie zadziałało?
Terapia pomogła mi fizycznie, a pozytywne myślenie psychicznie, ale punkt zapalny najwidoczniej został wciąż aktywny. Wytrzymałem trzy lata na czysto, tak prawie zupełnie. Piwo piłem i jakieś drinki od wielkiego dzwonu, żeby nie uchodzić za dziwaka i nie ściągać uwagi. A o tym, że się udało rzucić marihuanę chodziłem nawet dawać tzw. świadectwo innym uzależnionym.
I to mnie poniekąd zgubiło. To w połączeniu z takim zachowaniem wobec mnie, jakie teraz zaprezentował ten polityk. Pracowałem już wtedy w korporacji. Ktoś się dowiedział, że opowiadam na spotkaniach z innymi uzależnionymi o swoich doświadczeniach, doniósł szefowi, a ten stwierdził, że nie widzi dla mnie miejsca w zespole. Poszedłem wtedy w miasto. Pić. Jak wróciłem nie mam pojęcia, ale obudziłem się "zbakany". Kolejny dzień też zacząłem od zielska...
Wszystko wróciło. Nie z taką siłą i skutkami, jak kiedyś, ale wróciło. Nie mam dziś długów, jakoś ogarniam nawet własną działalność, ale po kilkudniowej przerwie od narkotyku popadam raz w nerwicę, raz melancholię. To wyniszcza i nie jestem w stanie tego odrzucić, ot tak. To jest różnica między uzależnieniem, dramatem a głupotą. Myślę, że i tym razem wyjdę na prostą, za dwa tygodnie mam kolejną wizytę w na oddziale psychiatrycznym, kolejne oczyszczenie, a potem wykupioną już prywatną terapię. Wierze, że się uda. Wierzę, że każdemu, kto zechce zawalczyć może się udać. Tylko nam potrzebne jest wsparcie, a nie stygmatyzacja.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl