
Stanisława Umińska, znana gwiazda teatru, miała szansę na wielką karierę - mając ledwie 18 lat zagrała już m.in. w "Nie-boskiej komedii", zbierając wiele pochwał. Ale nie z tego powodu mówiła o niej cała Polska (i nie tylko). Pamiętano głównie fakt, że obiecująca artystka zabiła... swego życiowego partnera.
REKLAMA
Nie było to jednak "zwyczajne" zabójstwo - oboje, zarówno sprawczyni, jak i ofiara - Jan Żyznowski, malarz i scenograf, "działali" z premedytacją. Narzeczony aktorki nie widział dla siebie sensu życia, bo rak wątroby, jaki u niego zdiagnozowano, nie rokował nadziei. W końcu poprosił ukochaną o ulżenie w cierpieniu. Ta - co mogłoby już niejednego zdziwić - zgodziła się i zabiła. W paryskim szpitalu słychać było strzały.
Sprawa zabójstwa znanego nad Sekwaną artysty - był m.in. członkiem tamtejszego Towarzystwa Artystów Polskich - błyskawicznie trafiła na czołówki gazet - polski i francuskich. Wzbudziła też poważną dyskusję na temat granic miłości i możność decydowania o losie własnym i innych. Co prawda, od jakiegoś czasu Żyznowski radził sobie jakoś z chorobą przy pomocy morfiny, ale nie chciał dłużej wegetować na szpitalnym łóżku. Uznał, że lepiej będzie mu na "tamtym" świecie.
Nie każdy jednak spodziewał się, że 23-letnia aktorka będzie zdolna zabić; wszak młodzieńczy wygląd nie zdradzał takich predyspozycji - już Jan Lechoń w "Dziennikach" zwracał uwagę na jej "dziewczęcą, albo raczej chłopięcą urodę, absolutnie oryginalną".
– Strzał w Paryżu rozbrzmiał nie tylko jako ostatni spazmatyczny krzyk nieszczęścia, lecz zarazem jak triumfalny krzyk miłości, której Stanisława Umińska dała dostojną i tragiczną nieśmiertelność – napisały zaraz pod tragedii "Wiadomości Literackie". Uczucie obojga zakochanych nazwano wprost "antycznie wspaniałą miłością".
Proces Umińskiej toczył się w Paryżu, a sala sądowa wręcz pękała w szwach. Umińskiej broniło troje adwokatów: Aleksander Rudenko, pomagająca mu Maria Fournier, a także członek Akademii Francuskiej Henri Robert. Obecni byli też lekarze i pielęgniarki, której opiekowały się Żyznowskim. Wszyscy zgodnie zaświadczyli, że 15 lipca 1924 roku denat miał przed sobą ledwie kilka dni życia. List z prośbą o łaskę przyznała też matka Żyznowskiego, niedoszła teściowa Umińskiej.
Co może wydać się zastanawiające, współczucia dla polskiej aktorki nie krył główny oskarżyciel Donat Guigue. – O ileż bardziej wolałbym znajdować się w roli obrońcy – westchnął. Sprawę oskarżonej widział "jak gdyby piękną legendę miłości, pomimo że zakończyła się tak tragicznie". – Nikt nie ma prawa zabijać - kontynuował Guigue – ani przez nadmiar nienawiści, ani przez nadmiar miłości. (...) I ona nie miała prawa zabić! Waszą jednak, sędziowie przysięgli, jest rzeczą orzec, czy dzisiaj sprawiedliwość nie powinna ustąpić wobec litości. Rozważcie i osądźcie" - apelował prokurator.
Finał sprawy nie był zaskoczeniem. Po krótkiej naradzie, wśród szlochów zgromadzonych na sali kobiet, sąd uniewinnił Umińską. – Tu dusza naszego narodu wyraziła się w tym wyroku – powiedział dziennikarzom przybyłym znad Wisły adwokat Robert. Niecodzienna sytuacja, gdy chłodna litera prawa ustępuje ludzkiemu współczuciu.
I choć uwolniona od zarzutów aktorka mogłaby wrócić na deski teatru, nie zrobiła tego. Poświęciła się pracy dobroczynnej, w latach 30. wstąpiła do zakonu. Potrzebującym pomagała aż do śmierci - w 1977 roku.
Ale prasa jeszcze nie raz przywoływała jej czyn sprzed lat. Dwa miesiące później Paryżem wstrząsnęła inna zbrodnia - niejaka Anna Levassor zabiła nieuleczalnie chorą siostrę z litości. We francuskiej prasie wręcz roiło się od porównań do czynu Umińskiej. Nie dla każdego jednak były to analogie na miejscu. "Le Journal" tłumaczył jak mógł czyn Polki, jednocześnie nie stroniąc od krytyki zbrodni mieszkanki Paryża.
"Litość i miłość uzbroiły ramię młodej i pięknej Polki. Lecz Anna Levasor, ta stara panna czterdziestodwuletnia, dlaczego ona zabiła? Niewątpliwie kochała tę siostrę swoją, tak upośledzoną, otaczała ją opieką troskliwą. Lecz ta jej troskliwość stawała się często tytaniczna, można powiedzieć, brutalna" - wyjaśniano na łamach paryskiej gazety. Koniec końców, Francuzkę skazano na dwa lata więzienia. I znów powróciły pytania: czy słusznie?
Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl
