
Ador – małe, niewyróżniające się specjalnie miasto leżące w hiszpańskiej Walencji stało się ostatnio sławne. A to wszystko za sprawą lokalnych władz, które wprowadziły prawo nakazujące mieszkańcom udawać się na popołudniową sjestę. Pomiędzy 14 a 17, każdy, włączając w to dzieci, ma obowiązek odpoczywać. Innymi słowy, praca w tych godzinach jest zabroniona.
Tradycja popołudniowych drzemek jest praktyką powszechnie stosowaną w krajach śródziemnomorskich czy latynoamerykańskich, toteż wprowadzenie obowiązkowej sjesty w jednym z miast nie jest wybitnie zaskakujące. Co jednak, gdyby takie prawo wprowadzić w Polsce? Czy funkcjonowałoby ono równie dobrze? Czy może Polacy nie byliby w stanie odnaleźć się w takiej rzeczywistości?
Sorry, taki mamy klimat
Wojciech Warski, przewodniczący konwentu Business Centre Club
Powód jest prosty. W krajach śródziemnomorskich rytm pracy i odpoczynku jest regulowany przez klimat, do którego ludność musi się dostosować. W godzinach wczesnopołudniowych, gdy upały są bardzo uciążliwe, praca staje się więc nieefektywna. To wymusza na pracodawcach wprowadzanie przerw pozwalających nieco odetchnąć.
Natomiast jeśli chodzi o pozostałe części Europy, w tym także i Polskę, kilkugodzinne przerwy w ciągu dnia są zwyczajnie niepotrzebne – pogoda rzadko kiedy daje się we znaki.
Wojciech Warski
Niepotrzebna strata czasu No właśnie, dojazdy. Należy zauważyć, że bardzo wielu Polaków nie mieszka bezpośrednio przy miejscu pracy, w związku z czym musi każdego ranka odbywać długą podróż do swojego zakładu. Przykładowo pan Jacek, pracownik warszawskiej firmy handlowej, każdego dnia pokonuje drogę z okolic Legionowa do siedziby firmy mieszczącej się przy Lotnisku Chopina. Około 50 km w jedną stronę.
Jacek, pracownik warszawskiej firmy handlowej

Napisz do autora: jakub.rusak@natemat.pl
