"Miejski gołąb zagłady". Plakat autorstwa artystki Hanny Morozowskiej, namalowany na prośbę Janusza Baranka
"Miejski gołąb zagłady". Plakat autorstwa artystki Hanny Morozowskiej, namalowany na prośbę Janusza Baranka Fot. Jakub Rusak/ Na Temat

Biały gołąb ogromnych, nadnaturalnych rozmiarów z rozpostartymi skrzydłami unosi się nad szarą kamienicą, zalewając ją przy tym deszczem własnych odchodów. Nad jego głową rzucający się w oczy, czerwony napis: „Miejski gołąb zagłady”. Wygląda jak plakat kiepskiej podróbki Hitchcocka albo jakiś koszmarny sen, nieprawdaż?

REKLAMA
Okazuje się jednak, że ten plakat nie jest ani reklamą czyjegoś nieudanego debiutu reżyserskiego, ani też wycinkiem snu. Za tym banerem kryje się bowiem ludzki dramat i ludzka bezsilność w walce o normalne życie. A on sam jest niczym więcej jak ostatnim jękiem rozpaczy, próbującym zwrócić uwagę otoczenia na bardzo realny i uciążliwy problem. Problem, z którym mieszkańcy kamienicy przy ulicy Eryka Dahlberga 5 na warszawskiej Woli, borykają się już od lat. Problem, który z pozoru może zdawać się błahy, jednak gdy przyjrzeć mu się bliżej, okazuje się naprawdę poważny.
logo
Balkon "ubrudzony" odchodami gołębi Fot. Jakub Rusak/ Na Temat
Gołębie zagłady
Chodzi mianowicie nie o jednego gołębia zagłady, a o kilkanaście gołębi, stale urzędujących na poddaszu wspomnianej kamienicy. Bytujące tam ptaki, nieustannie zanieczyszczają swoimi odchodami cały strych, w wyniku czego cały budynek przesiąknięty jest fetorem ich ekskrementów. To jednak mniejszy kłopot. Prawdziwą zmorę lokatorów stanowi przeciekający dach kamienicy, przez który woda (wymieszana z odchodami ze strychu) nieustannie dostaje się do mieszkań oraz pojawiające się przed budynkiem zwłoki martwych gołębi (mogące stać się ogniskiem chorób i powodować zagrożenie zdrowia oraz życia mieszkańców). Sytuacja zdaje się więc rzeczywiście poważna.
logo
Kamienica przy Dahlberga 5 Fot. Jakub Rusak/ Na Temat
Wymarły budynek
Kamienica przy Dahlberga 5 znajduje się kilka kroków od skrzyżowania Obozowej i Deotymy. Już z tego miejsca w oczy rzuca się spory plakat przedstawiający „miejskiego gołębia zagłady”. Wokół budynku cisza, spokój, co jakiś czas pojawia się jedynie przypadkowy przechodzień. Okolica sprawia wrażenie wymarłej, a sama kamienica niezamieszkanej. Podniszczona, popękana, mnóstwo zacieków, pusty, zamknięty sklep z ubraniami. Jedynie czyste i zadbane podwórko zdradza obecność jakichkolwiek lokatorów.
Wszechobecny fetor
Umawiam się pod kamienicą z Januszem Barankiem, wiceprezesem Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i mieszkańcem kamienicy przy Dahlberga 5. Sympatyczny mężczyzna z brodą. Mieszka tu od ponad 50 lat. Zaprasza mnie do środka, na klatkę – ma pokazać mi strych zamieszkany przez gołębie, znajdujący się nieco powyżej drugiego poziomu budynku. Gdy jesteśmy zaledwie na półpiętrze, już wtedy pojawia się nieprzyjemny zapach – zapach ptasich odchodów. Im znajdujemy wyżej, tym odór staje się intensywniejszy, bardziej duszny, krztuszący. Moja pierwsza myśl: „byle tylko nie zwymiotować”. Po chwili jednak przyzwyczajam się do otaczającej woni odchodów i jestem gotów na spotkanie z „lokatorami” strychu.
logo
Zdjęcie przedstawiające podłogę strychu kamienicy Fot. Jakub Rusak/ Na Temat
Drzwi poddasza zabezpieczone są plastikową obejmą. – Żeby gołębie nie przedostały się na klatkę i żeby ludzie nie wchodzili do środka – stwierdza z lekkim uśmiechem pan Janusz. Z dużym trudem udaje się je otworzyć. Warstwa odchodów zalegająca na dość dużym strychu sięga progu klatki. – Poziomy podłóg prawie się wyrównały. Kiedyś była między nimi różnica około piętnastu centymetrów – dodaje Baranek. Słychać trzepot skrzydeł licznych spłoszonych ptaków, a przez szczelinę pomiędzy otwartymi drzwiami a futryną bucha gorące powietrze, wymieszane z potworną wręcz wonią ptasiego guano. Po raz kolejny z trudem powstrzymuję odruch wymiotny.
logo
Zdjęcie przedstawiające podłogę strychu kamienicy Fot. Jakub Rusak/ Na Temat
I tak niestety wygląda codzienność nielicznych już mieszkańców kamienicy przy Dahlberga 5. Życie pośród potwornego smrodu odchodów unoszącego się w budynku, wśród ptasich piór walających się po klatce i przed blokiem; z balkonami ubrudzonymi przez guano i z cieknącym dachem, przez który deszczówka przelewa się do mieszkań zabierając ze sobą zawartość poddasza.
Nowa miotła nowe porządki
Kłopoty zaczęły się, odkąd 8 lat temu zmienił się zarządca budynku. Wcześniej był nim warszawski Zakład Gospodarowania Nieruchomościami, jednak pod koniec 2007 roku większościowi właściciele kamienicy (dwaj warszawscy biznesmeni, przedsiębiorcy), posiadający 2/3 udziałów, podjęli decyzję o zmianie. Podpisali wówczas umowę z prywatną, licencjonowaną firmą o nazwie „Huba”. Wtedy niemalże z dnia na dzień, nastąpiło podniesienie czynszu z 2zł za metr kwadratowy do 16 zł (kilka miesięcy później do 32 zł). Nowy zarządca zaprzestał także płacenia rachunków, nie podpisał umów z dostawcami mediów oraz zaniechał podstawowej konserwacji budynku. W wyniku tych zaniedbań, wątły dach kryty papą zaczął przeciekać, a poprzez niezabezpieczone lufciki, drogę na strych znalazły miejscowe gołębie. Zdaniem Janusza Baranka były to celowe zabiegi ze strony zarządcy i udziałowców, mające doprowadzić do usunięcia lokatorów z kamienicy.
Jak się okazuje, całkiem skuteczne. Obecnie spośród 9 lokali mieszkalnych zajęte są w praktyce tylko dwa (rodzina zajmująca trzeci lokal od kilku lat przebywa za granicą), a wszystkie cztery lokale użytkowe stoją puste.
Śmiertelne zagrożenie
Pan Janusz mówi mi, że ma pewne przypuszczenia, według których w wyniku kontaktu z ptasimi odchodami, na początku 2014 roku mógł umrzeć jeden z mieszkańców kamienicy. Człowiek co prawda wiekowy (85 lat), jednak sprawny jak na swoje lata. Pod koniec życia uskarżał się na bóle i zawroty głowy oraz inne objawy mogące świadczyć o zarażeniu drożdżycą.
logo
Zwłoki martwego gołębia zalegające przy kamienicy Fot. Jakub Rusak/ Na Temat
I niewykluczone, że właśnie długotrwały kontakt z gołębim mógł wpłynąć na stan zdrowia mężczyzny. Bowiem według opinii prof. dr. Hab. Stanisława Ignatowicza z Katedry Etymologii Stosowanej SGGW odchody (na którą powołuje się mój rozmówca), pióra i gniazda gołębi stanowią bardzo poważne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi i ze względu na to powinny być dokładnie usunięte z pobliża ludzkich siedzib. Gołębie mogą bowiem przekazywać ponad 60 pasożytów i patogenów, które dostawszy się do organizmu człowieka z pyłem z odchodów mogą wywoływać poważne choroby m.in. salmonelozę, chlamydozę czy kryptokokozę (drożdżycę).
logo
Zdjęcie przedstawiające strych pełen ptasich odchodów fot. Jakub Rusak/ Na Temat
Po śmierci mężczyzny, zaniepokojony sytuacją pan Janusz zaczął zgłaszać sprawę m.in. do Państwowego Powiatowego Inspektoratu Sanitarnego, Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska czy Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami. Pisma jednak nie przyniosły oczekiwanego efektu. Sanepid przekładał z miesiąca na miesiąc kolejne inspekcje, tłumacząc to niemożnością skontaktowania się zarówno z zarządcą kamienicy jak i właścicielami udziałów. Obecnie decyzja o podjęciu działań ze strony Sanepidu przeniesiona została na koniec listopada 2015. W Urzędzie Miasta toczy się postępowanie w sprawie zniesienia współwłasności kamienicy, tak by właściciel był tylko jeden.
Sprawą zainteresowała się także pod koniec 2014 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Na obecnym etapie postępowania, wydano postanowienie, według którego właściciele udziałów i zarządca są zobowiązani do usunięcia odchodów ze strychu kamienicy przy Dahlberga 5, do pół roku po uprawomocnieniu się decyzji sądu. W tej chwili jednak wciąż przysługuje prawo złożenia apelacji od tej decyzji, z której prawdopodobnie udziałowcy skorzystają.
logo
Gołąb na balkonie kamienicy Fot. Jakub Rusak/ Na Temat
Sprawa gołębi zagłady z ulicy Dahlberga 5 ciągnie się już 8 lat i wciąż nie widać perspektyw na jej pomyślne zakończenie. Pozostali mieszkańcy, wycieńczeni nieustanną walką, są już na skraju wytrzymałości. Jednak niestety są zmuszeni walczyć. – Moglibyśmy się wyprowadzić, ale raz że nie mamy dokąd, a dwa – chcemy po prostu sprawiedliwości – mówi Janusz Baranek.

Napisz do autora: jakub.rusak@natemat.pl