
Jestem typowym “słoikiem”, przyjechałam do stolicy – jak wielu - na studia. I podobnie, szukałam dla siebie miejsca za pośrednictwem popularnych portali. Zamieszkałam w centrum, przez rok użerając się z właścicielem i zapachem jedzenia dobiegającym z pobliskiego “chińczyka”. Potem znalazłam bursę.
Po pomoc do Boga Zakonne bursy to żadna nowość, ale nie radzą sobie najlepiej PR-owo, na próżno szukać ogłoszeń w internecie. Ja dowiedziałam się o nich zupełnym przypadkiem. Mama miała znajomą zakonnicę, które opowiadała o zaletach życia w takim miejscu. Najbardziej przekonująca z nich to cena. W pierwszej bursie, do której się wprowadziłam, miesięczny koszt utrzymania wyniósł 400 złotych. A jej budynek mieścił się w … Śródmieściu. Tamta okolica nie zaoferuje lokum za mniej niż 900.
– Jeśli chcesz u nas zamieszkać, potrzebne będzie zaświadczenie, że studiujesz – to usłyszałam od siostry przełożonej podczas rozmowy “rekrutacyjnej”. – Miło by było, gdybyś przyniosła jeszcze pisemną opinię księdza ze swojej parafii. Standardowo zakonnice oczekiwały jeszcze kserokopii dowodu osobistego i legitymacji. Dowiedziałam się też wtedy, że mam szczęście, bo zwykle latem jest komplet “bursantek”, ale to nie norma. W kolejnej bursie znalazłam miejsce pod koniec września.
Zamieszkałam tam na początku sierpnia. Dostałam regulamin do przeczytania i podpisu. Ten zakładał m.in., że bursa zamykana jest o 22, a w weekendy godzinę później, poza tym standardowo – nie wolno spożywać alkoholu i palić papierosów.
Gosia, była mieszkanka bursy
Coś za coś Szybko zrozumiałam, że życie w bursie, jak wszędzie, ma swoje złe strony. Towarzystwo zupełnie obcych osób, z którymi dzieliłam pokoje, nie było najgorsze, jeśli potrafiłyśmy się dogadać. Ja zmieniałam współlokatorki trzy razy. Kłótnie o sprzątanie – miałyśmy wydzielone dyżury – były na porządku dziennym, do takich zaliczałam też te na tle światopoglądowym. Niektóre dziewczyny po prostu nie akceptowały innego spojrzenia na świat, a było ono zwykle ultra konserwatywne.
– Nie jestem feministką – raz usłyszałam. – Uważam, że mężczyzna i kobieta nigdy nie będą w żaden sposób równi. Mamy po prostu inne role w społeczeństwie, inne mózgi. Kiedy zaczynałam temat związków partnerskich, dowiadywałam się, że to “dzieło szatana”, a osoby transseksualne, poddające się operacjom po prostu się nudzą.
Zrób sobie raj Od kilku miesięcy mieszkam w bursie, tym razem w innej części Warszawy. Nie ma zamykania furtky o 22, mogę wracać, kiedy chcę. Skoro żyję w “zakonie”, to do moich obowiązków należy jednak branie udziału w mszach i różańcu. Modlimy się za pokój w Polsce i na świecie. Trwa to zwykle godzinę, a czasami nawet dwie. Religijne pogadanki również się zdarzają, najczęściej przy regulowaniu opłat – płacę 200 złotych. W cenę jednak jest wliczone m.in....
Karolina, mieszkanka bursy sióstr Felicjanek
Bursa na pewno nie jest jednak dla każdego.
Gosia
Myślę o przeprowadzce, ale kiedy widzę ceny mieszkań, postanawiam jeszcze moment zostać. Bursa może być nowym, nawet chwilowym domem, jeśli budżet się nie dopina ... i ciekawym doświadczeniem.
Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl
