"Ej, ale koło jest moje!" – stwierdził  złodziej Veturilo. Sprawdzamy, co Polacy potrafią zrobić z miejskim rowerem
"Ej, ale koło jest moje!" – stwierdził złodziej Veturilo. Sprawdzamy, co Polacy potrafią zrobić z miejskim rowerem Fot. Nexbike

Co roku wymienianych jest od kilku, do kilkunastu procent rowerów Veturilo. Część się po prostu zużywa, ale reszta pada ofiarą aktów wandalizmu – dochodzi do nich codziennie. Rowery można znaleźć na przykład na drzewie albo na dnie jeziora. Czasem też, po odpowiednim "tuningu" wracają na ulice już jako prywatne rowery miejskie. Na szczęście na krótko.

REKLAMA
Największy problem z dewastacją rowerów miejskich był tuż po ich wprowadzeniu. Polacy niczym mieszkańcy dżungli, którzy zobaczyli po raz pierwszy w życiu samochód obrzucili Veturilo dzidami. Czyli w wydaniu miejskim – urywali koszyki, lampki czy siodełka, lub też testowali je w ekstremalnych warunkach. Dziś jest już nieco lepiej, ale wyobraźnia użytkowników nie przestaje zadziwiać...
Veturilo – bohater zamieszek
Czasami do serwisu Veturilo trafia rower z pogiętym widelcem. Wtedy widać wyraźnie, że ktoś się z nim zwyczajnie szarpał i chciał go wyrwać z zamka. Akurat takim zniszczeniom da się do pewnego stopnia zapobiec. – Gdy zdarza się sytuacja podwyższonego ryzyka, takie jak Święto Niepodległości w listopadzie, zabezpieczamy lub wyłączamy daną stację z użytku – mówi Michał Dąbrowski, z Nextbike Polska.
– W zeszłym roku w listopadzie wyłączyliśmy stacje przy Stadionie Narodowym i przy Kancelarii Premiera. Zabraliśmy rowery, ale niefartownie tuż przed przejściem demonstracji jakiś użytkownik oddał tam rower. Później stał się on bohaterem wszystkich serwisów informacyjnych, bo pojawił się na nagraniu gdy jest rzucany w kierunku policji przez demonstrantów – wspomina Dąbrowski.
Wandale publikują w internecie filmy, na których niszczą rowery, choćby w czasie głośnego zjazdu po stromych schodach. Wówczas internauci nie zostawili na jego autorze suchej nitki. Ale czasem użytkownicy posuwają się znacznie dalej.
– Mieliśmy sytuację, kiedy rower trzeba było wyłowić z jakiegoś jeziorka, był rower który znaleźliśmy na drzewie, raz odnalazły się resztki roweru spalonego. To sytuacje bardzo dziwne i abstrakcyjne, ale się zdarzają – mówi nasz rozmówca. I dodaje, że w Paryżu po Sekwanie pływa barka-warszat, która wyławia rowery. Jest ich tam oczywiście wielokrotnie więcej, niż w Warszawie.
Jeżeli zepsuty lub zdewastowany rower da się naprawić, jeden pracownik potrafi się nim zajmowań przez dzień lub dwa. – Roboty jest dużo. Przez nasz serwis przechodzi dziennie kilkadziesiąt, a czasem nawet ponad sto rowerów. Statystycznie każdy rower jest u nas w serwisie – mówi Michał Dąbrowski. Wszystko przez to, że rowery trafiają do serwisów w niekompletnym stanie. Czasem nawet zdarzają się pocięte, powyginane ramy.
logo
Serwis rowerów Veturilo Fot. Veturilo
Wystawił części Veturilo na aukcji
Zaplecze serwisowe znajduje się na Żoliborzu, w siedzibie firmy. Ale rowery naprawiają na bieżąco serwisanci jeżdżący na rowerach Veturilo. Wykonują drobne naprawy, podobnie jak serwisanci poruszający się skuterami, którzy dokonują dłuższych objazdów. Są też większe ekipy, które transportują rowery z miejsc bardziej do mniej obleganych – oni także mogą dokonywać drobnych napraw.
Użytkownicy od czasu do czasu sprawdzają, czy Veturilo da się ukraść. A jak ukraść, to i sprzedać. Rower Veturilo (w częściach) pojawił się kiedyś... na aukcji internetowej. Znalazł ją zapalony użytkownik systemu, który poinformował administratorów systemu o nietypowej ofercie.
– Były to części, które przypominały nasze rowery. Policja zrobiła tzw. "zakup kontrolowany" i ekipa która próbowała sprzedać części rowerowe zafundowała sobie akt oskarżenia – mówi przedstawiciel firmy. Złodziej wycenił swój towar na kilkaset złotych.
Aby do takich przypadków nie dochodziło, zatrudniona została agencja ochrony. Również policja i straż miejska przeszły specjalne przeszkolenie odnośnie postępowania i rozpoznawania rowerów veturilo. Jak się okazuje, wcale nie musi to być takie proste...
logo
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Veturilo "na bogato"
Rowerów Veturilo raczej w Warszawie nie brakuje. Mimo to, ktoś chciał mieć swój egzemplarz na własność. – Wzywaliśmy kiedyś straż pożarną i policję do wyciągnięcia roweru z parkingu podziemnego w nowym apartamentowcu. Obok drogich samochodów i kilku drogich rowerów stał przymocowany prywatnym łańcuchem rower Veturilo. Ktoś uznał, że chce mieć swoje Veturilo we własnym garażu – wspomina Dąbrowski.
Część wandali oraz złodziei stara się przerobić rowery tak, aby nie przypominały miejskich Veturilo. – Próbują je przemalować, przestawić koszyk z przodu do tyłu. Zdarzały się rowery pomalowane na niebiesko, na brązowo, które miały udawać rower prywatny – mówi przedstawiciel firmy. Na szczęście rowery Veturilo mają na tyle charakterystyczną ramę, że trudno ich nie rozpoznać nawet po "przeróbce".
Szczególnie wyczuleni na kształt Veturilo są oczywiście pracownicy firmy. Jeden z nich napotkał miejski rower w czasie przejażdżki po Kampinowskim Parku Narodowym. Nie zastanawiając się długo odebrał rower kierowcy i zamontował na swoim samochodzie. – Gdy odjeżdzał, słyszał krzyk tego człowieka: "Ale koło mi oddaj, bo koło moje". Złodziej pogodził się ze stratą roweru, ale próbował odzyskać chociaż swoje koło – mówi Michał Dąbrowski.
Skradzione rowery odzyskują także "zwykli" użytkownicy, jak choćby bohater poniższego filmu. Spotkał rower Veturilo w czasie nocnej przejażdżki w Legionowie.
Rowery miejskie mają to do siebie, że może wypożyczyć je każdy. Nie każdy jest natomiast w stanie zrozumieć, co kieruje człowiekiem, który niszczy lub próbuje przywłaszczyć rower miejski. Miejmy zatem nadzieję, że będzie jak najwięcej osób, które zareagują na niszczenie lub kradzież rowerów, na które idą nasze podatki.

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl