
Są w niej legendarne nazwiska takie, jak Prost, Andretti, Piquet i Senna, mnóstwo najzdolniejszych kierowców, oraz wielcy wizjonerzy, w tym sam sir Branson. Nie ma w niej natomiast politycznych gierek, zakulisowych wojen, autorytarnego systemu zarządzania, niejasnych reguł zatrudniania sportowców, ani oskarżeń o bezsensowne trwonienie pieniędzy na zabawę, która przyczynia się do niszczenia środowiska naturalnego. Jeżeli kochacie motorsport, a jeszcze jej nie znacie, czas najwyższy na rozpoczęcie przygody z Formułą E!
Bo światu potrzeba nowej Formuły Formuła 1 rozpada się od wewnątrz od lat. Niektórzy twierdzą, że już tragiczna śmierć Ayrtona Senny w większej mierze była efektem rozgrywek między teamami a niepodzielnie rządzącym F1 Bernie Ecclestonem niż awarii bolidu, który w maju 1994 roku zawiódł wielkiego Ayrtona tuż po wyjściu z zakrętu Tamburello na torze Imola. W bezwzględnie najgorszy okres F1 wpadła jednak przed niespełna dekadą, gdy w wyścigu o pieniądze Ecclestone i jego klakierzy przestawili ciężar Formuły 1 z wyrównanej sportowej i inżynierskiej rywalizacji na show.
Ten, pomimo ciągłego teoretycznego ograniczania kosztów, generuje je jednak wciąż większe i większe, przez co doczekaliśmy czasów, w których w bolidach "królowej motorsportu" zasiadają niekoniecznie tylko najzdolniejsi. Nawet najbardziej rutynowane i bogate teamy dają teraz szansę tym, którzy są w stanie zapewnić sobie pensję nie od właściwego pracodawcy, a sponsorów, lub do jeżdżenia w F1 dokładają z własnej kieszeni. Wielu fanów motoryzacji odpycha to od Formuły 1 bardzo skutecznie.
Inni mają problem z polityką uprawianą przez Berniego Ecclestone'a. Dosłownie polityką. Bo człowiek-wyrocznia w tym sporcie uważa się za przywódcę jednego z najpotężniejszych "państw" świata i próbuje rozgrywać z innymi międzynarodowymi liderami. Niestety więcej wspólnego języka niż z Barackiem Obamą i Angelą Merkel znajduje z przywódcami autorytarnych państw Azji, oraz przede wszystkim Władimirem Putinem. - To wielki przywódca. Mógłby rządzić całą Europą - wychwalał kiedyś swojego przyjaciela z Kremla.
Najlepsza alternatywa Wszystko to od lat sprawiało, że fani sportów motorowych prędzej czy później musieli zacząć rozglądać się za alternatywą. F1 wciąż przyciąga najwięcej sponsorów i kibiców choć wiele wyścigów trzeba dziś filmować tak, by nie pokazywać pustych trybun. W powszechnym mniemaniu jest też wciąż najbardziej emocjonującym sportem samochodowym, choć po latach dominacji Red Bulla zastąpiono ją dominacją Mercedesa i na obstawianiu wyników wyścigów ani się zbyt dużo nie zarobi, ani nie będą temu towarzyszyły zbyt wielkie emocje.
Po trzech latach, które minęły od założenia Formuły E jasno widać już, że alternatywę tę stanowi właśnie ta rywalizacja aut napędzanych silnikami elektrycznymi. To na zawodach elektrycznej serii okazało się, że można na żywo oglądać walkę tak zaciekłą jak te, które najmłodsi kibice oglądają już tylko na YouTube archiwalnych nagraniach z okresu motorsportowego renesansu lat 70-tych, 80-tych i początku 90-tych.
Paradoksalnie, dziś nawet dźwięk elektrycznych wyścigówek zaczyna budzić większe emocje niż ten wydawany przez bolidy F1. Wbrew wielu żartom zaciekłych przeciwników bardziej ekologicznych wyścigów, samochody tej serii wcale nie muszą mieć wbudowanych wielkich głośników i wydawać nimi dźwięków z plików mp3. Jak brzmi elektryczny silnik wyścigowy, posłuchajcie sami. Tu budzące aktualnie największe emocje fanów Formuły E porównanie dźwięków znanych z torów z minionego sezonu z tymi, które udało się nagrać podczas pierwszych testów przed nową odsłoną rywalizacji:
I to wszystko przy zużyciu energii o wiele mniejszym niż nie tylko w Formule 1, ale i wszystkich innych klasycznych seriach wyścigowych i rajdowych. Ekipa tworząca Formułę E nie musi się więc martwić oskarżeniami ekologów o niszczenie środowiska naturalnego na "kręcenie się w kółko", co w dzisiejszych czasach jest wielkim wizerunkowym plusem. Nic więc dziwnego, że Formuła E staje się oczkiem w głowie szefostwa FIA.
Ekonomicznie i ekologicznie Międzynarodowa Federacja Samochodowa kierowana przez legendarnego inżyniera Ferrari i wieloletniego szefa Michaela Schumachera, Jeana Todta gdzie tylko może, nie F1, a elektryczną serię wypycha na świecznik. Po pierwsze, dlatego, że szef F1 jest z FIA w wiecznym konflikcie. Po drugie, wszystko wskazuje na to, że Formuła E to po prostu przyszłość. Stanie się ona teraźniejszością w chwili, gdy elektryczne wyścigi zdobędą więcej sponsorów niż F1 lub Ecclestone (albo następcy tego 84-latka) zostanie zmuszony do fuzji Formuły 1 z Formułą E.
To tylko kwestia czasu, raczej relatywnie krótkiego. Zamożni sponsorzy są bowiem w Formule E od początku. W tym przede wszystkim brytyjski wizjoner sir Richard Branson. Jego historia najlepiej pokazuje chyba, czym jest dziś Formula E i czym stanie się za kilka lat. W 2009 roku Branson, ku uciesze Ecclestonea związał się z F1 i planował wpakować w nią sporo ze swojej fortuny. Zaczęło się spektakularnie, bo brytyjski bogacz dołączył do ekipy Brawn GP, która powstała pomimo wielu przeciwności losu i dzięki zapałowi jej członków nie tylko przetrwała, ale i jeżdżący dla niej Jenson Button niespodziewanie ogrywał na torach całą stawkę.
Później Branson zapragnął stworzyć nowy team prawie od podstaw. Virgin Racing podzielił jednak los wielu innych zespołów służących za "czerwone latarnie", a szefostwo F1 nie dało Bransonowi szansy na innowacyjne działania. Przeniósł więc Virgin Racing do Formuły E. Nie on jeden wolał tworzyć Formułę E niż tkwić w F1. Oprócz niego wśród liderów elektrycznych teamów są bowiem Alain Prost, Jarno Trulli, Michael Andretti, Anand Mahindra i... Leonardo Di Caprio. Poważnie w elektryczny sport postanowiły zainwestować też motoryzacyjne potęgi takie, jak Renault i Audi.
Wyścig do przyszłości Dlaczego? Bo na korzyść Formuły E przemawianie tylko to, że jest ekologiczna i czuć w niej ten wspaniały ferment wynalazczości, innowacyjności, który inne serie straciły. W przeciwieństwie do F1 i innych, Formula E jest też bardziej ekonomiczna pod względem organizacyjnym. Wciąż zespoły rywalizują na podobnym sprzęcie dzięki porozumieniu, iż Renault dostarcza bolid, silnik i podstawowe układy pochodzą od McLarena, opony od Michelin, a baterie tworzy Williams. Poza tym u podstaw reguł Formuły E leży, iż zawody nie są organizowane na specjalnie wybudowanych torach, a na ulicach wielkich miast i odbywają się w całości jednego dnia. Tak, by za długo nie uprzykrzać życia tym, którzy na oglądanie w swoim mieście wyścigu nie mają ochoty.
Znacznie lepiej od F1 wygląda też kalendarz wyścigów pod względem politycznym. W rozpoczynającym się już jesienią sezonie kierowcy Formuły E odwiedzą w zasadzie tylko trzy niedemokratyczne, ale wielkie państwa - Rosję, Chiny i Malezję. Próżno jednak szukać flirtu tej serii z innymi autorytaryzmami. Pozostałe wyścigi zaplanowano bowiem w USA, Francji, Urugwaju, Argentynie, Wielkiej Brytanii, oraz Niemczech, gdzie kibice z Polski powinni dotrzeć zapewne najłatwiej.
