
Zjednoczona Lewica pokłóciła się i podzieliła, ale prof. Joanna Senyszyn, wiceprzewodnicząca SLD ocenia, że to nie zaszkodzi jej szansom w wyborach. – Kilka osób, bo trudno mówić ugrupowań, poczuło się nieusatysfakcjonowanych takim rozdziałem miejsc i postanowiły zgłosić swój komitet, posługując się nawet naszą nazwą – mówi w "Bez autoryzacji". Ujawnia też kulisy negocjacji ws. jedynek.
REKLAMA
Miało być wielkie porozumienie, a są żenujące wyścigi o to, kto szybciej zarejestruje komitet, podkradanie sobie nazwy i ogólne wrażenie niesmaku. W którym momencie to się posypało i dlaczego?
Joanna Senyszyn: Usiedliśmy na zaproszenie OPZZ do jednego stołu, ale już od początku nie chcieli w tym brać udziału ludzie z Partii Razem i Biało-Czerwonych. Ustaliliśmy program i zaczęła się dyskusja o miejscach listach. Jest 920 miejsc, trzeba je rozdzielić. Poproszono więc, by wszystkie ugrupowania poza SLD określiły swoje oczekiwania wobec jedynek.
Joanna Senyszyn: Usiedliśmy na zaproszenie OPZZ do jednego stołu, ale już od początku nie chcieli w tym brać udziału ludzie z Partii Razem i Biało-Czerwonych. Ustaliliśmy program i zaczęła się dyskusja o miejscach listach. Jest 920 miejsc, trzeba je rozdzielić. Poproszono więc, by wszystkie ugrupowania poza SLD określiły swoje oczekiwania wobec jedynek.
Okazało się, że musiałyby być 52 okręgi, by zaspokoić wszystkie jedynkowe apetyty. Na to SLD żartobliwie stwierdziło, że chce 41 jedynek, więc musi być razem 93. To rozładowało atmosferę, koalicjanci zaczęli się śmiać ze swoich oczekiwań i rozpoczęto negocjacje. SLD oddało kilkanaście jedynek, podpisano porozumienie.
No tak, i tutaj zaczęły się kłopoty.
Kilka osób, bo trudno mówić ugrupowań, poczuło się nieusatysfakcjonowanych takim rozdziałem miejsc i postanowiły zgłosić swój komitet, posługując się nawet naszą nazwą. Nie wiem, czy to z braku rozsądku, czy ze złośliwości. Jestem przekonana, że ta druga, rzekomo Zjednoczona Lewica, zarejestruje listy tylko w największych miastach, a więc wylosuje daleki numer i nie będzie poważną konkurencją.
Choć oczywiście wolałabym, żeby była tylko jedna lewicowa lista, żeby wyborcy nie byli bombardowani takimi komunikatami, jak teraz. Nasza konkurencja opiera sens swojego istnienia na negacji SLD, który jest teraz największym i najbardziej liczącym się ugrupowaniem na lewicy.
Ma pani żal do tych rozłamowców? Nie chodzi już nawet o to, że podkradli wam nazwę, ale o wywołanie wrażenia, że znowu się kłócicie.
Mam żal jako lewicowa wyborczyni, nie jako wiceprzewodnicząca partii, bo uważam, że to nie będzie miało żadnego znaczenia w wyborach. Ale żal mi, że tacy jak ja lewicowi wyborcy nie dostaną jednej lewicowej listy i będą musieli się zastanawiać na kogo postawić w wyborach.
Czuje się pani uspokojona stwierdzeniem abp. Depo, że nie grozi nam państwo wyznaniowe?
Twierdzenie bpa Depo, że nie grozi nam państwo wyznaniowe potwierdza, że III RP jest państwem wyznaniowe. Istotnie, nic więcej ze strony Kościoła nam nie grozi, bo wszystko, co najgorsze, już się stało. Rząd Hanny Suchockiej podpisał konkordat i to już po wyrażeniu przez Sejm wotum nieufności, więc nie miał do tego moralnego prawa.
Kiedy przez kolejne cztery lata rządził SLD, trzymaliśmy tę umowę w zamrażarce, ale po wygranej prawicy w 1997 r. pierwsze, co zrobiła koalicja AWS-UW, to uchwalenie ustawy upoważniającej prezydenta do ratyfikowania. Prezydent Kwaśniewski zupełnie niepotrzebnie ją ratyfikował, choć mógł wysłać do Trybunału Konstytucyjnego lub odrzucić. Widoczne chciał się przejechać papamobile i zapewnić sobie łatwą drugą kadencję.
Abp Depo mówił też, że rozdział Kościoła i państwa jest nienaturalny.
Nie wiem, dlaczego biskupi tak się go boją. Nawet gdyby on nastąpił, przez długie lata byłby przyjazny. Tymczasem teraz jesteśmy państwem klerykalnym, Polska ma wiele cech państwa wyznaniowego, bo taki fakt nie wynika z zapisów konstytucyjnych, ale przede wszystkim z praktyki. Jeżeli państwo finansuje Kościół bezpośrednio z budżetu, to jest państwem wyznaniowym.
Do tego religia w szkołach, Fundusz Kościelny, Komisja Majątkowa, opóźnienia w ratyfikacji Konwencji antyprzemocowej czy uregulowania in vitro i brak ustawy o związkach partnerskich. To dowód na to, że wytyczne dotyczące ustawodawstwa płyną z Episkopatu, a Polska jest państwem wyznaniowym. Poza tym Kościół kosztuje Polskę kilka miliardów złotych rocznie.
To wszystko pokazuje, że polscy politycy są mentalnie uzależnieni od kleru. I to oni ponoszą większą winę, bo klerowi się nie dziwię: skoro są traktowani jak święte krowy, to wykorzystywanie tego jest ludzką cechą. A politycy niosą w zębach różne dary dla Kościoła, żeby później - tak, jak prezydent Duda - mieć udostępnioną ambonę do wyborczej agitki.
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
