
Już nie „tatuśki” i „mamuśki”, ale grubasy. Z otyłością brzuszną w kształcie oponek ludzika Michelin, fałdami tłuszczu na biodrach i udach, potrójnymi podbródkami prażą się na polskich plażach. Nasza narodowa nadwaga jest tematem poważnym, szczególnie, że dotyczy coraz młodszych pokoleń. Co się z nami stało?
REKLAMA
Tegoroczny pobyt nad polskim morzem pozostanie w mojej pamięci na długo. Choć do złudzenia przypominał mi pobyt na wybrzeżu niedaleko New Jersey w Stanach. Grube i grubsze kobiety, utuczeni mężczyźni, ale także nastolatki i dzieciaki. Nie w liczbie pojedynczej, jako okaz godny podziwiania wśród wydawałoby się coraz bardziej zadbanego polskiego społeczeństwa, ale w niezliczonej ilości. Plaga? Raczej karma – jak stwierdziła moja uduchowiona przyjaciółka Karolina.
Niestety nie karma w sensie przeznaczenia, ale wstrętnego gównianego jedzenia, które nas zalewa. Każda z osób, które obserwowałam na plaży w Rowach i cierpiała z powodu nadwagi lub poważnej otyłości, opychała się od samego rana prowiantem.
Czas na piknik?
Jak już nie raz wspominałam, nie wierzę w tak zwane tycie od samego picia wody i w nadwagę uwarunkowaną genetycznie. Owszem, są osoby chore i cierpiące z powodu problemów metabolicznych, które wyglądają tak, a nie inaczej ze względu na zły stan zdrowia. Ale to zdecydowanie nie jest typ, który tutaj opisuję…
Jak już nie raz wspominałam, nie wierzę w tak zwane tycie od samego picia wody i w nadwagę uwarunkowaną genetycznie. Owszem, są osoby chore i cierpiące z powodu problemów metabolicznych, które wyglądają tak, a nie inaczej ze względu na zły stan zdrowia. Ale to zdecydowanie nie jest typ, który tutaj opisuję…
Dzień zaczyna się w sklepie spożywczym „Meduza”, gdzie wchodzą wczasowicze z całej Polski, żeby kupić nie tylko „lornetę z meduzą”, ale i produkty na śniadanie na kempingu czy w wynajętym na czas wakacji pokoju. Przede mną swoje zakupy wykłada młody facet, około 25-letni, o którym można powiedzieć: szerszy niż wyższy. Kupuje 10 białych bułek i 5 ogromnych preclo-pączków, a do tego dwie 2-litrowe cole i sześciopak piwa. Pycha! Ciekawe tylko czy przeznaczenie tych zakupów było dla zaspokojenia głodu 5-osobowej rodziny czy dwóch takich facetów jak on? Pozostali kupują głównie słodycze, napoje gazowane, lody, chipsy i piwo. Jest poranek, a jak wiadomo piwo z rana jak śmietana. Leczy kaca i z pewnością pomaga na przebudzenie lepiej niż espresso…
Po drodze na plażę, czas na drugie śniadanie. Gofr ze śmietaną i polewą toffi albo czekoladą. Albo lepiej: lody-świderki w jednych lodziarniach zwane amerykańskimi w innych – włoskimi. Taki lód ma objętość jakichś trzech do czterech gałek tradycyjnych lodów. Jedno dziecko (około 2-letnie) siedzi w wózku i próbuje go zjeść, niestety zamiast do buzi trafia czekoladowym świderkiem w ucho. Niestety rodzice tego nie widzą, bo każde z nich jest równie zajęte – trzyma takiego samego świderka…
Na „szczęście”, większość polskich plażowiczów może przynieść naprawdę dużo prowiantu nad morze, bo o rozbicie parawanu i zajęcie miejsca zadbali już wcześnie rano. Każdy dzień zaczynam więc od wielkiego zdziwienia na widok pustych parceli wyznaczonych gigantycznymi parawanami, które mój spacerujący o 7 rano nad morzem dziadek już zdążył zobaczyć (czy oni rozbijają je w nocy???). Po rozłożeniu koca lub leżaków – czas na piwo. Albo drinka. W tym roku królują miksy koli z whisky i wódki z sokiem w gotowych puszkowanych napojach. I nieśmiertelne Tyskie. Im większy brzuch, tym szybciej słychać dźwięk otwieranego piwa.
Generalizuję? Wrzucam wszystkich z nadwagą do jednego wora? Jeśli tak to wrzucam do tego wora jeszcze naczosy, popcorn i chipsy, ciastka i drożdżówki, które na tej plaży osoby z nadwagą spożywają. Przykro mi, ale nie widziałam nikogo z brzuchem jedzącego surową marchewkę, śliwki czy arbuza. Za to pijących gazowane słodzone napoje – mnóstwo.
Tymi samymi pustymi kaloriami karmią też swoje dzieci. I te dzieci już są otyłe. Kilku – kilkunastolatki, mają problemy z poruszaniem się, są powolne i ociężałe. Nie biegają po plaży, tylko siedzą i opychają się na kocu wszystkim, co przynieśli ze sobą rodzice. Winne są zarówno ich mamy, jak i ojcowie. Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności ci szczupli nie przynoszą ze sobą wałówki, tylko sprzęt do pływania. Albo po prostu ręczniki. I biegają wraz z dziećmi po brzegu morza, skaczą przez fale i cieszą się z budowania razem zamków z piasku.
Otyłe dzieci siedzą natomiast z tabletami i smartfonami i co chwilę wyciągają kolejne „smakołyki” z toreb lub kupują je u sprzedawcy naczosów, który krąży po plaży w tę i z powrotem. To nie genetyka – to wzorce podpatrzone w ich domach. To nie dziedziczne, tylko nabyte, spożyte kalorie. Chipsy zamiast drugiego śniadania, batony w zamian za owoce.
Posiłki w wyjątkowym stylu
Moja babcia zauważyła, że nawet na stołówce w domu wczasowym (tym samym, do którego przyjeżdżają z dziadkiem od 50 lat) wszystko się bardzo zmieniło. Zamiast śniadań i kolacji serwowanych na talerzu – pojawił się róg obfitości, czyli tak zwany szwedzki bufet. Kaloryczna pułapka nie tylko wczasów all inclusiv…Wszyscy wczasowicze po raz pierwszy nie narzekają z powodu złej pogody – w tym roku jest wyjątkowo udana – lecz z powodu przejedzenia. Nawet porcje samych obiadów są znacznie większe niż kiedyś.
Moja babcia zauważyła, że nawet na stołówce w domu wczasowym (tym samym, do którego przyjeżdżają z dziadkiem od 50 lat) wszystko się bardzo zmieniło. Zamiast śniadań i kolacji serwowanych na talerzu – pojawił się róg obfitości, czyli tak zwany szwedzki bufet. Kaloryczna pułapka nie tylko wczasów all inclusiv…Wszyscy wczasowicze po raz pierwszy nie narzekają z powodu złej pogody – w tym roku jest wyjątkowo udana – lecz z powodu przejedzenia. Nawet porcje samych obiadów są znacznie większe niż kiedyś.
Ameryka? Coś w tym stylu. Kto nie najadł się dostatecznie podczas siedzenia nad morzem – spacery to najwyraźniej przeżytek, chyba, że z telefonem w poszukiwaniu zasięgu, ten może nadrobić niedostatek kaloryczny podczas obiadu. Jeśli wybierze się do smażalni na rybkę, z pewnością nie omieszka zamówić jej w towarzystwie frytek z keczupem czy majonezem. Do tego piwo lub kola. Surówka lub sałatka? Wydaje się zupełnie zbędna na talerzu.
Po obiedzie pora przemieścić się na piwo lub coś mocniejszego, w jakieś miłe miejsce, ale po drodze można też coś chwycić na ząb w ramach podwieczorka, na przykład najdłuższą frytkę na patyku (wydaje mi się, że to nowość nadmorska, ale dwa lata nie byłam nad polskim morzem), czyli smażonego na oleju ziemniaka nadzianego na patyk, kebab czy hamburgera.
Ulubionym deserem wypoczywających w Rowach polskich wczasowiczów są natomiast lody. Ale takie „na wypasie” (słyszałam to aż cztery razy siedząc w lodziarni), czyli trzy gałki (jedna gałka wielkości dwóch) lodów z bitą śmietaną, owocami i polewą. Ja po zjedzeniu jednej gałki tych lodów bez śmietany i polewy i posypek miałam odlot cukrowy. Ale widocznie nie jestem przyzwyczajona…
Ulubionym deserem wypoczywających w Rowach polskich wczasowiczów są natomiast lody. Ale takie „na wypasie” (słyszałam to aż cztery razy siedząc w lodziarni), czyli trzy gałki (jedna gałka wielkości dwóch) lodów z bitą śmietaną, owocami i polewą. Ja po zjedzeniu jednej gałki tych lodów bez śmietany i polewy i posypek miałam odlot cukrowy. Ale widocznie nie jestem przyzwyczajona…
Z drugiej strony, krążąc po tej dawnej wiosce rybackiej, a dziś kurorcie w polskim nadmorskim stylu, nie znalazłam jednego miejsca ze zdrową żywnością. Poza dwoma straganami owocowo-warzywnymi. Nie ma alternatywy dla osób, które chcą zjeść lekko, zdrowo i niskokalorycznie. Trzeba naprawdę szukać, żeby znaleźć mniej smażone, solone czy słodzone potrawy. Spośród odwiedzonych przez nas czterech smażalni, tylko w jednej znalazłam rybę gotowaną na parze w menu. Nawet w barach z domowym jedzeniem nie da się zamówić kaszy czy ryżu. Nie ma ich nawet w dodatkach do potraw. Tylko kluski, pierogi, frytki i ziemniaki. Nic więc dziwnego, że na wakacjach, kiedy każdy chce odpocząć, zjadamy to, co „się nawinie”. A ponieważ głównie dostępne są potrawy tłuste, słone lub wysokosłodzone – stąd wyglądamy coraz bardziej w stylu Amerykanów. Niestety jako społeczeństwo jesteśmy coraz grubsi.
Przejedzeni wczasowicze po spacerze zasiadają do stołówkowej kolacji. I nakładają na talerze po 4 kaszanki i trzy kiełbasy. Do tego sałatka z majonezem – samo zdrowie. Nie wszyscy. Ale niestety każdego dnia widziałam wraz z moją rodziną przynajmniej kilka takich obrazków.
W drogę!
Po wakacjach czas wracać do domu. Ale po drodze też trzeba coś zjeść. W przydrożnych barach głównie królują potrawy mięsne i smażone – i chyba nikogo już to nie dziwi. Ewentualnie zupy, które albo są ugotowane na kostkach rosołowych, albo mocno tłuste i przesolone. Częstym menu – naprawdę nigdy tego nie zrozumiem – jest golonka z kapustą, grochówka, kaszanka czy fasolka po bretońsku. Czyli potrawy iście jesienno-zimowe i rozgrzewające – w sam raz na sierpniowe temperatury. Alternatywą jest pizza, kebab, hamburger i frytki. Mam wrażenie, że jeśli za dwadzieścia lat ktoś będzie komponował książkę o prawdziwej kuchni polskiej to właśnie ten kwartet powinien w niej umieścić…
Po wakacjach czas wracać do domu. Ale po drodze też trzeba coś zjeść. W przydrożnych barach głównie królują potrawy mięsne i smażone – i chyba nikogo już to nie dziwi. Ewentualnie zupy, które albo są ugotowane na kostkach rosołowych, albo mocno tłuste i przesolone. Częstym menu – naprawdę nigdy tego nie zrozumiem – jest golonka z kapustą, grochówka, kaszanka czy fasolka po bretońsku. Czyli potrawy iście jesienno-zimowe i rozgrzewające – w sam raz na sierpniowe temperatury. Alternatywą jest pizza, kebab, hamburger i frytki. Mam wrażenie, że jeśli za dwadzieścia lat ktoś będzie komponował książkę o prawdziwej kuchni polskiej to właśnie ten kwartet powinien w niej umieścić…
Zdesperowani, w poszukiwaniu czegoś zdrowszego, lżejszego, mniej smażonego, wybieramy wizytę w stołówce w Ikea. Tam przynajmniej można zjeść gotowaną lub pieczoną rybę, sałatkę czy wypić świeży sok. Ale po co zjeść jeden obiad, skoro jest tanio, więc można zjeść dwa? Obok nas siada otyłe małżeństwo i w kilka minut połyka pierogi z kurkami w sosie śmietanowym, a na drugie danie – golonkę z frytkami lub kurczaka z makaronem (pan wybrał golonkę). Nie mylę się patrząc w jakim idą kierunku wstając po zjedzeniu swoich dwóch porcji. Oczywiście – po kawę (którą można wypijać bez ograniczeń po wykupieniu kubeczka) i ciastko. Ze śmietaną i z czekoladą. Opcjonalnie można natomiast tu wypić koktajl z owoców czy świeży sok, ale to małżeństwo miało lepszy pomysł na zwieńczenie obiadu. Czy niska cena posiłku jest warta pochłaniania tylu kalorii? Najwyraźniej według niektórych osób tak.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że obżerając się na wakacjach czy w drodze po wakacjach (lub podczas zakupów w Ikei) nie tylko nabieramy złych nawyków i karmimy nimi nasze dzieci. Sami wydajemy na siebie wyrok. Z nadwagą i otyłością żyje się naprawdę ciężko – i dosłownie i w przenośni. Grozi nam wiele chorób w tym cukrzyca czy choroby układu sercowo-naczyniowego. Sami na nie pracujemy i jeżeli w porę czegoś nie zmienimy w naszym zachowaniu i przyzwyczajeniach, doprowadzimy się do takiego stanu jak Amerykanie. Mam nadzieję, że pójdziemy jako naród po rozum do głowy zanim będzie za późno. Albo przynajmniej oszczędzimy nasze dzieci.
Napisz do autorki: maria.kowalczyk@natemat.pl
