Ekonomiści powtarzają od lat: obniżcie koszty pracy a bezrobocie samo zniknie.
Ekonomiści powtarzają od lat: obniżcie koszty pracy a bezrobocie samo zniknie. Fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta

- Od 2,8 mln osób bez pracy w 2010 r., przez wzrost liczby bezrobotnych do 2015 r., po nadwyżkę ofert zatrudnienia w 2020 r. - przekonywał rankiem 28 grudnia 2011 roku „Dziennik Gazeta Prawna” powołując się na szacunki GUS. Sprawdzamy, które prognozy już się sprawdziły i jakie szanse widzą dziś ekonomiści na Polskę bez bezrobocia.

REKLAMA
Miało być pięknie...
W artykule sprzed blisko czterech lat gazeta prognozowała nadejście istnego raju na ziemi. Przynajmniej w obrębie polskiego rynku pracy. Pisano, że do 2020 r. w Polsce pojawi się 1,7 mln etatów i – przede wszystkim – że to pracownicy będą dyktować warunki pracodawcom. Zaznaczano przy tym, że nim nadejdzie lepsze jutro, przyjdzie nam mierzyć się z regularnie rosnącym poziomem bezrobocia. Przełom miał nastąpić właśnie w 2015 r.
Fragment tekstu „Za 9 lat będzie praca dla każdego. Na razie tracimy nadzieję na jej znalezienie”

Szacunki „DGP” pokazują, że dopiero za 9 lat sytuacja na rynku pracy zmieni się radykalnie. Z danych BAEL wynika bowiem, że w latach 2000 – 2010 przybyło 1,7 mln miejsc pracy. Można oczekiwać, że również w obecnej dekadzie przybędzie tyle etatów. Równocześnie do 2020 r. liczba osób w wieku produkcyjnym, nawet po wydłużeniu wieku emerytalnego, skurczy się o prawie milion. Ale pozostaną po nich w większości miejsca pracy. Będzie więc ich dodatkowo około 2,7 mln, a więc tyle, ile dziś brakuje. W efekcie miejsc pracy będzie tyle, ile osób w wieku produkcyjnym. A to oznacza, że zacznie nawet brakować pracowników, bo nie wszyscy zdolni do pracy chcą się zatrudniać.

„DGP” przekonywał również, że do 2015 r. na rynku pojawi się w sumie 3,5 mln absolwentów, których uznano za ostatnią falę z wyżu demograficznego lat '80. Znaczna ich część miała mieć jednak problem ze znalezieniem pracy, czego bezpośrednim skutkiem będzie albo miejsce w rejestrze bezrobotnych albo emigracja.
A jest?
Wydaje się, że kryzysowy moment mamy już za sobą. Bezrobocie rejestrowane w Polsce rosło, owszem, ale do 2014 r. W styczniu 2014 r. jego poziom sięgnął 14 proc, w lipcu wynosił 11,9 a w grudniu 11,5 proc. W pierwszym miesiącu 2015 r. wskaźnik bezrobocia rejestrowanego wzrósł do 12 proc., ale w lipcu wyniósł już jedynie 10,1 proc. Tak niskiej liczby osób bez pracy nie było w Polsce od grudnia 2008 r. Wówczas mieliśmy 9,5 proc. poziom rejestrowanego bezrobocia. - Nie bez znaczenia pozostaje tu jednak zjawisko, z którym mamy do czynienia w Polsce na co dzień, czyli zarobkowa emigracja – zaznacza w rozmowie z naTemat Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha.
I to nie dziwi, bo nadal, na rynku pracy, kiepska jest sytuacja młodych Polaków. Według statystyk z maja tego roku bezrobotnych pozostawało aż 21,1 proc. z nich. Problem ze znalezieniem zajęcia mają nawet absolwenci prestiżowych kierunków, takich jak prawo. - 91 adwokatów i 104 radców prawnych zarejestrowało się do końca czerwca w urzędach pracy w całej Polsce – pisaliśmy niedawno w naTemat.
Wspaniały 2020
Czy zatem możliwym jest, by w ciągu pięciu najbliższych lat całkowicie zniknęło bezrobocie? - Tak, ale wcześniej muszą zostać spełnione konkretne warunki. Poziom bezrobocia nie zależy od tego, jaki akurat mamy dzień w kalendarzu. Tak jak skok bezrobocia był efektem wprowadzenia w 1998 r. wielkiej reformy emerytalnej i podwyższenia kosztów pracy, tak jego spadek wiąże się po pierwsze z masową emigracją i po drugie z obniżeniem poziomu opodatkowania pracy – przekonuje Sadowski.
Wyższy poziom życia z kolei ma szansę bezpośrednio wpłynąć na poprawę sytuacji, w jakiej znajdują się pracownicy tzw. wolnych zawodów. Jak przekonuje ekonomista, kultura uznawana jest za dobro luksusowe. Starcza a nią pieniędzy tylko tym społeczeństwom, które osiągnęły odpowiednio wysoki poziom dobrobytu.
Nieco innego zdania jest Grzegorz Baczewski, dyrektor Departamentu Dialogu Społecznego i Stosunków Pracy w Konfederacji Lewiatan. - W Polsce, w ocenie pracodawców, mamy stosunkowo trudne warunki do zatrudniania pracowników – mówi Baczewski w rozmowie z naTemat. - Jest jakaś liczba miejsc pracy, która nie powstała dlatego, że pracodawcy uznali, iż ich tworzenie zwyczajnie im się nie opłaca. A nie opłaca się dlatego, że formy zatrudniania są na polskim rynku za mało elastyczne.
Ekspert Lewiatana zaznacza, że do zatrudniania kolejnych pracowników przekonałyby pracodawców większe możliwości zatrudniania w oparciu o umowy o dzieło, zlecenie czy kontrakt. Przekonuje przy tym, że należałoby skrócić okres wypowiedzenia osób zatrudnionych na etacie z trzech miesięcy do miesiąca czy nawet dwóch tygodni. – Badania pokazują, że w krajach, w których trudniej zwolnić, mniej chętnie się zatrudnia – komentuje Baczewski.
I dodaje: – W Polsce wiele rzeczy zmienia się na lepsze, ale jest raczej mało prawdopodobnym, by bezrobocie zniknęło z naszego rynku całkiem. Mamy przecież pośród tych 10 proc. osób nie mających zajęcia całkiem sporo tych długotrwale bezrobotnych, którzy w większości pracy wcale nie chcą podjąć. Często mamy też do czynienia z problemem niedostosowania kwalifikacji, edukacji, do potrzeb rynku pracy. W tej materii natomiast trudno prognozować cokolwiek, bo wiele zależy zwyczajnie od wyników jesiennych wyborów i tego, jaka polityka będzie w kolejnych latach realizowana.

napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl