
Rok 1989 z pewnością dla wielu Polaków oznacza zmianę. Oczywiście zmianę ustrojową, jakościową, wielki przełom i nadejście demokracji. Ale czy ktokolwiek zastanawiał się nad tym, w jaki sposób zmiana ustroju wpłynęła na język polski? A wpłynęła znacząco.
REKLAMA
Co roku w październiku grono specjalistów debatuje nad językiem polskim na Forum Kultury Słowa. Nad zagrożeniami, kierunkami rozwoju, nowymi słowami, normą, uzusem i wieloma innymi, niezwykle ważnymi dla językoznawców kwestiami.
Oczywiście te zagadnienia mają również znaczenie dla zwykłego użytkownika języka, choć raczej typowy Kowalski się nad nimi nie zastanawia. Zdecydowano, że na tegorocznym forum eksperci przyjrzą się przemianom, jakie zaszły w polszczyźnie po 89. roku. W redakcji naTemat postanowiliśmy zastanowić się nad tym, co mogło się zmienić w języku polskim razem z ustrojem.
Kapitalizm w natarciu
Koniec PRL jest równoznaczny z nadejściem kapitalizmu. Po 89. roku w Polsce swoje siedziby zaczęły zakładać zagraniczne firmy, a Polacy przestali chodzić do zakładów pracy, za to zaczęli zmierzać do korporacji. Mniej więcej wtedy, gdzieś w mrokach Służewca Przemysłowego, zaczęła się rodzić, nieco skarlała i żywiąca się chyba głównie kompleksami, odmiana polszczyzny nazywana korpomową. Zamiast mówić „potrzebne natychmiast”, zaczęto krzyczeć „ASAP” (z ang. as soon as possible). Kierownicy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, stali się managerami, a zwykli pracownicy accountami. Niczym czarne kruki nad pracownikami zaczęły krążyć deadline'y, które jeśli niedotrzymane, zmieniały się w fuck upy. Taki life – jak zwykło się mawiać w Mordorze. Zamiast drugich śniadań pracownicy zaczęli jadać lunche, a z czasem pojawiły się też brunche (dla niewtajemniczonych – wczesne lunche).
Kapitalizm w natarciu
Koniec PRL jest równoznaczny z nadejściem kapitalizmu. Po 89. roku w Polsce swoje siedziby zaczęły zakładać zagraniczne firmy, a Polacy przestali chodzić do zakładów pracy, za to zaczęli zmierzać do korporacji. Mniej więcej wtedy, gdzieś w mrokach Służewca Przemysłowego, zaczęła się rodzić, nieco skarlała i żywiąca się chyba głównie kompleksami, odmiana polszczyzny nazywana korpomową. Zamiast mówić „potrzebne natychmiast”, zaczęto krzyczeć „ASAP” (z ang. as soon as possible). Kierownicy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, stali się managerami, a zwykli pracownicy accountami. Niczym czarne kruki nad pracownikami zaczęły krążyć deadline'y, które jeśli niedotrzymane, zmieniały się w fuck upy. Taki life – jak zwykło się mawiać w Mordorze. Zamiast drugich śniadań pracownicy zaczęli jadać lunche, a z czasem pojawiły się też brunche (dla niewtajemniczonych – wczesne lunche).
Nie ma co się zżymać. Gdy w firmie pojawiał się zagraniczny kierownik, to siłą rzeczy trzeba było jakoś unifikować mowę. W języku polskim istnieje zasada ekonomiczności działająca w następujący sposób. Jeśli obce słowo zawiera w sobie wartość semantyczną, na której wyrażenie w polskim potrzeba więcej słów, to można je przyjąć. Wydaje się, że takimi słowami są weekend i deadline. Chociaż w języku angielskim te wyrazy są produktami słowotwórstwa, szkoda, że u nas nie zostały przyjęte żadne polskie określenia, a teraz jest już chyba za późno, bo weekendy i deadline'y wsiąkły w polszczyznę.
Korpomowa z pewnością jest potężną zmianą językową, która odcisnęła się na polszczyźnie. Jak to będzie w przyszłości? Korporacje z pewnością szybko nie znikną, a ludzie, którzy z nich uciekli i zajęli się realizowaniem własnych marzeń, nasiąkli już korporacyjnym językiem. Pewne jest jedno, że korpomowy nie pozbędziemy się ASAP.
Nasze marki i nowe technologie
Lata 90. to także pojawienie się w domach nowych technologii i przedmiotów, które nie miały jeszcze swojej nazwy. I tak konsola z mebla zmieniła się w przyrząd do gry, pojawiły się kartridże, wrotki zyskały nowocześniejszą kuzynkę, czyli rolkę, a rowery stały się bmksami.
Nasze marki i nowe technologie
Lata 90. to także pojawienie się w domach nowych technologii i przedmiotów, które nie miały jeszcze swojej nazwy. I tak konsola z mebla zmieniła się w przyrząd do gry, pojawiły się kartridże, wrotki zyskały nowocześniejszą kuzynkę, czyli rolkę, a rowery stały się bmksami.
We współczesnej polszczyźnie można zauważyć zlewanie się nazw przedmiotów z markami. Właściciel telefonu z nadgryzionym jabłkiem będzie mówił o nim nie inaczej, jak o swoim iphonie, a właścicielka trampek powie, że musi zawiązać konwersy. Ta tendencja językowa pokazuje, jak bardzo marki stały się ważne w naszym życiu i jak bardzo się przez nie definiujemy.
Razem z rozwojem technologicznym w polskich domach zaczęto mówić o komórkach jako telefonach, a nie pomieszczeniach. Tabletach jako małych komputerach, a nie dużych pigułkach. W użycie weszły małpki nieokreślające zwierząt, lecz niewielkie aparaty fotograficzne, kablówki, laptopy, netbooki i blendery oraz (kto by pomyślał) kina domowe. Dom przeciętnego Polaka wypełnił się więc nie tylko nowymi przedmiotami, lecz także nowymi słowami.
Netykieta i trollowanie
Oczywiście nie można pominąć tak istotnego elementu kształtującego polszczyznę, jak internet. O wpływie sieci na język polski można by napisać doktorat. Tu też aż roi się od anglicyzmów, ale internet to przede wszystkim domena skrótów i generalizacji. LOL, WTF, ROTFL, AWWWW i inne. Dziś bez tego nikt nie wyobraża już sobie sieci. Ponadto tzw. chanmowa czyli język, którym posługują się użytkownicy specyficznych miejsc w sieci, takich jak 4Chan.
Oczywiście nie można pominąć tak istotnego elementu kształtującego polszczyznę, jak internet. O wpływie sieci na język polski można by napisać doktorat. Tu też aż roi się od anglicyzmów, ale internet to przede wszystkim domena skrótów i generalizacji. LOL, WTF, ROTFL, AWWWW i inne. Dziś bez tego nikt nie wyobraża już sobie sieci. Ponadto tzw. chanmowa czyli język, którym posługują się użytkownicy specyficznych miejsc w sieci, takich jak 4Chan.
Internet uwielbia generalizacje, dlatego to właśnie w nim powstają określenia takie jak typowe Sebixy, Karyny oraz pojęcie „prawilności”. Oraz oczywiście trollowanie.
Język krzyczy
Lata 90. to także pojawienie się w Polsce wielkich hipermarketów i sieci handlowych. Do słownika szturmem weszły takie słowa, jak promocja, która nie oznaczała już dla ucznia przejścia do wyższej klasy, tylko produkty po okazyjnych cenach. Furorę zaczęły robić sformułowania typu „szok!”, „wyprzedaż” czy sezonowe „wietrzenia magazynów”. Wraz z rozwojem branży reklamowej Polacy coraz bardziej przyzwyczajani byli do krótkich, mocnych haseł. Reklama spowodowała też, że do polszczyzny weszły konkretne sformułowania: „ojciec prać”, „a mnie to lotto” czy „takie rzeczy tylko w erze”. Reklama musi przykuć uwagę, dlatego w języku zadomowiły się na dobre wyrazy, które krzyczą „totalnie”, „nieprawdopodobnie”, „masakrycznie”, „niesamowicie”.
Język krzyczy
Lata 90. to także pojawienie się w Polsce wielkich hipermarketów i sieci handlowych. Do słownika szturmem weszły takie słowa, jak promocja, która nie oznaczała już dla ucznia przejścia do wyższej klasy, tylko produkty po okazyjnych cenach. Furorę zaczęły robić sformułowania typu „szok!”, „wyprzedaż” czy sezonowe „wietrzenia magazynów”. Wraz z rozwojem branży reklamowej Polacy coraz bardziej przyzwyczajani byli do krótkich, mocnych haseł. Reklama spowodowała też, że do polszczyzny weszły konkretne sformułowania: „ojciec prać”, „a mnie to lotto” czy „takie rzeczy tylko w erze”. Reklama musi przykuć uwagę, dlatego w języku zadomowiły się na dobre wyrazy, które krzyczą „totalnie”, „nieprawdopodobnie”, „masakrycznie”, „niesamowicie”.
To krótkie podsumowanie pokazuje, że język jest jak papierek lakmusowy. Odbijają się na nim nasze zwyczaje, hobby, a także ustrój polityczny. A największą bolączką językoznawców jest nie tylko wychwycenie tych zmian, lecz przede wszystkim zadecydowanie, które wzbogacają nasz język, a które go tylko zaśmiecają.
Artykuł powstał we współpracy z Narodowym Centrum Kultury.
