
Praca zdalna to synonim wolności. Wstajesz, kiedy chcesz, robisz to, co trzeba w swoim tempie, nikt nie suszy ci głowy ani nie pośpiesza. Żyjesz pełnią życia, nieograniczony godzinami 9.00 – 17.00. Idealnie? Nie, bo praca zdalna nie zawsze jest bardziej efektywna niż ta w tłumie.
Freelancerów przybywa. Najczęściej zostają nimi: programiści, informatycy, tłumacze i copywirterzy. Wśród nich znajdą się też PR-owcy, konsultanci, handlowcy, artyści i dziennikarze. Wybierają pracę z dala od biura, bo tak im wygodniej. Czasem bardziej ekonomicznie, mniej sztampowo.
Chłopak przyznaje, że zdarzało mu się pisać kilka tekstów na ostatnią chwilę. Robiłam tak samo – potrafiłam w 20 minut stworzyć artykuł na 5000 znaków i to jeszcze z kilkoma wypowiedziami. Jeśli jednak nie dostawałam wiadomości zwrotnej, miałam wrażenie, że nie istnieję. – W pewnym momencie możesz stać się niezłym odludkiem – dodaje Magda.
Wiele osób pyta mnie, po co nam w ogóle redakcja. Przecież do pisania jest niepotrzebne biuro, każdy może siedzieć w domu. Ale w przypadku redakcji to nie działa. Liczy się czas, którego nie można tracić na dogadywanie się,dzwonienie, pisanie. to są sekundy. W domu każdy robi to na zwolnionych obrotach. Skoczy po coś do sklepu, ugotuje obiad, pogada przez telefon. Tego nie da robić się w biurze.
Istnieje jeszcze wspomniane niebezpieczeństwo alienacji społecznej i wymieszania życia prywatnego z zawodowym. Jedno miejsce do pracy i odpoczynku? Niekoniecznie. Według portalu GoWork.pl, stołeczny freelancer może liczyć na zarobki powyżej 100% średniej krajowej. Dostaje też coraz więcej zleceń, a pracodawcy darzą go większym zaufaniem niż etatowego pracownika.
Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl
